ARTHUR C. CLARKE & MIKE McQUAY - "10 w skali Richtera"

I. Wstęp.

  Jakiś rok temu wybrałem się na drobne przedświąteczne zakupy do jedynej znanej mi sensownej księgarni, czyli do Empiku. Akurat był to okres przed świętami Bożego Narodzenia i zrobiło się trochę tłoczno i gorąco. Jednak po paru chwilach udało przebrnąć mi się przez tłum ludzi, który doznał takiej samej myśli jak ja i postanowił zrobić zakupy w księgarni. Nie minął moment i pojawiłem się przed moim ukochanym działem, czyli książkami o tematyce s-f. Jako, że miałem przy sobie nieco mniejszą gotówkę, byłem przygotowany na to iż mogę pozwolić sobie na zakup jednej pozycji ale w granicach 20 – 30zł. Przyznam szczerze, iż ślinka leciała mi na różne pozycje jednak po prostu nie było mnie na nie stać. Po chwili wybrałem sobie jedną książkę i poszedłem zapłacić (B. Sterling – „Schismatrix). Kiedy wreszcie doszedłem do kasy, kasjerka powiedziała, że mogę wybrać sobie jedną z książek lub też zakładkę do książki. Niczym opętany zacząłem przeglądać stos książek, gdyż w końcu taka okazja nie trafia się często. Po chwili w moje ręce wleciała pewna książka, nawet nie patrzałem na autora ani na tytuł, moją uwagę zwróciła okładka, a dokładniej rysunek kuli ziemskiej i jakiegoś jakby pożaru. Czym prędzej zapłaciłem i udałem się cały rozradowany do domu. W domu okazało się, że w moje ręce wleciała książka jednego z najlepszych pisarzy s-f na świecie, czyli Arthur’a C. Clarke’a („Odyseja kosmiczna 2001” – to jedno z jego wielkich dzieł) oraz Mike’a McQuay’a pt.„10 w skali Richtera”. Jednak nie wiem co mnie pikło (? Piekło? podkusiło? To nie po kaczemu... - Donald) i ową książkę rzuciłem w kąt wraz z „Schismatrix’em” (racja, już wiem – szkoła mnie wykańczała :). Jednak parę miesięcy później, bo w wakacje przypomniało mi się o takiej pewnej książce, która leżała sobie w kącie i czekała na to, kiedy ją ktoś przeczyta. Ta pora nadeszła i postanowiłem przestudiować „10 w skali Richtera” od “dechy do dechy”.

  II. Drobna ciekawostka.

  Książkę napisał duet Arthur C. Clarke’a & Mike’a McQuay’a. Co ciekawe, sama książka powstawała listownie (Clarke wysyłał to co napisał do McQuay’a i odwrotnie). Co więcej, obaj panowie nie widzieli siebie wcale na oczy (!). Jednak wkrótce po napisaniu „10 w skali Richtera”, Mike McQuay zmarł (R.I.P).

  III. Recenzja – moje opinie i refleksje.

  Biorąc się za czytanie „10 w skali Richtera” musicie być przygotowani na ponad 450 stron, bardzo dobrze napisanej powieści s-f. Taka ilość tekstu, który pojawia się na tychże stronach tworzy z niej bardzo dobrą pozycję na długie zimowe wieczory, kiedy to można sobie usiąść przy piecu na fotelu, zrobić gorącą herbatę i „wejść” w świat książki. Dobra, pora teraz na drobne wtajemniczenie was w tą pozycję. A więc akcja rozpoczyna się w 1994 w Los Angeles. Siedmioletni, Lewis Crane żyje sobie w najlepsze z rodzicami, jednak pewnego dnia miasto nawiedza trzęsienie ziemi. Rodzice Crane’a giną a on jedyny wielkim cudem przeżywa. To zdarzenie zapisuje się na stałe w jego psychice i mentalności. Po tym katastrofalnym zdarzeniu akcja przenosi się o 30 lat w przyszłość. Lewis Crane jest teraz trzydziestosiedmioletnim sejsmologiem, przejawia się u niego praco holizm. Nasz bohater przez cały czas tylko pracuje i pracuje, nie widać u niego przejawów ludzkich uczuć, chociażby takich jak miłość. Crane jest bardzo znany na świecie, ma tyle samo zwolenników, co przeciwników. Opracował on teorię, dzięki której można przewidywać trzęsienia ziemi. Pewnego razu nasz bohater dostaje od pewnej osoby (nie powiem kto, bo nie chce psuć wam dobrej lektury) ofertę aby przepowiedział wielkie trzęsienie ziemi. Crane zgadza się i od tego momentu książka nabiera rozpędu. Wtajemniczając was w tę powieść chciałbym przedstawić wam w dwóch zdaniach, jak mniej wiecej wygląda świat. A więc: świat w którym żyje nasza postać jest nieco inny niż teraz, a USA jako potęga na świecie to tylko pozór (oops, drobny spoiler :). Na naszym globie jest teraz jedno państwo, które stało się wielką potęgą i może wykupywać największych. Jakie to państwo dowiecie się po przeczytaniu jednej z najlepszej książki gatunku, czyli „10 w skali Richtera” autorstwa Arthur’a C. Clarke’a oraz Mike’a McQuay’a. Czy książka ma wady? Pojawiają się w niej dwie małe rzeczy, które mogą niektórym przeszkadzać, czyli nieco stare słowa, np. "hełmokamery" oraz fakt, który wyniknie podczas czytania książki, czyli pewna maszyna kryjąca się pod kryptonimem „Projekt Masada”. Tym nie mniej, mi te drobne szkopuły wcale nie przeszkadzały podczas czytania i traktowałem je ogólnie z lekkim przymrużeniem oka. Do wad, które na początku pojawiają się (w moim odczuciu) jest nieco toporne czytanie, jednak po przeczytaniu pierwszych dwóch rozdziałów, wszystko mija i jest się wciągniętym w akcję, która toczy się w świecie tejże powieści.

  IV. Podsumowanie + moja ocena końcowa

Książce w skali ocen od 1-6 mogę wystawić ocenę: 5. Gdyż jest to bardzo dobra powieść science-fiction, czyta się ją na początku nieco topornie, lecz później można wczytać się na dobre. Jednak nie jest to sztandarowa powieść Arthur’a C. Clarke’a. Tym niemniej należy ona do jego jednych z najlepszych pozycji, chociaż nie jest ona wybitna. Książkę polecam zdecydowanie każdemu, nawet tym którzy nie lubią tematyki s-f, iż można znaleźć w niej naprawdę dużo a także w pewnym sensie odzwierciedlenie naszego świata. Z kolei dla osób, które kochają tematykę s-f jest to jedna z pozycji obowiązkowych. Jeśli tylko chcecie dobrze wydać ok. 20zł lub, jeśli szkoda wam tych pieniędzy to poszukajcie w bibliotece, u znajomego a może książkę dostaniecie za darmo. Mogę wam obiecać, że nie będziecie żałować.   

  Do następnej recki :)


RVD

(rvd@wp.pl)