Relacja z koncertu
IRON MAIDEN
Wrocław, 2003 r.


Tak oto jest już sobota. Koncert się już skończył, a mimo to nadal jestem pod jego wrażeniem. Zresztą kto by nie był... Mówili, że w Katowicach było wspaniale, ale we Wrocławiu było jeszcze lepiej. Iron Maiden to jednak klasa sama w sobie. Nie odpuszczaja niczego, dbają o wszystkie szczególy. Nikt kto świadomie poszedł na ich koncert nie może byc zawiedziony.

Ale zacznijmy od samego początku. Podróż autokarem to był naprawdę dobry pomysł. Sporo ludzi, z którymi można porozmawiać, zintegrować się dzięki naszym polskim (lub i nie) trunkom. Autokar był bardzo wygodny i można by rzec nawet luksusowy. Wszystko co było potrzebne było na miejscu.

Gdy dojechaliśmy na miejsce jak to zwykle bywa na polskich koncertach ludzi multum przed wejściem i trudno sie dostac do środka. Po ładnych kilnunastu minutach zbliżyliśmy się do bramy głównej i weszlismy do środka po szczegółowym przeszukaniu. W środku było jeszcze mało osób. Pierwszy koncert zespołu Funeral for a Friend skończył się zanim tam weszlismy, a na scenie grała akurat polska kapela Frontside. Nie mam pojęcia jakim w ogóle cudem oni sie tam znaleźli, klimatem i stylem nie odpowiadali całemu festiwalowi. Mają bardzo dziwnych fanów. Są to po prstu skini, którzy takim gestem jak sie witało Hitlera witali i bawili się przy muzyce tego zespołu. Wyglądało to trochę dziwnie i szczerze mówiąc pewiem znak niesmaku mozna było zobaczyć na mojej twarzy kiedy to oglądałem.

Kolejnym zespołem, który wszedł na scene był oczywiście KAT, który oczekiwany był z niecierpliwością przez wielu ludzi, którzy znaleźli się w Hali Ludowej. Zagrali bardzo dobrze, ale moim zdaniem nie porywająco. W setliście odnaleźć mozna było wiele szlagierów, które na trwałe znalazły się w kanonie polskiego thrash metalu. Były i ballady i ostrzejsze kawałki. Piosenka, na którą ja osobiście bardzo wyczekiwałem to "Purpurowe Gody". Nie zawiodłem się i ją usłyszałem. Są po prostu takie piosenki zespołów, na które się czeka i chce sie je usłyszec na żywo. Wykonanie bardzo mi się podobało i uważam to za najlepszy punkt ich wystepu. Niestety nie usłyszałem wielu innych piosenek, które miałem nadzieje posłuchać, ale nie szkodzi - ważne, że widziałem zespół na żywo i to się liczy. Będę bardzo miło wspominał ten koncert, chociaz nie zalicze ich do najlepszych w moim życiu. Czegoś mi po prostu w ich występię brakowało...

Po Kacie była prawie półgodzinna przerwa, jeżeli nawet nie dłuższa, na złapanie oddechu i mentalne przygotowanie sie na koncert wieczoru. Czas ten spędziłem na załatwienie sobie plakatu i obejrzenie stoisk z akcesoriami. To co zobaczyłem, wstrząsneło mną i to bardzo, bo ciężko byłoby mi wydać 250 zł na koszulke...

Gdy plakaty znalazły się już w moich rękach, chciałem postarać sie o jakieś może autografy, W tym celu kręciłem sie obok wejść za kulisy i po jakims czasie udało mi się tam dostać. Ponieważ zespołu jeszcze nie było, tylko techniczni przygotowywali scenografie, schowałem się miedzy wielkimi planszami z obrazami, który systematycznie podczas koncertu pojawiały sie na scenie. Niestety nie było mi dane doczekać się jakiegoś członka zespołu, bo jeden z technicznych zauważył mnie i bardzo delikatnie, słowami "Fuck of" wyprosił mnie na płytę. Tak oto skończyło sie moje staranie o autografy.

Ponieważ plakaty trzymałem w reku, nie chciałem wpychać się między tłum tych wszystkich ludzi i postanowiłem stanąć sobie gdzieś z boku. Okazało się to jednak niemożliwe, gdyż ludzi było tak dużo, że ciężko było się ruszyć. Wyszedłem więc spośród nich i udałem się na poszukiwanie odpowiedniego miejesca, z którego mógłbym obejrzeć koncert IRON MAIDEM. W końcu trafiłem do wejścia na płyte, które znajdowało się na przeciwko sceny i tam na schodach, trzymając się barierek, aby nie spaść, dostapiłem spełnienia, jakim było obejrzenie tego wspaniałego zespołu na żywo. To co się działo na scenie jest wręcz nie do opisania. Po prostu mistrzostwo. Dickinson jak zwykle szalał, biegał, skakał... Raz wszedł nawet kilkanaście metrów nad ziemię po rusztowaniu, po czym usiadł sobie na na nim i zaczął machać sobie nogami. Zaraz za nim ruszył po rusztowaniu jakiś fan, którego zaczęło zaraz ścigać dwóch ochroniarzy. Dickinson pradopodomnie tego fana nie zobaczył i pomyśłał, że to po niego wspinaja sie ochroniaże i zaraz zaczął schodzić.

Mr Janick - to jak dla mnie najbardziej zwracający na siebie uwagę członek Ironów na tym koncercie. Takie rzeczy jakie wyprawiał on z gitara jeszcze nigdy na oczy nie widziałem: wymachiwał ją, podrzucał do góry, obkręcał, przerzucał jakoś dziwnie przez tułów... po prostu mistrzoswo i nic więcej nie przychodzi mi na myśl, prawdziwy popis...

Gdy Bruce śpiewał piosenki z najnowszego albumu zakładał płaszcz i wygłądał jak śmierc... Przed prawie każda piosenką było jakieś intro, odgłosy, które wprowadzały bardzo niezwykły klimat. Mnie osobiście najpardziej podobało sie intro do "Paschendale" odgłosy niby burzy, jakieś wybuchy, pioruny...

Koncert główny był naprawde niesamowity... gdy pierwszy raz żegnali się z fanami, Niko wyrzucił w tłum 4 pałeczki... Jako pierwszy bis zagrali "Jurneyman". Gitarzyści usiedli sobie na krzesełkach z gitarami klasycznymi w ręku i zaczęli grać, a Dickinson miał ręcznik na szyi. Później zagrali swoje największe przeboje w tym "The number of the beast".

Nie mogę powiedzieć nawet jakie piosenki zagrali, bo po prostu nie pamiętam, ale wiem, że było to schow jakiego nigdy nie zapomnę... Jeżeli będą grać jeszcze Polsce to zrobie wszystko, aby zobaczyc ich jeszcze raz i wam radze zrobić to samo, bo naprawde warto...


© TILL