:::: Neonate ::::

Na krawędzi
#5



"Soon i know i'll wake from this dream
Don't try to fix me I'm not broken"
(Evanesence - "Hello")




Anastazja obracała w rękach niewielką szklaną kulę na mosiężnej podstawce, w której naokoło miniaturowego gotyckiego dworku wirowały płatki drobniutkiego śniegu. Damien nerwowo przerzucał strony jakiegoś oprawionego w jasnobrązową skórę opasłego tomiska.
- I co? - spytała.
- Nic. Coś nie daje mi spokoju.
W całym domu panowała idealna cisza zakłócana jedynie miarowym tykaniem zegarów.
- Czytałem jej dziennik - powiedział po chwili. - Wiem, nie powinienem.
Nie czuł wyrzutów sumienia ani potrzeby tłumaczenia się przed Anastazją czy kimkolwiek innym. Jest u siebie, poza tym to jego sprawa, co robi. Tylko jego. Jednak tym razem gdzieś w środku czuł, że to nie w porządku. Że coś jest nie tak i nie chodziło tu bynajmniej o brak kontroli nad pewną siedemnastolatką.
Anastazja z westchnieniem odłożyła na półkę trzymaną w rękach kulę. W innym wypadku z całą pewnością rozbiłaby się ona na głowie Damiena.
- Nie powinieneś, Wielki Bracie. Orwell byłby dumny.
- Nie było innego wyjścia.
- Fakt, Abigail niewiele mówi o sobie, ale to jeszcze nie powód...
- To jest powód. - przerwał jej.
- Nie jest - Anastazja uparcie trwała przy swoim. - A ty jesteś pieprzonym despotą. Pan i władca się znalazł. Kurwa...
- Wściekaj się, proszę cię bardzo - stwierdził Damien najspokojniejszym tonem, na jaki był w stanie się zdobyć. - Tylko bądź łaskawa, bez profesji.

***

Ostatnie promienie zachodzącego słońca przebijały się przez niedociągnięte zasłony z kremowego axamitu. W pokoju pachniało opium i wanilią, z dołu budynku dochodziły przytłumione śmiechy i rozmowy.
Abigail siedziała na łóżku trzymając w rękach tomik poezji Baudelaire'a. Stojące na stole orzechowe cappucino zdążyło już dawno wystygnąć, wypaliła się także biała świeca z mosiężnego świecznika pod oknem. W pokoju panował półmrok. Cienie leniwie rozlewały się na ścianach i podłodze.
- Abigail!
Ostry głos i trzaśnięcie drzwiami wyrwały ją z zamyślenia.
- Abigail!
Powoli podniosła wzrok.
- Ostrzegałam cię tyle razy! - dyrektorka szkoły Sióstr Miłosierdzia była wyraźnie zdenerwowana. - To był ostatni twój wybryk!
Abigail nic nie powiedziała ani się nie poruszyła. Cały czas patrzyła w oczy tej gotującej się z wściekłości zakonnicy, która, stojąc w półotwartych drzwiach powoli zaczynała przypominać zminiaturyzowanego tyranozaura. Twarz miała nienaturalnie wykrzywioną, a z ust wystawały ogromne zębiska.
Na twarzy Abigail pojawił się ironiczny uśmieszek.
- Idziemy!
Dziewczyna parsknęła śmiechem i upadła na łóżko. "A to coś nowego", pomyślała. "Wio niewierni do jaskini smoka..."
Przez te kilka lat pobytu w szkole przyklasztornej zdążyła się już przyzwyczaić, że żelazna dyscyplina jest bezwzględnie wymagana, a każdy, najmniejszy nawet przejaw nieposłuszeństwa, surowo karany.
- Nie będzie więcej takiego zachowania w Siostrach Miłosierdzia, moja panno! Mamy wyraźne pozwolenie twojej matki na walkę z takimi wydarzeniami i dbanie o to, by tego typu historie nie miały miejsca. Musimy poważnie porozmawiać, Abigail!
Tak, szkoła przy klasztorze Sióstr Miłosierdzia nie tolerowała czegokolwiek, co choć trochę odbiegało od wyznaczonych przez jakiś niepisany kodex norm. Do tego dochodził też zabraniający niemal wszystkiego regulamin, mający pomóc w utrzymaniu porządku i spokoju. Wszelkie przejawy nieposłuszeństwa były gaszone w zarodku za pomocą NAPRAWDĘ POWAŻNYCH ROZMÓW.

***

Ciemnofioletowe Audi A6 podjechało pod bramę wjazdową posesji.
- Witamy, panie Morley - strażnik z wymuszonym uśmiechem nacisnął guzik otwierający bramę. - Witamy Ponownie. William Morley powoli wjechał na wybrukowaną prowadzącą do ogromnej posiadłości drogę. Jechał aleją wśród starych kasztanowców, których rozłożyste konary dawały przyjemny cień. Nieliczne reflexy światła kładły się długimi smugami na masywnych pniach. Podmuch delikatnego wiatru porwał kilka liści, które zawirowały w powietrzu tuż przed maską samochodu.
Zaparkował przed domem. Było bardzo cicho, do jego uszu dochodził jedynie uspokajający plusk wody w ogrodowej fontannie. Naokoło kamiennej postaci długowłosej anielicy spokojnie pływały złotoczerwone welonki.
Wszedł na kamienne schody. Rzeźbiona, obrośnięta bluszczem poręcz z piaskowca sprawiała wrażenie mało stabilnej, mimo swej pozornej masywności. Stary dworek wymagał z zewnątrz niewielkiego remontu, choć, z całą pewnością miało to swój subtelny urok. Razem z kaplicą i jej strzelistymi, kolorowymi witrażami był wręcz zjawiskowy, ukryty w olbrzymim ogrodzie zdawał się być jakby w innym miejscu i czasie.
- Panie Morley...
Odwrócił się energicznie mało nie spadając z kamiennych stopni.
- Dobry wieczór, doktorze Swanson.
- Szybko pan wrócił.
- A pan?
- Ja nigdzie nie wyjeżdżałem.
Doktor Timothy Swanson uśmiechnął się uprzejmie i zaczął bawić się trzymanym w rękach parkerem. Mimo całego swojego profesjonalizmu w zawodzie lekarza, w kontaktach z ludźmi często bywał nieco nieśmiały i nawet osoby, które znał dość długo potrafiły jakimś drobiazgiem wprawić go w niemałe zakłopotanie.
- Lekarz - kontynuował - ratuje życie. Od tego tu jestem. Nie mogę odjechać wiedząc, że mogę być potrzebny.
William Morley odwzajemnił uśmiech. Lubił medyka, choć większość ludzi z rady traktował na stopie czysto zawodowej i nie miał wśród nich jakiś większych sympatii.
- No, czas na mnie - powiedział, opierając dłoń an kamiennej balustradzie. - Prawnicy też nie mają lekkiego życia.

***

- Nie podchodź, nie zbliżaj się!
Krzyk Abigail roznosił się po całym piętrze internatu.
- Odejdź!
Siedziała w kącie ciemnego pokoju nie mogąc dostrzec absolutnie nic. Pomieszczenie bez okien i jakichkolwiek mebli miało wilgotne ściany, które lekko połyskiwały w smudze światła, która przedostawała się pod ciężkimi drzwiami i niknęła gdzieś w mroku.
Abigail na całym ciele czuła przeraźliwe zimno. Nic tu nie dawało schronienia przed chłodem. Wiedziała jednak, że to nie do końca wina panującej w pokoju nr 12 temperatury. Była chora, wiedziała o tym. Wiedziała też, dlaczego. Ale co mogła innego zrobić, kiedy tak bardzo bała się tego cholernego kota?

***

- Znalazłem coś.
William Morley wszedł bez pukania do gabinetu Damiena.
- Ciebie też miło widzieć.

***

Jasne światło rozlewało się po marmurowej posadzce katedry. W nielicznych promieniach wirowały srebrzyste drobinki kurzu.
- Nie mogę...
- Abigail, możesz. Tylko ty możesz.
- Kłamiesz!
Abigail klęczała przytulona do marmurowego posągu anioła.
- Nie masz prawa mówić mi, co mam robić, nie masz prawa!
- Abigail.

Wysoki mężczyzna siedział na ołtarzu bawiąc się złotym kielichem. Lśniące ciemne włosy miękko opadały mu na ramiona. Podniósł wzrok na Abigail, przekrzywił głowę lekko się uśmiechając.
Nadal siedziała tam, gdzie poprzednio. Wyglądała na bezbronną i tak kruchą, że najmniejszy podmuch wiatru może zgasić w niej płomień życia. Wiedział jednak, że nie może jej lekceważyć.
Wstał i niemal bezszelestnie podszedł do Abigail. Delikatnie dotknął kaskady jej czarnych włosów.
- Cicho...
Nie zareagowała. Objął ją w pasie, podniósł i mocno przytulił do siebie.
- Cicho...
Była jak lalka. Zepsuta lalka, z którą można robić wszystko, bo jest jej już wszystko jedno. Bo nikt, kto wcześniej kochał, czesał i ubierał w sukienki z kolorowymi falbankami już się nią nie bawi, nawet nie zagląda na zakurzoną półkę, gdzie śpi, bo w szklanych oczach nie została już ani jedna łza.

***

Nad Baton Rouge rozbłysła czerwona łuna pożaru. Ogromna katedra płonęła. Umierała, jak wiara stojących wokół niej ludzi.


Neonate

toreador@tenbit.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||