GABRIEL GARCIA MARQUEZ - "Sto lat samotności"
Na początek prawdziwy truizm: samotność i izolacja to stany ze wszech miar negatywne i depresjogenne. Są to stany nienaturalne i człowiekowi wrogie; męczą i dręczą nie tylko w święta, ale i na co dzień. Są piętnem i fatum, są jak te przysłowiowe nieszczęścia i chodzą parami.
Słowem: samotność, drogi Czytelniku, to nie jest wcale stairway to heaven...
A miasteczko Macondo, jedyne i niepowtarzalne (bo wymyślone) miejsce akcji opowieści Marqueza, jest, co by o nim nie powiedzieć, odizolowane. Zatopione w kolumbijskiej puszczy, otoczone bagnem, górami i chmarą moskitów, żyje z daleka od świata, a świat żyje z daleka od niego. Nim przywróci je cywilizacji kolej rdzawo-żelazna, jedynym, co łączyć je będzie ze światem,
będzie plemię Cyganów, zawsze tak samo, niepowtarzalnie barwne, przez wieki i na wieki. To ich wynalazki będą zwiastować Macondo historyczne zmiany - przynajmniej do czasu, gdy owa historia sama zmieni Macondo.
Z losami naszej mieściny splecione zaś są losy jej założycieli - szlachetnej, a licznej rodziny Buenidów. Splecione
są zresztą w całej rozciągłości: od wspaniałych krztyn cierpień, bo gorzkie łyki cierpienia. Tak jak w latynoskiej telenoweli: życie Buenidów komplikuje się, plącze, tumani, przestrasza; Ci zaś cieszą się, smucą, nienawidzą się i kochają... To ostatnie zresztą par excellance, znaczy, w pełnym tego słowa znaczeniu: rodzina Buenidów to bowiem rodzina kazirodcza, od pierwszego, do ostatniego z pokoleń. Ot, kolejna cegiełka w wielkim murze samotności...
Ale "Sto lat samotności" to nie tylko opowieść o tych, co są nieparzyści lub, jak to się ładnie mówi, mono. To także - a może przede wszystkim - historia Ameryki Południowej, podana w, bardzo strawnej, pigułce. Opowieść o wojnie, o kolonializmie, o socjalizmie i, last but surely not least, o, ponoć specyficznej, mentalności ludzi z łacińskiej części Nowego Świata. Znaczy: powieść społeczna. Między bardzo innymi. :)
Nie zabrakło też, o dziwo, w książce Marqueza elementów fantasy: w Macondo wydarzenia realne przeplatają się bowiem z tymi z pogranicza Strefy 51. Mamy więc, jeśli nie biblijny Potop, to Marquezowskie Opady, mamy autentyczne objawienia i prawdziwe, namacalne wniebowstąpienie. Są przepowiednie i tajemnicze manuskrypty; jest (choć krótko) Żyd Wieczny Tułacz i Skarb, (chwilowo) Zakopany. Jeno smoków, elfów i wiedźminów brakuje...
Nie brakuje za to nic autorowi, ten bowiem styl ma lekki i godny pochwały. Mnóstwo jest w książce zdań wartych zapamiętania, mnóstwo aforyzmów i sentencyi, które nic, tylko print i na ścianie przybić. Znalazło się też miejsce na literackie eksperymenty: ot, najdłuższe zdanie świata, trzy i pół strony ciągiem, w pełni sensowne. Mała rzecz, a cieszy :)
I Ty, drogi Czytelniku, też się tą książką naciesz. Jeśli Ci kiedy będzie tak jakoś smutno i niemrawo, to, miast "a może budyń?" pomyśl sobie: "A może Macondo?". Bo książka ta da Ci trochę radości, trochę relaksu, trochę towarzystwa. o tak! Jeśli kiedyś będziesz czuł się samotny, wczytaj się w losy rodziny Buenidów. W tak dużej familii znajdzie się
miejsce i dla Ciebie.
Więc czytaj, boi kto czyta, ten żyje tysiąc razy, w tysiącu rodzinach. Ten nie jest samotny - i dzięki Bogu! Wszak, jak pisze Marquez, "plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi."
UnionJack
UnionJack@wp.pl