Morbid Angel - Formulas Fatal To The Flesh

Floryda oprócz słonecznych plaż i prażącego słoneczka może się również niektórym kojarzyć ze stolicą Death Metalu. Tutaj bowiem funkcjonuje wiele najznamienitszych kapel z nurtu, tu jest znane studio Morrisound, gdzie nagrywa swoje albumy wiele kapel, w tym Morbid Angel, tu Death Metal znalazł miejsce, żeby osiąść i się rozwijać. 

Morbid Angel to jedna z najważniejszych kapel z tego gatunku. Zaczynali w zamierzchłych latach osiemdziesiątych, ale prrzebili się na dobre na początku ubiegłej dekady, kiedy była krótkotrwała koniunktura na takie dźwięki. Filarem są gitarzysta Trey Azagtoth i bębniarz Pete "Commando" Sandoval. Wydanie "Formulas..." było związane z wieloma komplikacjami - po nagraniu "Domination" odszedł dotychczasowy wokalista David Vincent. Z dziejów wielu kapel wynika, że odejście wokalisty, i to długoletniego jest z reguły nieodłączne z rozłamem w kapeli. Morbid Angel wyszli jednak z tego obronną ręką. Nowy wokalista Steve Tucker nie okazał się być wpadką - dotychczas bardzo dobrze wywiązuje się ze swojej roli. Pamiętam, że jak pierwszy raz przesłuchiwałem płytę, bardzo spodobały mi się jego ryki. Bardzo na miejscu, w klimacie.

To, co w Morbid Angel najważniejsze to lepsze niż u wielu ekstremalnych kapel opanowanie techniczne instrumentów, do tego przewijające się przez płytę mistyczne motywy. Trey podczas nagrywania był bardzo zainspirowany starożytną kulturą Bliskiego Wschodu, stąd babilońskie (zdaję się) malowidła w książeczce i sumeryjskie frazy w tekstach utworów, do niektórych dodano tłumaczenia na angielski. Całość jest bardzo wiarygodna i stanowi pewną odmianę po bandzie zafascynowanych szatanem krzykaczy. Sama muzyka jest nagrana dokładnie w taki sposób, który idealnie współgra z opracowaną tematyką.

Poszczególne kawałki są nienagannie skomponowane. Jedynym knotem, który psuje obraz płyty jest "Hellspawn", nudny i wtórny. Co do reszty nie mam zarzutów, słucha się ich wyśmienicie, a mimo bardzo szybkich temp zespół wie kiedy zwolnić, żeby nie zanudzić. Stąd mamy masywne "Nothing Is Not", przygniatający "Prayer Of Hatred" a z drugiej strony szaleńcze "Chambers Of Dis" oraz doskonałe "Umulamahri". Ta część albumu, gdzie prezentowana są typowo deathowa siekanina prezentuje się bez zarzutu. Utwory wchodzą niemalże jednym tchem, jeden po drugim. Dodano jednak sporo udziwnionych, nieszablonowych kawałków, które na takich płytach pełnią rolę "klimatycznego przerywnika". O ile hipnotyczny "Hymnos Rituales De Guerra", zagrany wyłącznie przez Sandovala sprawia niesamowite wrażenie, to jednak reszta wydaje się co najmniej lekkim nieporozumieniem, a już przegięciem są takie trzy "klimatyczne przerywniki" pod rząd na zakończenie płyty. Psują one niestety ostatecznie wrażenie. Nie chodzi tyle o same kawałki, ale o fatalny sposób ich rozmieszczenia. Temu, kto kupi kasetę będzie to bardzo przeszkadzać.

Nie jestem wielkim fanem ekstremalnego metalu, gatunek ten bardzo mi się przejadł w ostatnim czasie, ale "Formulas..." to jedna z tych płyt, które do dziś bardzo lubię i które często lądują w moim odtwarzaczu. Jest to niby tylko typowy deathowy album, ale całokształt: muzyka, brzmienie, teksty, klimat sprawia, że Morbid Angel zyskuje swój własny niepowtarzalny charakter, niemożliwy do pomylenia z czym innym. Inna sprawa, że to są zawodowcy i pod względem doświadczenia dystansują wiele kapel grajączych podobną im muzykę.

Ocena 8/10

(C) Choke