Terry Pratchett – A różne takie...

 

Dawno się cosik do Książek nie pisało.

To nic. A nawet dobrze.

Gdyby było więcej i częściej wszechświat mógłby tego nie wytrzymać. Ludzkość na taką ilość genialnych sentencji mogłaby zareagować w sposób zgoła nieprzewidywalny. Kręcenie głową, litościwy wzrok i mruczenie „skąd się tacy biorą...” to tylko niektóre z długiego szeregu możliwości.

 

OK - dość już nieudolnego naśladowania Mistrza. Miast zrzynać styl, manierę i humorek, okropnie je przy tym deformując i kalecząc, spróbuję skierować wasz wzrok ku ich źródłu, którym jest... A zresztą spójrzcie w górę... no bez przesady, na suficie nic nie ma!

 

Jakoś tak się ostatnio złożyło, że na trzy wpadające w me niezgrabne łapy książki, dwa lub więcej wyszło spod pióra... albo klawiatury... no, na pewno spod palców Terry’ego Pratchetta.

I cieszę się na tę okoliczność.

Ale i czuję się przymuszony przez opatrzność do wyrażenia jej wdzięczności za takie a nie inne... te... pociągi, tory... o! - koleje losu. Najlepiej chyba wywdzięczę się przybliżając szerszemu gronu tą oto wybitną personę.

 

Hmmm... nie ma chyba zbytniego sensu tworzyć czegoś na wzór wstępu do nowego poety w klasie maturalnej („a jutro z tego pytam”), bo nikt tego nie lubi. Po co to komu? Zresztą sam Mr. Pratchett napisał w którymś tam odautorskim wstępie, że skutecznie unikał przez caluśkie życie podejmowania zajęć,  które pisarze zwykle podejmują, by dobrze wyglądać w notkach biograficznych.

Oprócz tego wystarczy jeszcze wiedzieć o nim, że:

-sprawia wrażenie człowieka wszechstronnie (choć nie dogłębnie) wykształconego

-ma miejscami (za to dogłębnie!) nierówno pod sufitem

-jego humor – cała reszta też – jakoś nie chcą się zepsuć i zestarzeć

-jest Anglikiem (co chyba bardzo wiele wyjaśnia...)

 

W przypadku pisarza niepomiernie ważniejsze od tego kim jest i co porabia, jest - jak sądzę - to, co/jak pisze. No więc T.P. pisze, ogólnie rzecz biorąc, baaardzo dziwne fantasy. A pisze tak, że nie da rady pozostać poważnym przez dłużej niż 2 minuty.

Przelecimy się po co ciekawszych dziełkach, to sami zobaczycie.

 

Nomy

Typowy nom przypomina człowieka o posturze zbliżonej do zawodnika sumo. Jest żywy, ruchliwy i kłócić się uwielbia. Tak, jak my. Zresztą - cytacik z pamięci* - „jeśli ustawić w rzędzie dziesięć nomów w rzędzie, dać im linę i kazać ciągnąć, to... czterech zacznie pchać, a reszta nie zrozumie, o co chodzi”. To też tak, jak my. Ale jest między nimi, a nami iście gigantyczna różnica. Przeciętny nom ma 10 centymetrów wzrostu. Zamieszkuje supermarket i nie wychodzi poza jego mury. No chyba, że nom umrze. Wtedy to jest chowany w dziale ogrodniczym i przenosi się do lepszego świata (Zewnętrza) jako krasnal ogrodowy. No nie patrzcie na mnie tak...!  Tylko relacjonuję. W ogóle to taki nom sądzi, że świat-sklep został stworzony tylko i wyłącznie dla nomów, a ludzie są jedynie zbędnym suplementem. Choć „muszą być i całe setki!”*. Wspominałem już, ze Pratchett uwielbia zgryźliwe acz celne aluzje?

Z nomowskiej trylogii można się wiele nauczyć. Między innymi podstaw bycia przywódcą, To proste, bo wszak przywódca nie musi wiedzieć czy robi dobrze czy źle. Wystarczy, że jest pewien swego. Co racja to racja.

 

Dywan

Dowodów na to, że małe pięknym jest, nie koniec. Tyle, że teraz przyjdzie wymienić lupę na mikroskop. Okazuje się, że nawet do tak maciupkich rozmiarów idzie zmniejszyć człowieka. (ale w sumie dobrze, że człowieka – lepsze to niż przygody galaretki musztardowej czy inszych glutów) W tytułowym Dywanie mieszkają prymitywne plemiona. No, może nie od razu tak prymitywne. Potrafią zdobyć niezbędne drewno na opał z wielkich pokładów, jakimi jest zalegająca od niepamiętnych czasów zapałka; podobnie ma się sprawa z monetą jednopensową – kopalnią miedzi. Nawet dywanowa dżungla – te, wiecie, włosy – da się przystosować do celów jak najbardziej rolniczych. I tu nachodzi czytelnika taka osobliwa refleksja; w którym to miejscu u pisarza kończy się jego inwencja/pomysłowość, a zaczyna... nie będę kończył, dobrze?

Ale, ale – cywilizacja rozkwitająca jak grzyby po deszczu nie pozbawiona jest zagrożeń. I co ciekawe, największego nie stanowią niewyjaśnione kataklizmy zwane Tąpnięciami. Największym zagrożeniem jest cywilizacja dla siebie sama, gotowa unicestwić się w pierwszej lepszej wojnie. Heh, z Pratchetta wyłazi w tej książce kawał pacyfisty, co mi jak najbardziej pasuje. Peace man! There’s no way to peace – peace is the way! Emmm… schodzę z tematu.

Ogólnie to powieść jest niby pierwszym dzieckiem Terry’ego, choć tak naprawdę bliżej jej do końca... w sumie to pasuje gdzieś w środku, a nawet nie w środku tylko na zewnątrz.... zgubiłem się. Tak czy inaczej mistrzu zdradza się już nie tylko talentem ale i zamiłowaniem do ogromnych – subiektywnie - płaszczyzn. Bez znaczenia czy to jeno okrągły dywanik czy wielki, że średnicą na dziesięć tysięcy mil...

 

Świat Dysku

W jednej z wielu pratchettowskich powieści, których akcja pałęta się po płaskiej bryle świata sunącej przez kosmos na grzbiecie gigantycznych gabarytów żółwia – znaczy się po Dysku- trafiamy na dość interesującą wymianę zdań. „Mędrzec” prezentuje laikowi skróconą wersję filozofii. Otóż – mówi – jest jedna szkoła filozofów, co twierdzą, ze świat jest prosty i uporządkowany. Dla równowagi istnieje druga, podług której świat jest złożony i tak chaotyczny, że nie da się go ogarnąć. No i jestem ja – dodaje zaraz, po czym oddaje głos swemu dziarskiemu pomocnikowi, który rzecze tak:

-Mistrz twierdzi, że świat jest zabawny.

-I jest na nim stanowczo za mało rzeczy do picia.

A ja (już autor tekstu ;) mam przeczucie graniczące z pewnością, że te tu dwie „złote zasady” T.P. uczynił priorytetowymi prawami kosmiczno-fizycznymi rządzącymi owym chorym Diskworldem. Ankh-Morpork,  dzikie góry Ramtopy i pustynne kontynenty południowe są niemożliwe, nienormalne, do bani... I w ogóle nie spełniają międzywszechświatowych norm zezwalających na istnienie w słodkiej niewiedzy pozostałych, a już na pewno na pisanie o nich. A on to robi. Bohaterowie w sumie tyż. Większość jeśli nie skretyniała to z odchyłami godnymi kota po trzech dniach psychodelicznego bujania w huśtawce w te i wewte,  w te i wewte, w te... Nie znaczy, że to nie mili ludzie. Nic z tych rzeczy! Tyle, że... no, przyzwyczajenie kazałoby ich widzieć jako miłych podstarzałych rozwozicieli mleka po mieście, a nie jakiś czołowych w kraju magów, siejących postrach czarownic, wrednych dyktatorów, skromnych proroków i wielu, wielu innych... a najbardziej strażników miejskich (ci agenci są najfajniejsi!). Tymczasem wytworzone przez Terry`ego postacie zachowują się, jakby z choinki się urwały, a dialogują jakby zależało im na wszystkim prócz zgody. To sprawia, że śmieszą od pierwszej do ostatniej wyprodukowanej przez ich zwoje mózgowe myśli. A może to tylko sarkazm narratora?

 

Sarkazm sarkazmem, można go wielbić, tylko tolerować, a nawet w szczególnie rzadkich i sporadycznych przypadkach nie lubić, ale nie sposób odmówić humorkowi Mr. Pratchetta jednej cechy – jest ludzki, bardzo ludzki. Zabawne sytuacje nie wynikają z jakichś urojonych okoliczności – kipią od gagów zwykłe dialogi, pierwsze skojarzenia. Choćby napisanie słowa bananananan.... (Niania Ogg nie wiedziała jak je skończyć :). Dopiero zauważa się, że takich fajnych duprelków jest wokół nas pełno. Wystarczy spojrzeć z dystansem na najzwyklejsze sprawy. I nawet gadająca (właściwie to gadający) dużymi literami Śmierć da się lubić. To chyba najważniejsze przesłanie powieścideł naszego odjechanego Angola – nie traktujcie siebie, i życia, i świata tak całkiem serio. Nie opłaca się.

 

I skoro już przy - zamykających ten przydługi tekst – przesłaniach jestem... Śmiech jest bronią. Groźną, precyzyjną i o sile rażenia przewyższającej rakiety atomowe. Potrafi ugodzić czuły punkt każdej filozofii, religii, ideologii. Właśnie przeciwko bzdurnym ideom – nie fantastycznego, a naszego świata – kieruje Pratchett ostrze swojego pióra. Nie uchowa się nikt, kto twierdzi, że jakaś ideologia może być ważniejsza od samych ludzi. Mile widziany jest indywidualizm. I nonkonformizm. I zamiłowanie do wiedzy. Książek. Bibliotek. A wtedy najlepiej jak się jest orangutanem. I mówi: „Uuuk!”

 

Jeszcze tu jesteście? A już mi do księgarni! Marsz po dziełko bohatera tego tutaj tekstu (na pewno będą). Najlepiej szybko. Bo zaraz, za chwilę, wam rząd DLA WASZEGO DOBRA kopnie ceny w górkę o jakieś marne 7%. Wiecie, książka towar luksusowy, rarytas, robiony na high-tech-kleju i te sprawy. Za luksus trza płacić. Co innego takie wibratory. Na nie ma podatku. W końcu towar pierwszej potrzeby, nieprawdaż. Życie bez nich - koszmar. Może powinni książki sprzedawać w sex-shopach. Wtedy może człowiek nie musiałby przeznaczać aż połowy miesięcznych dochodów na dziki śmiech w towarzystwie ulubieńszego autora. (!!!) I kombinować jakby za nikłą resztę wysupłać na piwo...

Starczy już. Idę na piwo. Supłać.

 

Rainman

raindrop@pf.pl

 

*  w przypadku cytowania z dziurawej jak sitko pamięci** istnieje możliwość takiego poprzekręcania słów, że znaczą one dokładnie odwrotnie iż zamierzał ich autor.

**  a kiedy jest to pamięć nie nasza, a kolegi, następuje to samo tylko do kwadratu.