Lost Soul
Rozdział 5:
Morderca
Totalnie wycieńczony upadł na drogę na ulicę biegnącą przy lesie. Był już w mieście. Dopiero teraz do jego głowy dochodziły rzeczy, które widział wcześniej. Wydarzenia, które miały miejsce w lesie działy się tak szybko, że nie miał nawet czasu tego wszystkiego przemyśleć. Nie przeraził się ducha gdyż nie był w pełni świadom co tak naprawdę widział. Teraz leżał na zimnym asfalcie. Słońce kryło się za grubą warstwą chmur... jeśli w ogóle tam było, dzień wygląda jak typowy zmierzch, wszędzie szaro i brzydko póki słońce nie zacznie wychylać się zza horyzontu, ale teraz był środek dnia.
***
Szeryf Bred siedział za biurkiem popijając gorącą kawę. Zastanawiał się czy to co mówił Colins i Damond ma w ogóle sens. Dziwne rzeczy dzieją się w Lost Soul? To wydawało się niewiarygodne, tu nigdy nic się nie działo, aż tu nagle ludzie zaczęli znikać. Richard nawet nie chciał dopuszczać do głowy myśli, że za tym stoi coś nadprzyrodzonego już prędzej skłoniłby się do odpowiedzi, że to seryjny morderca.
W pewnej chwili jego rozmyślenia przerwał stukot otwierających się z ogromną szybkością drzwi. Na posterunek weszło dwóch ludzi, między nimi wisiało ciało Petera. Mieli przerzucone jego ręce przez szyję.
Richard bez namysłu otworzył cele, dwaj rośli faceci położyli go na pryczy - jednym z nich był Bob Damond.
- Co się stało? - spytał głośno szeryf.
- Znaleźliśmy go nieprzytomnego na drodze! - odrzekł Bob kładąc Petera na pryczę.
Peter powoli odzyskiwał przytomność. Usłyszał nawet dzwonienie telefonu i podnoszenie słuchawki.
- Słucham - spokojny głos Richarda - Tak, tak, jasne... zaraz tam będę... nie mogę w to uwierzyć!
Odłożył słuchawkę. Powoli podszedł do Petera i cicho coś powiedział.
- To już koniec! Znaleźliśmy mordercę...
- CO?! - niemal krzyknął Peter i zaraz po tym zerwał się na nogi - Idę z tobą! - jednak z powrotem osunął się na pryczę.
- Nie! Jesteś za słaby... powiem ci co tam znaleźliśmy.
Wyszedł z budynku.
Peter po prostu nie wierzył, że to był morderca. Już na samym początku był pewny, że to nie człowiek zabił tylu ludzi i, że to nie człowiek obserwował go w lesie.
- Poczekam aż wróci - powiedział w myślach - zobaczymy o co tak naprawdę chodzi.
***
Mnóstwo ludzi zebrało się wokół domu Donalda Tomsona i jego brata Danniego. Szeryf wbiegł bardzo szybko do budynku otwartymi drzwiami. W środku kręciło się paru mężczyzn. Bred złapał jednego za ramię i zaczął wypytywać.
- Co jest?
- Znaleźliśmy zwłoki trzech ludzi. - wyjaśnił mu spokojnie.
- Gdzie są?
- W piwnicy.
Szeryf powoli zszedł schodami prowadzącymi na dół. Lampa była włączona i rozświecała pomarańczowym, słabym światłem ponurą piwnicę. Było tam strasznie zimno a w powietrzu unosiła się niemiła woń pleśni i wilgoci. Zauważył trzy pary nóg spoczywających nieruchomo na ziemi. Wokół nich stało trzech ludzi w tym młody zastępca szeryfa - Nicolas Kein - jak zwykle pisał coś w małym notesiku który otrzymał od Richarda.
- Co tu się u diabła dzieje Nick?! - zapytał nieco podenerwowany szeryf Bred.
- Słyszałem strzały dobiegające z domu - zaczął wyjaśniać - Znaczy nie tylko ja słyszałem, ale pobiegłem tam z paroma ludźmi. Wywarzyliśmy drzwi. Zdawało się być pusto, ale weszliśmy też do piwnicy i znaleźliśmy zwłoki z kulkami w głowie.
Rzeczywiście, każde z ciał miało na czole dużą czerwoną kropkę z której wypływała jeszcze świeża krew, twarze wyglądały jakby wcześniej wszyscy ci ludzie byli bici.
- Ktoś zeznał że widział Dannego Tomsona jak uciekał z bronią w ręku do lasu. To najprawdopodobniej on ich zabił... - dodał jeszcze Nick - On i jego brat.
- Czyli wiemy dlaczego ludzie znikają - powiedział spokojnie Richard - Nie ma tu więcej ciał?
- Nie, szeryfie - spokojnie rzekł jeden ze zgromadzonych.
- Trzeba je znaleźć!
Ktoś zasunął suwakiem plastikowy worek służący do chowania w nim trupów zakrywając przy tym zmasakrowaną twarz denata.
***
Zapadła noc gdy szeryf wrócił do biura, Peter siedział na jednym z krzeseł i sączył kawę, którą wcześniej sobie zaparzył. O'Neil patrzył ciągle na Breda. Richard powiesił kapelusz na wieszaku i usiadł przy swoim biurku.
- Już po wszystkim Peter. - oznajmił szeryf - Znaleźliśmy drania i ciała.
- Nie mogę w to uwierzyć! - odłożył kubek z kawą.
- Uwierz, to już koniec.
- Kto ich pozabijał? - spytał Peter.
- Danny Tomson... brat Donalda.
- Czyli wszystko by się zgadzało - powiedział cicho, uniósł kubek, przystawił go do warg i przełknął trochę kawy.
- Co masz na myśli?
- Jak biegłem - zaczął powoli wyjaśniać - To znaczy jak uciekałem przed czymś, sam nie wiem czym, Donald zgubił się gdzieś w lesie.
- Danny podobno też uciekł do lasu, myślisz, że obaj to zaplanowali? - dodał Richard.
- Chyba tak, musieli być szaleńcami! Rozumiem Danny zabijał, a Donald miał temat na artykuł? Co oni w ogóle chcieli tym osiągnąć?
- Chcieli ożywić legendę Ducha Lasu - rzekł szeryf patrząc tępo przed siebie.
- Tomson, Tomson... - wymruczał Peter - Skądś znam to nazwisko...
Nagle O'Neil zdawał się być przerażony, w jego oczach pojawiło się coś w rodzaju strachu.
- Jak się nazywał brat Donalda? - odezwał się wreszcie Peter.
- Danny... Danny Tomson!
- Dwa lata temu, Nowym Yorkiem... - zaczął mówić - wstrząsnęła tragedia. Cała rodzina Tomsonów poszła w piach, przeżył tylko Danny i jego brat. Zginęła chyba żona z dziećmi i rodzice Dannego i Donalda. Ich ciała były zmasakrowane. Coś takiego.
- Ale po co przyjechali tu zabijać?
- Oszaleli? Nie mam pojęcia? Naprawdę... nie mam zielonego pojęcia. - wymruczał - A już zaczynałem wierzyć, że w lesie widziałem ducha! - parsknął śmiechem.
- Teraz pozostaje znaleźć Donalda i Dannego, zapuszkować ich i możemy kończyć całą tą dziwną sprawę.
***
Słońce nadal czaiło się gdzieś za grubą warstwą chmur, lada chwila na pewno zacznie padać. Mężczyzna szedł bardzo powoli po miękkiej warstwie suchych liści, te trzeszczały pod jego nogami. W opuszczonej do dołu prawej ręce trzymał pistolet taki jaki zazwyczaj mają policjanci. Pnie drzew oddalone były od siebie o mniej więcej metr. Drzewa były tak wysokie, że zdawały się nie mieć szczytu.
Facet dostrzegł w oddali jakiś czarny punkt, ciągle powtarzał sobie w myślach - "ciekawość to pierwszy stopień do piekła" - ale miał głęboko w dupie piekło, wiedział, że i tak wcześniej czy później będzie miał okazję tam zagościć - "Piwo, Szatan i balangi do rana" - starał się nieco rozweselić, ale ze słabym skutkiem. W końcu jak człowiek który przed chwilą zabił trzech innych mógł się rozweselić? Odebrać życie innej żywej istocie, tego samego gatunku - co wy w ogóle o tym wiecie? Młodzież wychowała się na "Rambo" czy innym "Commando"... ale tak naprawdę nie wiedzą co to znaczy kogoś zabić. Co wtedy dzieje się z początkującym mordercą... co w ogóle dzieje się z mordercą? Jak myślisz? Ci chorzy się tym podniecają i zaspokajają, a ci zdrowi, którzy nigdy wcześniej nie odebrali życia komu innemu? Co robią? Myślą. Myślenie w takich sytuacjach jest najgorszym co można zrobić. Zaczynasz dochodzić co stało się z tym człowiekiem którego właśnie posłałeś w głębokie pizdu do samego Lucyfera. Co on teraz myśli i czy w ogóle myśli, gdzie on teraz jest - nie mówię tu oczywiście o plastikowym worku - tylko o T Y M czymś gdzie wędrujemy po śmierci. Dochodzisz do wniosku że jesteś stukniętym zasrańcem, któremu nagle zachciało się bawić "w Boga".
Powoli zbliżał się do t e g o czegoś, a gdy zerknął na t o z odległości dwóch metrów z jego gardła wydobył się przerażający, ochrypły dźwięk. Brzmiało to mniej więcej - NIEeeeee! - Echo rozeszło się po całym lesie.
***
Rozpoczęła się ulewa. Deszcz dudnił o dach posterunku w którym siedziały trzy osoby - Peter O'Neil, Richard Bred i jego młody zastępca Nicolas Kein - wszyscy wpatrzeni byli w drogę na której co chwila rozpryskiwały się kolejne krople deszczu.
Cisza, spokój i dudnienie w dach. Ale czy na pewno? O nie! Jakaś czarna postać przemknęła za oknem. Peter dostrzegł ją kątem oka i od razu skierował głowę w tamtą stronę. W jego głowie kołatała się tylko jedna myśl - czerwonooka bestia - Odezwał się.
- Widzieliście to? - Szeryf i jego zastępca skierowali wzrok na okno na które Peter wskazywał palcem. - Ktoś tam jest.
Richard wstał ze swojego miejsca i podszedł do okna. Widział przez nie jedynie deszczowy krajobraz Lost Soul.
... Dziś mija ten dzień ...
Wrócił na swoje miejsce.
... Jeszcze tylko dwie godziny i zacznie się ...
- Przywidziało ci się. - oznajmił szeryf Bred.
... Rozpocznie się to na co czekałem przez sto lat ...
- Richard - powiedział zdenerwowany Peter - Albo będziemy traktować się poważnie, albo przylej mi pasem w tyłek... zrozumiałeś aluzję?
... Dusze zostaną zebrane, a wszystko będzie zupełnie inne ...
- Co się z tobą dzieje, Peter? -wymruczał szeryf.
... Czy rozumiesz, że to już prawie koniec ...
- Po prostu nie mogę uwierzyć, że to Danny za tym wszystkim stoi, chcę uwierzyć, ale nie mogę!
... Ludźmi, ich siłą, ich umysłami, ich duszami będą władać moce ciemności ...
- Ale to na pewno on! - dołączył się Nicolas.
... Jeszcze tylko dwie godziny ...
- W takim razie gdzie reszta zwłok? - Spytał Peter.
... I nastanie początek końca ...
Richard już chciał odpowiedzieć gdy usłyszał trzask uderzających o wewnętrzną ścianę drzwi - gdyż otwierały się do wewnątrz - stała za nimi jakaś czarna postać. Była to sylwetka człowieka. To człowiek! Zrobiła krok do przodu, a światło padło na twarz tajemniczej postaci. To był Danny Tomson trzymający na rękach jakieś szmaty. Do tej pory nikt nie wie czy te krople wody przy jego oczach były łzami czy tylko deszczem. Upuścił na ziemię to coś co trzymał wcześniej w rękach i wyciągnął z kieszeni pistolet. Nick uczynił to samo, ale był za wolny. Rozległ się strzał, kula przeszyła na wylot ramię zastępcy szeryfa, na ścianę chlusnęła krew, a Nick osunął się na ziemię. Richard i Peter nie uczynili żadnego ruchu, wpatrywali się to w Dannego to w Nicka i na końcu w to coś leżące na ziemi.
- Zabili go! Zabili mojego brata! - wykrzyczał Danny.
- Spokojnie... - do akcji wkroczył Richard - Gdzie on jest?
Danny spojrzał na Richarda ze złością w oczach i schylił się ku stercie szmat leżącej na podłodze. Zdjął jedną z nich ukazując tym samym oszpeconą twarz Donalda.
Była cała pokrwawiona, na jednym policzku w ogóle nie było skóry, a drugi był jakby podrapany. Całe ciało natomiast w rzeczywistości przypominało szmaty... nie... stertę szmat, wydawało się, że Donald nie miał kości i był tylko jakąś galaretą.
- Zabiłeś własnego brata - wystękał Nick leżąc ciągle na podłodze.
- To nie ja! - ryknął.
- W takim razie kto? - odezwał się wreszcie Peter.
- Skąd mam widzieć? - spojrzał na ciało - Na podłodze leży ciało mojego brata! Rozumiecie to?
- Jesteś mordercą! Szajbusem! - Mówił Nick powoli podnosząc się na nogi.
- Zabiłeś ich? - spytał Peter.
- Tak! Zabiłem ich wszystkich i wcale tego nie żałuję! Wiecie co oni zrobili? - zrobił krok nad ciałem Donalda. - Zabili, teraz już całą moją rodzinę! Wszyscy nie żyją!
- Trzydziestu ludzi? - powiedział pytająco Richard - Zabiłeś trzydziestu ludzi dla zemsty?
- O czym ty gadasz? - ze zdziwieniem spytał Danny - Jakich trzydziestu ludzi?
- Co ty? Gazet nie czytasz? Trzydziestu ludzi przepadło bez wieści!
- Ja wykończyłem tylko trzech. Widzieliście ich w piwnicy! - Danny podszedł do Richarda i przystawił mu broń do czoła - Bawicie się ze mną?
Zdenerwowanemu Richardowi nie drgnął żadne mięsień, zerknął tylko kątem oka na lufę spluwy przy swojej głowie. Dojrzał też, że Danny powolutku ciągnie spust. Richard zamknął oczy, a czas dla niego zdawał się stać w miejscu, krople potu powolutku spływały mu po czole. Już słyszał strzał... słyszał jak jego ciało uderza ciężko o ziemię... słyszał jak gleba wali o wieko jego własnej trumny... w końcu w pomieszczeniu rozległ się strzał, a zaraz po nim głucha cisza zapanowała w biurze szeryfa.
Wielu ludzi jeszcze tego dnia przebywało na posterunku i powiem wam jedno, wielu z nich już nigdy tam nie zagości, z bardzo łatwego powodu... ktoś postarał się o to by nie dożyli ranka... ktoś naprawdę zły!
Winix
winix@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||