WILLIAM SHAKESPEARE - "Tytus Andronikus"
Wzięło
mnie na Szekspira. Nie wiem, dlaczego. Ot, pewnego dnia wstąpiłem do szkolnej
biblioteki i zobaczyłem dwa opasłe tomiska tragedii tegoż autora. Nim się
obejrzałem, trzymałem je w ręku i podpisywałem karty biblioteczne. Książki
odłożyłem na półkę. Postały jakieś dwa dni i...
Swego czasu widziałem w moim mieście porozlepiane plakaty filmu "Tytus
Andronikus". Muszę przyznać, że przeszedłem obok nich obojętnie,
mimo, iż widniała na nich cokolwiek znana twarz, bodaj A. Hopkinsa. Jako że
pojęcie dziury w budżecie nie jest mi obce, na seans nie poszedłem.
Tym większe było me zdziwienie, gdy przeglądając owe spasione tomiska wyłowiłem
tenże tytuł. Innej zachęty nie trzeba było.
Już na początku pojawiają się wątpliwości. Otóż, wielu badaczy
literatury angielskiej uważało, że Szekspir nie jest autorem, lub w
najlepszym wypadku jest współautorem sztuki. Obecnie pogląd ten został
praktycznie rozwiany, jednak tłumacz wspomina o nim z uwagi na rzetelność
zawodową.
Jakby nie patrzeć, obawy tego pokroju są co najmniej uzasadnione. Już na początku
można dostrzec różnicę językową. Czytając Hamleta, czy choćby Makbeta, i
porównując ich z tu przedstawianym dramatem nietrudno zauważyć różnicę
stylów. Innymi słowy, Andronikus jest o wiele surowszy w formie. Porównując
zawiązanie akcji choćby ze świetnym dramatem Romeo i Julia czytelnik jest
trochę skonsternowany. Jednakże na dłuższą metę język ani nie drażni,
ani nie przeszkadza - po prostu jest inny, nieco różniący się od tego z
bardziej znanych dzieł angielskiego dramaturga.
Słowo o akcji. Rzecz dzieje się w starożytnym Rzymie. Zmarł cesarz, o tron
konkurują dwaj jego synowie. Spór zapewne skończyłby się emigracją głowy
któregoś z braci w okolice niezbyt bliskie reszcie ciała, jednak ku późniejszej
jego rozpaczy, z wyprawy przeciw Gotom wraca zasłużony wódz, tytułowy
bohater Tytus Andronikus. Za jego poparciem (i uprzednim zrzeczeniem się
biernego prawa wyborczego, co trzeba zaznaczyć) na tronie zasiada pierworodny.
Atmosfera jednak do końca nie ulega rozładowaniu, gdyż w sprawę miesza się
wzięta w niewolę barbarzyńska królowa, która w skutek manipulacji (tu się
pokaże pierś, tam się rzecze dobre słowo) zostaje cesarzową. I co tu dużo
mówić - w maksymalny sposób wykorzystuje swą pozycję do zemsty na starym
wodzu, który ośmielił się złożyć jej syna w ofierze.
A zemsta jest okrutna. Praktycznie nie przypominam sobie bardziej krwawej
sztuki. Trup ściele się gęsto, a intryga zatacza coraz szersze kręgi. Z
"obsady" dramatu przytoczonej przez autora na początku przeżywa
bodaj jedna czwarta bohaterów!
Sama jednak obecność trupów nie wpłynie zbytnio na odbiór, jeśli nie
podeprze się jej odpowiednią sytuacją, budującą klimat dramatu. A tutaj,
zapewniam, znajdziecie go pod dostatkiem. Sztuka musi robić piorunujące wrażenie
na deskach teatru. Wierzcie, wiem co mówię. Czytając "Tytusa..."
miejscami zastanawiałem się nad tym, czy w rzeczywistości człowiek jest
zdolny do takich posunięć. Widocznie tak, skoro człowiek to wymyślił...
Właśnie - przeczytawszy całość można porzucić wszelkie wątpliwości.
Tylko Szekspir mógłby przedstawić taką historię. Dramatyzm jest wspaniały,
poczucie klęski bije z każdego niemal wersu starego Andronika, zaś jego
zemsta jest iście diabelskim posunięciem względem Tamory. Muszę tu jednak
ostrzec (co dla wielu będzie prawdopodobnie dobrą zachętą...) przed
niesamowitą wręcz brutalnością dramatu. Jeśli można by przedstawić
wystarczająco realistycznie ludzkie okrucieństwo, to Szekspir wywiązuje się
z tego nader poprawnie. Sceny gwałtu, odcinania kończyn czy zwykłych (jeśli
można pokusić się o takie stwierdzenie...) zabójstw są świetnie
wyeksponowane. Cała ta surowość stylu tylko uwydatnia każdy szczegół. Poza
tym, Szekspir zastosował tu wybieg, który polega na oddaniu akcji umysłowi
czytelnika. Otóż nie dopowiada do końca. Didaskalia ograniczone są do
minimum. Cała rzecz rozgrywa się w wyobraźni czytelnika. On sam, swą często
wrażliwą imaginacją udowadnia sobie, do czego zdolny jest człowiek.
Poszczególni bohaterowie rysowani są twardą literą. Nie ma niedopowiedzeń,
nie występują bohaterowie dynamiczni. Czarne jest czarne, białe jest białe.
Ale, jak już mówiłem, nie to decyduje o ogólnym odbiorze dramatu.
Jednakże i tu można zaleźć znamiona pióra mistrza angielskiego dramatu.
Szczególnie zapadająca w pamięć jest postać czarnego niewolnika Aarona.
Udowadnia on, że zło to nie tylko brak dobra. Prawdziwe zło jest zakorzenione
głęboko w duszy i przeciwne całemu światu. Człowiek naprawdę zły jest
czymś okropnym, zarówno w sensie moralnym (co jest przecież oczywiste) ale i
w sensie psychologicznym. Ładunek negatywnych emocji jakie niosą ze sobą jego
intrygi, jest przerażający.
Prócz powyższego praktycznie każdy bohater wyróżnia się jakimś szczegółem
- honorem, często prowadzącym do tragedii, pięknem - bezpośrednią przyczyną
nieszczęścia, czy też mściwością - kołem napędowym całej sztuki.
"Tytus Andronikus" może nie jest sztandarowym dramatem Williama
Szekspira, jednak warto go przeczytać. Różni się nieco od tak znanych tytułów
jak "Romeo i Julia" czy choćby "Makbet". Różnice są
widoczne, co dla jednych może być zachetą, innych może zniechęcać. Jednak,
tak czy inaczej, mimo wszystko to stary dobry Szekspir. Czego chcieć więcej?
Gregorius
fishbone1@wp.pl
(W dziale
"Cytaty" kilka ciekawych cytatów z tej pozycji - Donald)