|
BLACKMORE'S NIGHT - PAST TIMES WITH GOOD COMPANY |
|
ZESPÓŁ - BLACKMORE'S
NIGHT
Są albumy, których recenzji się nie pisze. Płyty tak idealne, że ciężko o nich słowo powiedzieć, tak dopracowane w każdym calu, że nie podlegają normalnym prawom krytyki. Dla tych wybitnych dzieł trzeba powiększyć skalę ocen, dobrać odpowiednią paletę słów, słuchać tego, czego w żadnym innym albumie się nie słucha. Poznać ową płytę tak, aby nic, co na niej się znajduje nie miało dla nas tajemnic. Zwrócić uwagę na poszczególne barwy głosu, dźwięki gitary, akcenty basowe i niezwykłe uderzenia perkusji. Jednak, gdy płyta jest zapisem koncertu i udaje jej się wywrzeć na słuchaczu takie wrażenie, sprawić by ukląkł przed nią i złożył jej hołd - zespołowi należą się naprawdę wielkie gratulacje, gdyż jak wiadomo na koncercie dużo trudniej jest w swych utworach zawrzeć wszystkie te uczucia... Takim albumem jest "Past Times With Good Company" grupy Blackmore's Night. Zespół niezbyt znany w Polsce, niezbyt promowany, lecz cóż się dziwić, u nas sukces odnosi muzyka komercyjna, nie ambitna. Twór założony przez gitarzystę znanego na całym świecie Deep Purple oraz Rainbow, powszechnie szanowanego Ritchiego Blackmore'a, który gra wraz z żoną Candice Night muzykę średniowieczną, inspirowaną celtycką i po części irlandzką. Osoby, które grupy nie znają zapewne zdziwiły się co Ritchie robi w takim czymś, jednak nie ma co się dziwić, przecież podczas tras koncertowych Deep Purple nie słuchał hard-rocka, słuchał właśnie takiej muzyki, klimatycznej, wprawiającej w refleksyjny i głęboki stan zadumy. Muzyki średniowiecza. "Past Times With Good Company" jest płytą niezwykle spójną, set jaki zagrali na tym koncercie w teatrze w Groningen w Holandii jest idealny, taki powinien być koncert tejże grupy [do momentu wydania "Ghost Of A Rose", gdyż w tym wypadku nie mogłoby zabraknąć takich szlagierów jak "Ghost Of A Rose"; "Cartouche"; "Lorelly"; "Queen For A Day" i "Ivory Tower"] - wiele szybkich, melodyjnych utworów, typowo "bardzkich" przeplatanych wolnymi refleksyjnymi balladami... Skoczne pieśni, jak na przykład "Under A Violet Moon" i "Play Minstrel Play" wspaniale tworzą klimat beztroskiej zabawy, w której uczestniczy cała publiczność, podczas gdy powolne "Shadow Of A Moon"; Writing On A Wall" i chociażby "Soldier Of Fortune" [w oryginale wykonywane przez Deep Purple] wprawiają w słuchacza w melancholijny nastrój, który każe zastanowić się nad tym, co się dzieje i o co w tym całym życiu chodzi. Przeżyć muzykę, być tam wraz z zespołem i fenomenalną publiką, być jedną z tych osób, które bawią się na tym wspaniałym koncercie... Płyta ta także może być wykorzystywana jako "greatest hits" Blackmore's Night. Bowiem jest to zbiór najlepszych utworów z pierwszych płyt, do tego zagranych w sposób tak idealny, że nie ma prawie żadnej różnicy pomiędzy wersją oryginalną a koncertową. Blackmore zagrał do tego jeszcze dużo dłuższe wstępy gitarowe, dodał sporo motywów, partii, których nie było. Improwizował tak wspaniale, że aż chce się go w jakiś dziwny sposób czcić jako boga gitary. Czasem jego popisy schodzą trochę na bok, ustępując miejsca przepięknej wiolonczeli, która brzmi wybornie wypełniając swym ciepłem salę, w której odbywał się koncert. Czasem także pojawiają się pojedynki pomiędzy nią a gitarą, jak na przykład w "Shadow Of A Moon", kiedy to słyszymy długi motyw "wioli", przy cichym akompaniamencie Ritchiego, który tylko czeka aż ona ucichnie by szybko odbić się grając solówkę tak piękną, że prawie nic na tym albumie nie może się z nią równać. Jeżeli na tak długo przy warstwie muzycznej i technicznej się zatrzymałem nie wypadałoby nie wspomnieć o bębnach... Pięknych! Ostatnimi czasy wzmogła się moja fascynacja perkusją w muzyce, więc zacząłem przysłuchiwać się wszystkiemu, co tylko jest na tym instrumencie... Tutaj, w "Past Times With Good Company" szczególnie rzuca się w oczy motyw, który jest stosowany dosyć często w różnorakich zespołach. Jednak nikomu nie udaje się zrobić z tego tak pięknej sztuki. Chodzi mi o wprowadzenie, grane na gitarze, wejście wokalne Candice, dochodzenie po woli innych instrumentów, chwila jakby przerwy, zwolnienie i kilka szybkich uderzeń perkusji i przyspieszenie wszystkiego wraz ze wzmocnieniem dźwięku wydawanego przez wszystkie instrumenty... Ritchie - wydawałoby się - powiesił swoją słynną gitarę elektryczną na haku w domu i na dobre sięgnął po klasyczną vel akustyczną, jednak nie zawsze - na szczęście - się to sprawdza i na "Past Times With Good Company" uświadczymy także parę popisów na tymże cudownym instrumencie. Jako przykład podam choćby "16th Century Greensleeves". Mimo to - nic - ale to NIC nie zastąpi tego, co zagrał, a w zasadzie zaimprowizował jako wstęp do "Minstrel Hall", genialnego utworu instrumentalnego, który napisał jako muzyczne wspomnienie podróży, którą odbył wraz z małżonką po zamkach i innych średniowiecznych miejscach. Jest to prawie sześciominutowe wyrażenie emocji, przelanie ich na Muzykę, która zmieniła się w twór nieokiełznany przez jego własnego twórcę, twór idealny i wspaniały w każdym calu... Tyle więc powiem na temat "Past Times With Good Company", płyty idealnej, wspaniałej i niezaprzeczalnie wybitnej - choć to "tylko" koncertówka, brawa dla jej twórców za stworzenie nowego pojęcia piękna i zmaterializowania go w Muzyce. Album nie jest też drogi, gdyż kosztuje mniej więcej 55ięć złotych, jako płyta lub 25ięć jako dwupak kasetowy. Warto tyle zapłacić - gdyż jak na płytę to mało - za ponad 80siąt minut wspaniałej i genialnej muzyki. OCENA - 100/100 |