|
Superjoint Ritual - Use Once And Destroy |
|
Płyta mnie nie zawiodła. Spodziewałem się tego, co usłyszałem. Nie jest to ani czysty metal, ani hard-core, otrzymujemy po prostu 54 minuty najczystszego łomotu jakie moje uszy są w stanie wyobrazić :). Szufladkowanie muzyki mija się z celem, muzycy postanowili nie trzymać się określonych kanonów i to może być powodem dla którego nie jest to zespół, który się spodoba każdemu. Chciałbym zaznaczyć, że nie jest to ciężar, charakterystyczny dla kapel typu Marduk, Immortal et cetera. Z zupełnie innej strony zwolennikom punk rocka zespół też nie przypadnie do gustu ze względu na ciężar i "to głupie darcie się wokalisty". Na pewno nieczęsto spotyka się w oficjalnym kręgu takie zespoły. Jest to bardzo brudna, podziemna muzyka. Superjoint Ritual posiada w sobie potężny ładunek agresji, który przede wszystkim przejawia się we wrzasku wokalisty, ale i na rozsadzającym bębenki brzmieniu. Ostatnia płyta pantery też posiadała brudne nowomodne brzmienie, ale w tym punkcie podobieństwa z kwartetem z Texasu się kończą. Anselmo zmienił "nieco" technikę wokalną, na tej płycie wydziera się jak szalony. Słychać, że chłop jest już dobrze podniszczony narkotykami i Bóg wie czym jeszcze. Ciężko uwierzyć, że to samo gardło mogło kiedyś zaśpiewać "Hollow", nie mówiąc już o "Power Metal". Inną sprawą jest struktura kompozycji i to jest spora wada materiału. Muzycy postanowili nie grać solówek, zamiast tego postawili na udziwnienie na siłę struktur swoich utworów. Charakterystyczne dla tej płyty są momenty totalnie smętne, kojarzące się z narkotycznym hajem, kilka chwil później przechodzące w gitarowy huk. Innym patentem są częste przestoje, przerwy w utworach po której następuje wystartowanie z czymś zupełnie innym. W większości utworów nie ma czegoś takiego jak motyw przewodni - głównym motywem przewodnim jest wszechobecny chaos. Skutek taki, że jeden motyw się plącze z drugim a po kilku utworach przestaniemy je odróżniać od siebie (z przerwą na bardzo wyraziste "Fuck Your Enemy" i "Drug Your Love"), a szczytem wszystkiego jest maksymalnie pokręcony, sześciominutowy "4 Songs", w którym wszystko miesza się z wszystkim; po minucie można stracić wątek. Typowy schemat jest taki: kawałek rozpoczynany jest jazdą na złamanie karku, a po kilkunastu sekundach wyhamowanie i smętne kumulowanie jadu, przeciąganie struny, kolejny wybuch i tak w kółko. Jest to w sumie bardzo nużące i trudno o kawałek, który zostałby w pamięci na dłużej. Z drugiej strony płyta mimo kompozycyjnych braków ma w sobie ogromną siłę (także w pełnych gniewu tekstach) i to jest jej wielki atut. Superjoint Ritual nigdy nie osiągnie spektakularnego sukcesu. Nie wolno traktować tej grupy jak schedy po Panterze, bo to jest diametralnie różny rodzaj muzyki. Anselmo zresztą podkreślał, że ma dość gwiazdorstwa i koncertów na stadionach, że chce wrócić do koncertów klubowych. Jeżeli to jest prawda to jestem naprawdę pod wrażeniem, naprawdę trudno o osobę, która chciałaby zrzec się popularności i jej aspektów. Ze strony Anselmo to było bardzo szczere posunięcie i słychac w muzyce tą brutalną szczerość, tą chęć odcięcia się od przeszłości. Z drugiej strony gdyby nie charyzmatyczny wokalista, to ten materiał nigdy nie wyszedłby na światło dzienne... |
| Ocena
7-/10
(C) Choke |