KAT
recenzje płyt


Prolog

Na początku muszę zaznaczyć, że te recenzje będą cholernie subiektywne (wiem, że każda recenzja jest subiektywna, ale te będą baaaaardzo), ponieważ do tego zespołu pałam wielką uczuciem. Co by nie było, Kat to Kat i basta. Jeśli mianujesz się "metalowcem" Polaku i nie znasz twórczości tego nadzespołu, to wiedz że niebawem odwiedzi cię widmo w upiornej koszulce z napisem "True Metal Spirit", rzeknie "Ju fakin koprofago poser!" po czym wypier*** ci przez okno całą kolekcję cradle of filth, ozzy osbourne, dimmu borgir, nirvana, iron maiden, britnej czy innego szitu. Jeszcze tylko mały apel: sorry za art "Dlaczego non-true MayheM...", tak to bywa się się najpierw pisze a potem myśli. Ofkoz stary MayheM rulz. Po tym długim wstępie przejdźmy do recenzji...

1. Metal and Hell/666

Debiut naszego kochanego bandu. Wydany pierwotnie w wersji angielskiej jako "Metal and Hell", rok później po polsku jako 666. Mamy na niej dziesięć utworów. Brzmienie płyty jest brudne jak majty kola, który wcześnie zapomniał, do czego służy papier toaletowy, ale takie powinno być! Panuje tu prawdziwy, buntowniczy Duch Metalu, nie ma tu miejsca na wychuchanie i perfekcję. Muzycznie porównał bym ten album do starego Venom, szczególnie otwierający płytę "Metal i Piekło", czy tytułowy "666". Całości niesamowitej atmosfery dodają wokal i teksty czołowgo polskiego diabła, naszego polskiego Bentona - Romana Kostrzewskiego, który należy do ścisłej czołówki moich ulubionych gardłowych. Ostatnio widzę że namnożyło się "metalowców" wychwalających oldskul, ale o Kacie nic nie mówią... prącie wam w odbyt.

2. Oddech wymarłych światów

Drugi album naszych nekro-ziomali (baj de łej, związek frazeologiczny będący połączeniem kultury słownej hiphopów i wiadomo kogo, zajebisty nieprawdaż?) cechował się (i nadal się cechuje) swoistym prymityzmem. Zespół wyzbył się już całkowicie heavy metalowej wesołości (co nie znaczy, że był spedalony jak Judas Priest czy Iron Maiden), powaga i maxymalnie diabelski klimat zdecydowanie tu dominują. Jadowitość wokali IMHO tutaj osiągnęła szczyt, sposób w jaki Roman wypluwa kolejne linijki tekstów jest niesamowity. Niech się schowają Nergale, Abbathy (pozdro dla Behemotha i Immortala!) itd. Nasz bohater zaczął stosować też czyste wokale, które oczywiście nie brzmią pedalsko, tylko piekielnie potępieńczo. Teksty są już troszkę poważniejsze, może poza drugą częścią nieco "mercyfulfate'owgo" (pod względem liryki, a nie muzy!) "Diabelskiego Domu II". Gdybym miał wybrać najlepszy numer, zdecydowanie postawił bym na wieńczące płytę "Bramy Żądz", co tu dużo mówić, klasyk i kult!. Reasumując najlepszy album Egzekutora.

3. Bastard

Ten album jest zdecydowanie bardziej progresywny od poprzedniego, coraz więcej solosów. Teksty są poważniejsze. Smutna ballada "Łza dla cieniów mninionych" opowiada o zmarłej kobiecie, a taki na przykład "Zawieszony Sznur" to myśli samobujcze. Swoją drogą cały ten utwór jest piekielnie dramatyczny, "Fade to black" wiadomo kogo przy to skoczny oberek. Cięte riffy z tej płyty cholernie kojarzą mi się z późną Panterą, jednak nie chciałbym porównywać tych dwóch bandów, bo ekipa pana Anselmo starcia tego nie wytrzymałaby he, he. Zapomniałbym o genialnym, niepokojącym basie zaczynającym "W sadzie śmiertelnego piękna", szkoda, że ten moment trwa tak krótko. Jest to ostatnia płyta, którą określając można zachaczyć o słówko "brutalna".

4. Ballady

Tu miła niespodzianka, Stręczyciel pokazał się z innej strony. Na ten album składają się publikowane wcześniej "Głos z Ciemności", "Łza dla cieniów minionych" i "Czas zemsty", 5 nowych ballad oraz jedna ładna istrumentalka zatytułowana "Talizman". Ballady na szczęście nie są utrzymane w syfrockowej konwencji a'la Perfect, raczej w czymś takim jak "Sanitarium" czy "One" Metalliki. W premierowych utworach Roman używa tylko czystego głosu, co wyjątkowo w tym wypadku robi utworom dobrze, w końcu to ballady, a nie nekro-rzeźnie. Jedynym wyjątkiem jest "Delirium Tremens", w którym pan Kostrzewski używa histerycznego głosu, co doskonale współgra z tekstem. Rzadko trawię takie zwyrodnienia jak ballady, ale te przetrawiłem bez popitki, co się niewątpliwie chwali ich twórcom.

5. Róże miłości najlepiej przyjmują się na grobach

Jeśli zapytasz jakiegoś fana Kata, na którym albumie pojawiają się oznaki skurwienia tego bandu, bez wątpienia wsakże on "Róże...". A ty, jeśli masz w coś z metalowej krwi i nie jesteś homo, sprzedasz mu fangę, która delikwenta bluźnić oduczy. Wielkie hail dla wszystkich matołów paplających coś od daniu dupy przez ten kultowy team. Zarodek "panterowych" riffów nieźle wykiełkował, tyle że muzycy podsycili wszystko dawką klimatu i nowej barwy. Mimo tego, że ten album jest bardzo rockowy, to np. taki utwór jak "Odi Profanum Vulgus" brzmi dużo bardziej diabelsko i ostro niż którakolwiek z kompozycji zawartych na debiucie, jednak odbija się to trochę kosztem tempa trashowego motoru. Z kolei takie "Purpurowe Gody" są przerażającym i bluźnierczym (w sensie zajebistego infantylnego satanizmu a'la pierwszy Mercyful Fate) tworem, podczas słuchania którego człeka słuchem obdarzonego obłażą ciary. Na 99% każdemu podczas pierwszego przesłuchania każdy uzna "Płaszcz Skrytobujcy" za ubogi, gówniany utwór (utwór mówie! nie wiem co za debil rozpoczął nazywanie metalowych dzieł piosenkami), lecz po jakimś czasie inteligentni (tu stokrotne hail dla Siebie, bądź pozdrowiony) odkryją drzemiącą w tym utworze głębię. To tak samo jak z "Changes" Black Sabbath, niby gówniana balladka miłosna, a po głębszym przetrawieniu to prawdziwy killer magii w muzyce. Płytę zamyka instrumentalny "Szmaragd Bazyliszka", dość dobry, acha użyto w nim też potężnego growlu (wstyd Peterze z Viadra, że 12-latek lepiej od ciebie growluje:( ). Ogólnie album jest udanym rozwinięciem "Bastarda", sporo tu experymentowania, ale i tak rządzi.

6. Szydercze Zwierciadło

Przy tym albumie szczekanie debili na Kata osiągnęło apogeum. Dlaczego? Bo zespół zagrał znowu inny album (INNY, nie SŁABY, przy okazii przesyłam podrowienia dla jednego starachowickiego "Polski metal jest bardzo słaby" "metalofca" GÓWNO SIĘ NA METALU ZNASZ POZERZE IDZ SE POSŁUCHAĆ SWEGO SPEDALONEGO JAPOŃSKIEGO GÓWNIANEGO ROCKA UMIESZCZANEGO W TYCH AZJATYCZKICH BAJECZKACH I ZACZNIJ SŁUCHAĆ METALU TO CI SIĘ KAT SPODOBA! - proszę, HEX2000, nie wywalaj tych recek do kosza tylko ze względu na ten krótki fragment, postaw mnie pod TM i napisz że te recenzje nie są prowokacją:P ). Sam długograj jest dużo łagodniejszy, aż nie pozbawiony ciężaru, Roman już do perfekcji opanował swój styl czystego śpiewania, ale też nie raz przywali swą zajebistą chrypą (Araya-spier***:). Natomiast to co uderza najbardziej to... TEXTY. Ja piernicze takich wypasionych liryków z furą świec próżno szukać gdzie indziej, są bardzo inteligentne, pełne metafor (wiem, że to brzmi jak wywód jakiegoś hiphopowca nad swymi "dziełami" ale ludzie, gdzie tam hh do Kata!). Były zamieszczone zresztą one zresztą w dziale teksty bodaj w maju, szczerze zachęcam do ich lektury. Wstęp do tytułowego kawałka nieodmiennie kojarzy mi się z "Fixxxerem" Metalliki (Zchowaj pan ten nóż! Tak, ty w koszulce Beherit! To że coś trochę znam nie znaczy że tego słucham!),ale spokojnie, daleko tej kompozycji do monotonności load/reload. Zapomniałem napisać o świetnym "indiańskim: inrosie i outro. Świetne dodatki do doskonałej płyty.

7. 38 minutes of life

W sumie tą koncertówkę powinenem omówić między pierwszym a drugim longplayem, ale co tam. Opiszę koncert od początku. Na intro jakiś koleś zapowiada zespół, później leci muzyczne introdukcja podnosząca napięcie, a po chwili JEB! Przywalili od razu od "Czarnych Zastępów", utówór kultowy, tutaj zagrany dużo szybciej i z większym kopem, wokal Romana 666% bardziej wściekły niż w oryginale. Gdy kult dobiegły końca, nasz Diablo powitaj mega zachrypniętym, dośnym charkotem publikę "Witajcie! Jak Wasze gardła?!". Ech, polskie słowa wypowiedzienem takim głosem to prawdziwy miód dla uszu! Dlaczego tak mało kapel decyduje się na polskojęzyczne liryki? Co mnie obchodzi, że nie każdy Niemiec/Francuz/Angol zna polską mowę i tak na gigach gówno słychać:). Następne trzy kompozycje ("Diabelski Dom PartII", "Morderca" i "Wyrocznia"), ponownie zagrane z pakerskim kopem, wisudłały publiczność z sił, dlatego nasi molestatorzy dali ludzikom odpocząć przy dźwiękach "Głosu z Cimeności". Ale, ale po chwili mamy katowgo "Creeping Death", czyli "Masz mnie wampirze", tradycyjnie zagranego szybciej, więc już brzmi on bardziej jak Venom niż AC/DC. Tutaj jednak zamiast "Die! Die! Die! Die!Die! Die!" mamy kultowe "oooooooooooooooooooooo-oooooo-oooo-ooooo-o-o" Urocze nie prawdaż? Dwa ostatnie utwory to "Porwany Obłędem" i "Dziewczyna w Koronie Cierniowej" a koncert zostaje zamknięty majestatycznym oooooo-ooooooooooooooooo. I ciach. Finito. Czy muszę coś dodawać?

Epilog

Myślę drogi Czytelniku, że zachęciłem Cię do zięgnięcia po wszystkie (WSZYSTKIE MÓWIĘ!) płyty wspaniałego kultowgo bandu, Jednocześnie wielkie faki dla autora arta "Satanic Rites" że nic o tym nadzespole nie wspomniał. Bo prawda jest taka, że Kat to pierwsza polska BLACK metalowa grupa.

PS. Chciałbym jeszcze pozdrowić Karela i Groovcia, mimo że się z Wami (delikatnie mówiąc) nie zgadzam doceniam to, że harujecie w tym kąciku najwięcej, no ale nie piszecie popier***, "kontrowersyjnych" artów w stylu te made by Stasio, więc nie liczcie na odzew. Hough!


© Evil Slayer Schweyk