Wibald z Hirsau, Paweł z Tyńca, Szarlej...
Czy to czasy rodzą ludzi, czy też jest odwrotnie, ludzie decydują o obliczu czasów? Moim zdaniem w obu stwierdzeniach jest trochę racji. Słowo jednego człowieka może porwać miliony, zmienić sposób myślenia i zachowania, a w konsekwencji wycinek historii, w którym ów ktoś działał - wtedy człowiek decyduje o czasie. Ów sposób myślenia i postępowania jest następnie przekazywany dalej - wtedy to czasy decydują o człowieku. Nikt z nas, z wyjątkiem jakiegoś ułamka procentu nie jest jednak kimś nadzwyczajnym względnie kompletnie pozbawionym własnej inicjatywy matołem, każdy próbuje żyć po swojemu. W granicach własnych możliwości i okoliczności, w które rzucił go los.
Szarleja, którego opisu podjąłem się w niniejszym tekście, los rzucił w bezsprzecznie ciekawe czasy. Czasy wszechwładzy Kościoła i jego książąt, zazdrośnie strzegących swoich skarbów, panoszenia się masy księży i braciszków - indywiduów i osobliwości chcących wydrzeć bliźniemu ile się da pod przykrywką służby Bogu. Czasy rozbisurmanionego rycerstwa, chcącego wydrzeć bliźniemu co mu jeszcze fratrzy zostawili, pod płaszczykiem inaczej pojętej religijności, na przykład podczas łupieskiej rejzy, dla śliczności nazwanej krucjatą. Czasy pierwszych prób odnowy zbłąkanej Chrystusowej wspólnoty lub, jak woleli inni, podnoszącej głowę herezji. Czasy, w których "bliźni zabijał i okradał bliźniego, pożądał jego żony i generalnie był mu wilkiem". Nasz bohater nie został jakoś ani zblazowanym księżulkiem, ani rozwydrzonym paniskiem, ani rycerzem - złodziejem. Postanowił zostać sobą. I chyba mu się udało.
Był nasz Szarlej człowiekiem specyficznym. Nigdy nie odwracał głowy od biedaka, gdyż, jak mówił, biedak może wówczas walnąć kosturem w potylicę. Nie pomagał drugiemu, wychodząc z założenia że jemu nie pomoże nikt. Na swój jedyny pod słońcem sposób okazywał miłosierdzie - kiedyś dał dziadowi monetę. Tylko jedną, gdyż była fałszywa. Ale gdyby - nie daj Boże - dziada złapali, obiliby go tylko, gdyby znaleźli przy nim więcej fałszywek, dziadzina niechybnie by zawisł. Czego litościwy Szarlej postanowił mu oszczędzić. Miał haka na czasy, w których żył. Bezwzględnie się do nich dopasował, był całkowicie posłuszny światu, jego trudnym, czasem bestialskim regułom, bezbłędnie rozeznawał się w układach sił i okolicznościach. Umiał się bić i handlować., wiedział gdzie się obrócić aby dostać, czego było potrzeba. Radził sobie nawet z nieokrzesanymi i nie za grosz pomyślunku towarzyszami, gdy zdarzyło mu się mieć takowych pod opieką. Trzymał się własnej filozofii z nieziemską wręcz konsekwencją. I był przy tym cholernie mądry.
Ciekawe czy pan Szarlej stawiał sobie kiedyś pytanie, czy tylko dopasowując się do otoczenia, można zachować autentyczność. I co zrobić, gdy ta autentyczność jakoś nie bardzo pasuje do obrazu człowieczeństwa? Co zrobić gdy bardziej ludzki, gdy postawić go przy francie pokroju demeryta, wydaje się nam ktoś, kto, pardon, pieprzy cudze żony? Podejrzewam, że ilu czytelników "Narrenturmu" i jego kontynuacji, która nie ujrzała jeszcze światła dziennego, tyle będzie opinii na temat Szarleja, postaci niewątpliwie ciekawej. Ja do dziś gdy go sobie przypomnę, mam mętlik w głowie i pytam, czy to czasy rodzą człowieka czy też przeciwnie...
Donald