BUDKA SUFLERA
Ktoś kiedyś powiedział, że pisanie o muzyce przypomina tańczenie o architekturze. Opinia ta jest mi bliska. Gdy słyszę na przykład gitarę Marka Knopflera w "Telegraph road" lub wokal Bruce'a w "Brave new world", przekonuję się, że "opisanie" tych dzieł na pewno nie leży w sferze moich umiejętności. Tak według mnie jest z całym fenomenem zwanym muzyką - trzeba jej przede wszystkim słuchać, a wszelkie recenzje napisane na papierze czy wystukane na klawiaturze mogą co najwyżej skłaniać do sięgnięcia po dobrą płytę. Z takim założeniem mogę już zacząć pisać art dotyczący Budki Suflera. Jest to zespół, który zapisał jedną z najpiękniejszych - jeżeli nie najpiekniejszą - kart w polskim rocku. Lubelska formacja istnieje nieprzerwanie od prawie trzydziestu lat. W moim zyciu pojawiła się zaś siedem lat temu. To od niej zacząłem "świadome" słuchanie muzyki, dlatego mam wobej niej dług wdzięczności. Tekst ów nie będzie ani historią zespołu sensu stricto, ani jedną wielką recenzją. Będzie czymś w rodzaju podziękowania, pisanym przez wiernego fana, niekiedy od serca. Zapraszam więc do cofnięcia się w przeszłość rodzimej muzyki, w przeszłość legendarnej kapeli.
Zaczęło się od... A może nie. Wszystko trwało już dwadzieścia parę ładnych lat, gdy w roku 1997 w kraju rozbrzmiały pierwsze takty tanga. Jakiego? Takiego tanga! Utwór otwierający płytę "Nic nie boli tak jak życie", wstrzasnął krajem jak ten był długi i szeroki. Oto Budka Suflera, zespół znany i lubiany, dała o sobie przypomnieć pierwszy raz od kilku lat, i to piekielnie mocnym akcentem. Komercyjny sukces utworu był olbrzymi. Sprawił że ponad milion osób sięgneło po płytę. Ci, którzy kupili dwunasty z kolei longplay legendarnej juz wtedy lubelskiej formacji nie tylko dla pierwszej piosenki, przekonali się o potędze całej płyty i wyśmienitej formie zespołu. O niebywałym rzemiośle kompozytorskim Romualda Lipki, o potężnej skali "przepitego", chropawego głosu Krzysztofa Cugowskiego (moim zdaniem za czasów jego świetności nawet Bruce Dickinson nie mógł się z nim równać), o świetnym rytmie perkusji Tomasza Zeliszewskiego, o cudowynm zgraniu i dopieszczeniu gitar, o gorzkiej głębi tekstów Andrzeja Mogielnickiego. Płyta była doskonała, na pewno satysfakcjonowała każdego kto wiedział, co piszczy w rodzimym rocku i czekał aż pojawi się w nim jakaś nowość. Zaskakiwała różnorodność utworów - od spokojnego "Radio Taxi", przez typowo budkowe "Jeden raz", "Strefę półcienia" po dość ostre "Głodny" i "Bez aplauzu". Płyta rozbudziła moje (i chyba nie tylko) zainteresowanie lubelskim zespołem. Budka weszła w okres renesansu, ich płyty zaczeły ponownie pojawiać się w sklepach a muzykę zaczeło odkrywać kolejne pokolenie. W tym ja, wówczas piętnastolatek. Kupowałem, czytałem, słuchałem, zapoznawałem się z ich historią, dowiadywałem się coraz więcej i więcej...
Skąd nazwa grupy? Pewnego razu siedział sobie niejaki Krzysztof Cugowski nad słownikiem języka angielskiego i jeżdził po kartkach palcem, próbując znaleźć coś, co nadałoby się na miano dla założonej niedawno kapeli. Palec spoczął na dwóch wyrazach, które dzięki temu weszły do historii polskiej muzyki. Grać zaczęli w późnych latach sześćdziesiątych. Paru lubelskich już albo jeszcze-nie-studentów zaczynało, tak jak masa zespołów, od grania coverów w klubach. Na początku grali chyba tylko dla zabawy, bez żadnych światowych ani nawet krajowych aspiracji. Na to by wskazywało zachowanie Cugowskiego, który przywitał późniejszego przyjaciela zespołu, Jerzego Janiszewskiego gromikm "spadaj!", kiedy ten wsadził głowę za jakieś drzwi w jakiejś knajpie, aby zobaczyć kto tak pieknie gra. Był to rok 1969. W pierwszym, prehistorycznym składzie, jeszcze bez Lipki, chłopaków było stać tylko na parę nagrań w studiu radiowym. Zespół szybko przestał istnieć, aby powrócić do działalności w 1973 roku, z Lipką i Andrzejem Ziółkowskim. Janiszewski, w słowach, które pojawiły się później na okładce "oficjalnego bootlega" Budki z nagraniami z epoki "jurajskiej", wspominał: "Przyznam się bezczelnie, wybrałem im numer, załatwiłem u kumpla tekst, postarałem się o studio, zmusiłem do nagrania, bo nie chcieli, i tak zrodził się "Sen o dolinie" (...)" Pierwszy wielki przebój był przeróbką kawałka "Ain't no sunshine" (śpiewał go w oryginale m.in. Sting), ze słowami Adama Sikorskiego. Zespół do dzisiaj gra go na koncertach. "Sen o dolinie" nie ukazał się na żadnym albumie poza składankami i owym "bootlegiem". Utwór ten czaruje mnie do dziś, pięknym wokalem, tajemniczą atmosferą i niepowtarzalną solówką, graną niegdyś na saksofonie, obecnie na gitarze. Pozostałe utwory, zebrane i wydane wiele lat później na płycie, która ukazała się pod nazwą "Underground" to, jak na moje ucho, taka sobie radosna twórczość grupki młodych, wesołych ludzi, dobra do grania po knajpach i na kameralnych imprezkach. Kilka z nich wyszło do ludzi na późniejszych longplayach. Z pozostałych żal mi tylko "Suity na dwa światła warszawskie", która nie została wydana nigdzie indziej. Ale było już coś nowego i oryginalnego, jakieś zaczątki własnego brzmienia. Tak jak mieli to Floydzi na "The Piper at the gates of dawn". Już wtedy drzemał w tych chłopcach olbrzymi potencjał.
Nadszedł rok 1974 - rok wydania pierwszej płyty z prawdziwego zdarzenia. W składzie: Cugowski na vocalu, Lipko na bassie, Zeliszewski na perkusji i Ziółkowski na gitarze, Budka Suflera wydała "Cień wielkiej góry". Trzon zespołu w postaci pierwszych trzech muzyków nie zmienił się do dziś, nie licząc krótkiego epizodu Cugowskiego poza kapelą. Na płycie słychać poszukiwania własnego brzmienia - czuć trochę Pink Floyd a trochę nawet Black Sabbath. Tytułowy utwór to do dziś szlagier na koncertach, powolny, mroczny, dostojny. Druga najbardziej znana piosenka z albumu to: "Jest taki samotny dom", z genialną perkusją i niepowtarzalnym tekstem. Suita "Szalony koń", licząca prawie dwadzieścia minut zaskakuje zmianami tempa. Oprócz tego jeszcze: "Lubię ten stary obraz" jest mocnym punktem albumu. Nastepny longplay, wydany dwa lata później jest doń bardzo zbliżony - ten sam skład i kilka powtarzających się utworów. Z nowych piosenek jest tu chociażby "Pieśń niepokorna", utwór coraz bardziej "budkowy", nie pozbawiony jednak owej tajemniczości i mrocznej subtelności, kolejny wielki przebój grupy. Ponadto: "Noc nad Norwidem" - piękna, długa pieśń o niezrozumianym poecie, jedna z perełek wczesnej twórczości Budki. W tamtym okresie zespół wypracował pewien element stałości - poza wielką trójką, która gra razem do dziś, pierwszym gitarzystą, który zagrzał w nim miejsce nieco dłużej okazał się Andrzej Ziółkowski.
Zarówno "Cień wielkiej góry", jak i "Przechodniem byłem między wami", to płyty odmienne tak na tle dyskografii Budki, jak i wśród wiekszości zespołów grających polski rock. Większość tekstów wyszła spod pióra Adama Sikorskiego. Utwory ocierają się o art rocka, czasem zaskakują monumentalizmem. Zasługa w tym zwłaszcza gitar i tego głosu - jedynego i niepowtarzalnego, iście monumentalnego głosu Krzysztofa Cugowskiego, w którym grała wtedy jakaś młodzieńcza, jedyna w swoim rodzaju łagodność, jakiej dziś już nie uświadczymy. Liryki dotyczą spraw wielkich, wzniosłych, niebywałych, ich bohater jest zagubiony, szuka, czasem dramatycznie pyta. Można by wysnuć stwierdzenie że bohater wszystkich tekstów z pierwszych dwóch płyt jest ten sam. Młodzi ludzie niezaprzeczalnie szukali, i to da się zauważyć w muzyce.
...i chyba nie znaleźli tego, co chcieli znaleźć. A może zmienił się ich sposób patrzenia na muzykę? W każdym razie Budka nigdy potem nie grała już tak, jak w pierwszej połowie lat 70-tych. Nie mieli chyba ambicji tworzyć rocka przesadnie artystycznego, jak zresztą jeszcze chyba kilka kapel w środowisku. Pod koniec dekady odszedł Cugowski, który rozpoczął karierę solową, niebawem do grona gitarzystów dołączył m.in Jan Borysewicz z obecnego Lady Pank, a lubelska kapela zaczeła szukać nowego brzmienia i nowego miejsca w muzycznej rzeczywistości. Romuald Czystaw, który pojawił się przy mikrofonie, nie mógł nawet marzyć o wysokich tonach na jakie bez problemu wznosił się Cugowski, miał głos subtelniejszy i bardziej "ugładzony". Może lepszy do repertuaru, jaki Budka wypuściła na płycie "Ona przyszła prosto z chmur". Pobrzmiewa jeszcze gdzieniegdzie tajemniczość, lecz jej miejsce zajeły już niemal całkowicie dość proste rytmy. Odeszła gdzieś ostrość i monumentalizm, brzmienie jest bardziej stonowane. Wśród piszących teksty - co ważne - pojawił się Andrzej Mogielnicki, związany z Budką po dzień dzisiejszy. Nie jest jeszcze tak "brutalny" jak na późniejszych dokonaniach zespołu. Na tej płycie Budka znajduje się - zarówno od strony muzycznej jak i tekstowej - na rozdrożu. Jakby pytali, w którą stronę mają się skierować. Album jeszcze nieco pachnie minionymi latami, ale pojawiają się już piosenki, takie jak choćby "Tyle z tego masz", których brzmienie jest typowe dla Budki z wczesnych lat osiemdziesiątych. Następna płyta, "Za ostatni grosz", wyraźnie określiła muzykę tworzoną przez zespół. Chłopcy zdecydowali się jednak złagodnieć. Długie, dopieszczone suity odeszły w niepamięć, kompozycje są tu krótsze, a teksty - lżejsze w odbiorze. Na uwagę zasługuje wkład Jana Borysewicza - napisał muzykę do trzech piosenek, a jedna z nich, "Nie wierz nigdy kobiecie", stała się przebojem. Tekst Mogielnickiego, który niemal zdominował tę płytę, jest znakomitą próbką możliwości tego autora. No i oczywiście utwór tytułowy, "Za ostatni grosz", mówiący o rozczarowaniu, zgorzknieniu i żałości. spowodowanej przez bezlitośnie biegnący czas, jeden z pierwszych takich w historii zespołu. Stale przywodzi mi on na myśl dojrzewanie, poznawanie siebie - i konfrontację z tym, co się nie udało. Spośród pozostałych kawałków wyróżniają się: "Memu miastu na do widzenia", "Bez satysfakcji" oraz lekki i przyjemny "Rock n`roll na dobry początek." Płyta ta okazała się być ostatnią z Czystawem w roli wokalisty. Na kolejnej można było znów usłyszeć Cugowskiego. I dobrze, bo dla mnie - i chyba nie tylko dla mnie - Budka Suflera i Krzysztof Cugowski to niemal to samo. Zanim jednak doszło do jego powrotu, za mikrofonem na krótko pojawił się Felicjan Andrzejczak. I tym epizodem zapisał się w sercach wielu ludzi. Któż nie zna bowiem utworu "Jolka, Jolka", tak pięknie przezeń zaśpiewanego? Ile osób jeszcze go pozna? Ile par wyznało sobie przy nimuczucie? Pytania można by mnożyć. O ile Cugowski czy Czystaw śpiewali i śpiewają nadal z powodzeniem wszystkie inne hity zespołu, to ten numer zdecydowanie należy do Felka i tylko do niego. Pozostałe dwa utwory, które nagrał z Budką, "Noc komety" i "Czas ołowiu", to także już dziś klasyka.
Andrzejczak odszedł, Cugowski wrócił, ukazała się następna płyta. Jej tytuł to: "Czas czekania, czas olśnienia". W Budce już chyba na stałe zadomowiły się gitarowe wstępy i lżejszy sposób grania. Najbardziej znanym przebojem z tego longplaya jest "Cały mój zgiełk", który długo utrzymywał się w czołówkach list przebojów, choćby w "Trójce" Tytułowy "Czas czekania, czas olśnienia" to po części nawrót do starych czasów - ma prawie dziesięć minut. Każdy z utworów ma ciekawy tekst, a piosenka "Dobrej zabawy nigdy dość" jest w moim odczuciu żartem mało poważnych, już nie najmłodszych ale ciągle szalonych rockanów. Dużo poważniejsze są utwory takie jak "Woskowe dusze" czy "Wyspy bez nazw", z ich tekstów wypływają wnioski oczywiste, ale dość zaskakujące. Na uwagę zasługuje też fakt, na tej płycie jako autor tekstów zadebiutował Zeliszewski, co, jak się później okaże, było jeśli nie strzałem w dziesiątkę, to bardzo udanym pomysłem. W swoich tekstach jest cieplejszy i subtelniejszy niż Mogielnicki, częściej niż on porusza sprawy związane z uczuciami. Płyta jest ceniona przez krytyków i fanów, ale moim zdaniem logiem Budki sygnowane były dużo lepsze wydawnictwa. Jej następczyni, opatrzona tytułem "Giganci tańczą", także nie jest według mnie szczytem możliwości. Zespołowi ubywa jeden z gitarzystów, Andrzej Sidło, teksty w dalszym ciągu z powodzeniem pisze Zeliszewski, a także Maciej Dutkiewicz, obecny od czasów płyty "Za ostatni grosz". Spośród utworów na największą uwagę zasługują: "W niewielu słowach", świetnie zaśpiewany przez będącego w wysokiej formie wokalnej frontmana, a także "Synowie Chin" i piosenka tytułowa, "Giganci tańczą". Tak na marginesie - jej tekst ma się idealnie do obecnej sytuacji w Polsce. Czyżbyśmy zatoczyli koło? A był to rok 1986...
Dwa lata później światło dzienne ujrzała płyta, na której lubelski zespół wykształcił brzmienie obecne w ich muzyce w zasadzie do dziś. Chodzi o "Ratujmy co się da". Odczuwalny jest tutaj powiew świeżości, jakby muzycy zrzucili z bark jakiś ciężar. Istotnie, Budka kończyła wówczas ciężki okres. Na gitarze zaczął grać Stanisław Zybowski, kolejny po Borysewiczu człowiek - tuz polskiej gitary, który przewinął się przez formację. Zaskakuje liczba piosenek - jest ich aż piętnaście, łącznie z tematem z filmu "Pay off", do którego muzykę napisał Romuald Lipko. Zespół stanął mocno na nogach i znowu jest wielki, o czym świadczą chociażby takie kompozycje jak "Ratujmy co się da", jeden z największych hitów zespołu. " To nie tak miało być", "Jestem stąd", "Czas wielkiej wody" - to piosenki znane nie tylko fanom Budki. Duet Zeliszewski - Olewicz, odpowiedzialny za teksty, wywiązał się z zadania bardzo dobrze. Bohaterem liryków jest, jak chyba zawsze w tekstach Budki Suflera, człowiek nieco zagubiony, "zanurzony w to dno", nieszczęśliwy, skrzywdzony, który chce zacząć życie od nowa. Chociaż zespół ostatecznie opowiedział się za nagrywaniem muzyki bardziej rozrywkowej, warstwa tekstowa płyty nie jest lekka w odbiorze. Początkowo jednostajność liryków może nawet nużyć. Do dwóch piosenek słowa napisał - tak jak na wcześniejszych płytach - Dutkiewicz. Pod względem muzycznym to także dobre rzemiosło. Brakuje może tylko nutki artyzmu. W każdym razie zespół staje się megagwiazdą polskiej muzyki i towarem eksportowym. W 1987 roku wyjeżdża na tournee do USA, następnie wydaje składankę "Greatest hits", na której przypomina swoje największe przeboje z dawniejszych lat. Najlepsze lata dla zespołu dopiero jednak nadejdą...
W początkach lat dziewięćdziesiątych w zespole zadomowił się na stałe Mieczysłam "Mechanik" Jurecki, jeden z najlepszych w swoim fachu między Bugiem a Odrą. Doszedł także drugi gitarzysta, Marek Raduli. W takim składzie kapela przywitała najtłustsze lata w swojej historii. Zaczęło się od płyty "Cisza". Wydany w 1992 roku longplay okazał się megahitem, a takie kawałki jak "Ragtime", "Twoje radio", czy "Cisza jak ta" (moim zdaniem najlepsza piosenka Budki wszystkich czasów), są już legendarne. Mało tego, ta płyta nie ma słabych punktów. Każda piosenka z osobna jest godna polecenia - poza wspomniają przeze mnie trójką jest tu jeszcze choćby "Geniusz blues", z tekstem - radą dla człowieka, którego zycie jest " i tak przechlapane", jest "Kolęda rozterek", w której Cugowski udowadnia że nie ma w Polscelepszego wokalisty, są "Młode lwy" - być może rozrachunek z przeszłością. Zgranie poszczególnych instrumentów i dopieszczenie dźwięków osiągnęły mistrzowski poziom. Tych pięciu facetów po prostu miało ze sobą grać i kropka. Moim zdaniem - drugie najlepsze dzieło Budki Suflera. Przed kolejną płytą studyjną wydawnictwo "New Abra", z którym zespół związał się właśnie od "Ciszy", wypuściło wspomniany już bootleg "Underground". Zarejestrowano także koncert zagrany w Operze Leśnej w Sopocie, z okazji dwudziestolecia zespołu. Nastepnie, w trzy lata po "Ciszy" nastała "Noc". Jest to dość oryginalna płyta. Osobiście nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest nieco dziwna. Wszystkie teksty wyszły spod pióra Zeliszewskiego, są subtelne i dość tajemnicze. Ponadto znalazły się tutaj dwa utwory instrumentalne. "Noc" jest nieco bardziej ambitna od większości swoich poprzedniczek, może dlatego przeszła bez większego echa i poza tytułowym nagraniem nie doczekała się żadnego przeboju. A szkoda, bo to piękna płyta, nie gorsza lecz inna. Taki "Grand Canyon" czy "Taki świat" w niczym nie ustępują wielkim przebojom grupy.
"Noc" nie odniosła jednak oszałamiającego sukcesu. Jednak dwa lata po jej wydaniu muzycy z Lublina porzucili wszelki żal, jaki być może mieli z tego powodu. Bo oto nastał sukces jakiego Cugowski, Lipko ani żaden inny członek zespołu nie oczekiwali chyba w najśmielszych snach! Oto milion osób postanowiło przekonać się czy rzeczywiście nic nie boli tak jak życie. O tej płycie pisałem wyżej, więc nie widzę sensu się powtarzać. Dodam tylko, że Budka zostawiła daleko za sobą wszystkie inne grupy funkcjonujące na polskim rynku muzycznym. Każdy, absolutnie każdy kawałek jest świetny! Budka olśniła starych fanów i zyskała rzesze nowych. Nareszcie osiągnęła absolutne mistrzostwo brzmienia. Sukces płyty był ogromny, ale najstarsi fani zaczęli zarzucać zespołowi komercyjność. Zespół był jednak na fali i nie zamierzał zwalniać tempa. Rok później ukazała się płyta zatytułowana "Akustycznie", z koncertem unplugged, na którym chłopcy sięgnęli po nie grane przez wieki utwory z początków historii. Był to miły prezent i udane wydawnictwo, a "Martwe morze", jedyna nowa piosenka i odświeżone "W niewielu słowach" były często powtarzane w radiu i telewizji. Kolejny rok przyniósł dwudziestpięciolecie grupy. Z tej okazji w sklepach ukazała się składanka "Greatest hits II", z piosenką "Piąty bieg", w której można usłyszeć wszystkich trzech wokalistów zespołu naraz. W dniu 18 listopada 1999 Budka zagrała wspaniały koncert w Carnegie Hall w Nowym Jorku. To niewątpliwie przełomowe w polskim roku wydarzenie zostało uwiecznione na albumie, według mnie stanowiącym najlepszą koncertówkę Budki. Polonia amerykańska zgromadzona na koncercie usłyszała większość starych hitów i połowę płyty "Nic nie boli tak jak życie".
Gdy opadły emocje związane z jubileuszem, zespół stanął wreszcie naprzeciw myśli że trzeba wypuścic kolejną płytę studyjną. Wszyscy jego członkowie na pewno zdawali sobie sprawę, że powtórzenie sukcesu "Życia..." będzie bardzo trudne. Płyta nosząca tytuł "Bal wszystkich świętych" ujrzała światło dzienne w połowie roku 2000. Album na pewno nie był zły. Ale sprawił, niestety, że wszystkim głosom na temat komercyjności muzyki Suflerów zaczęto przyznawać coraz więcej racji. Oto Budka zatrzymała się w rozwoju. Nadal słyszymy kawałek dobrego rocka, ale z coraz wiekszą domieszką popu. Gitary brzmią profesjonalnie, a brzmienie jest dopracowane do ostatka, Lecz jakoś mało jest solówek. Teksty, autorstwa Mogielnickiego, nie traktują o niczym nowym, są do tego bardziej "chwytliwe", miejscami idealnie pasują do popu. Wszystko jakby już było. Nieco mocniejszy "Świat od zaraz" i utwór tytułowy wybiły się na szczyty list przebojów, wydawnictwo odniosło duży sukces, nieporównywalny jednak z osiągnięciem poprzedniczki. W muzykę Budki wdarła się nuda i schematyczność. Płyty można z przyjemnością posłuchać, ale moim zdaniem jest to krok do tyłu. Ostatnia jak dotąd płyta se studia ukazała się ponad rok temu. Nositytuł "Mokre oczy". Dotychczas słuchałem jej raz i pamiętam, że miałem wrażenie, jakbym jadł kotleta nie tylko odgrzewanego (takim był "Bal") ale wręcz zwróconego. Cóz z tego że warstwie muzycznej nie mozna nic zarzucić, cóż że Cugowski ma głos jak dawniej, cóż że Raduli i Jurecki się starają? To już nie jest ta Budka co dawniej. Mogielnicki pisze znowu o tym samym, a piosenki brzmią jakby były pisane według jakiegoś wzoru, ktory powstał parę lat wcześniej. Jedynym utworem godnym polecenia jest " To jest mgnienie", rodzynek do którego słowa napisał perkusista. Takie pioseneczki jak "Solo" czy "No i gra" nie powinny ujrzeć światła dziennego, a przynajmniej nie na płycie Budki Suflera. Coraz więcej kiczu, coraz mniej rocka. Dwa kroki w tył. Ostatnio z obozu Budki Suflera dochodzą niepokojące wieści. Zespół rozstał się z gitarzystami. Dlaczego? Byli to naprawdę dobrzy muzycy. Czyżby "Bal..." był początkiem końca Budki takiej jaka lubiłem ja i setki tysięcy oddanych fanów? Czyżby był to powolny zmierzch wielkiego niegdyś zespołu, który postawił na muzykę łatwą, lekką, przyjemną i nabijającą kabzę? Chciałbym wierzyć że nie... Niestety, to co nagrywają teraz, to zaledwie cień wielkiej Budki. Fakt zostaje jednak faktem - Budka Suflera to najlepszy zespół jaki kiedykolwiek zaistniał w rodzimym rocku. Przewinęło się przez nią wielu znakomitych artystów a jej muzyka brzmiała i brzmi przez pokolenia. Za przeszłość bezapelacyjnie należy się jej szacunek. Może chłopcy wrócą z czymś na miarę "Nic nie boli tak jak życie"...
I to tyle co wiem :) Były w dorobku Budki inne płyty, było więcej dobrych piosenek, więcej zmian i zakrętów, ale moją ambicją nie było wypisywanie tu tego wszystkiego. Zainteresowani znajdą szczegóły na stronach internetowych - choćby na www.budkasuflera.pl - oficjalnej stronie zespołu. Zawarłem tu tylko moją drogę przez Budkę, w nadziei że zachęcę kogoś do zapoznania się z tym wspaniałym zespołem, a przymajmniej odwiodę go od psioczenia nań tylko za obecne dokonania. Nie ocenia się przecież wielkiej, grubej księgi mając na względzie wyłącznie jeden kiepski rozdział...