STANISŁAW LEM - "Kongres futurologiczny"

Był w moim życiu okres niewytłumaczalnej fascynacji twórczością Philipa K. Dicka. Dosłownie pożerałem kolejne jego powieści i zasadniczo każdą uważałem za objawienie i cud nad cudami. Dziś nie mogę stwierdzić, co mnie tak urzekło - gdyż Dick ani nie był geniuszem jeśli chodzi o styl, ani nie wsławił się wymyślaniem szczególnie inteligentnych fabuł. Co prawda napisał kilka dzieł ponadczasowych i absolutnie genialnych - ale w morzu jego twórczości to naprawdę niepozorne kropelki (najsłynniejszą z nich jest "Blade Runner", którego rozsławił, skądinąd równie doskonały jak pierwowzór, film).


Następnie przyszła chwila, że zatopiłem się w literaturze nieco ambitniejszej niż science-fiction. W odstawkę poszły podróże międzygwiezdne i gonitwy w poduszkowcach. Jednakże, po kilku miesiącach, zapragnąłem sobie przypomnieć "stare, dobre czasy". Jako że Dick zdecydowanie mi się przejadł, postanowiłem wybrać coś innego... Stanisław Lem jak dotąd kojarzył mi się wyłącznie z ciężkostrawnymi "Przygodami pilota Pirxa", którymi katowano mnie w szkole, lecz uczucia patriotyczne wzięły górę - i wypożyczyłem "Kongres futurologiczny" (kto nie wierzy, że to patriotyzm mnie skusił, niech wie, że na pewno nie okładka - ta bowiem była w kolorze trawnikowo-psiej niespodzianki, w jaką masz może czasem nieprzyjemność wdepnąć).
Ijon Tichy, bohater utworu - jak się później dowiedziałem, nie tylko tego, albowiem znakomite powieści jak "Dzienniki gwiazdowe" również zaszczycił on swoją osobą - jest człowiekiem od wszystkiego. Ratuje świat co weekend, w dni powszednie jest ambasadorem Ziemi w odległych galaktykach, w wolnych chwilach wpada w pętle czasowe. Tym razem przybywa na kongres futurologów, mający rozwiązać kwestię przeludnenia. Pech jednak chciał (a może to byli terroryści?), żeby hotel został zaatakowany przez bojówki gorsze od warszawskich "ce-ce-cewuka-cewukaes-legionistów". W walce z nimi użyto głownie bomb z gazem powodującym rozmaite wizje... A to dopiero początek.


Lem stylem przelewania na papier pomysłów przypomina mi nieco Karola Dickensa. Szczyci się tą samą lekkością pisania, która sprawia iż czytelnik nie czuje się znużony ani przez chwilę, a często notowane są u niego niekontrolowane wybuchy śmiechu. Autor bogato korzysta z zasobów naszego pięknego języka, tworząc ogrom ciekawych neologizmów. Przedstawia dzięki temu nieco psychodeliczną wizję przyszłości, podobną pod pewnymi względami do dzieł Dicka - świat Tichego wydaje się nierealny, oniryczny. Tak jak we śnie jednak, wszystko jest bardzo wiarygodne i działa według jakiejś pokracznej logiki. Może cała ta dziwaczność byłaby ciężka do zaakceptowania, gdyby nie bohaterowie, którzy w kosmatej rzeczywistości czują się jak ryba w wodzie. Nic nie jest dla nich dziwne; o rzeczach dla nas niewyobrażalnych mówią czasem ze znudzeniem, co dodaje autentyczności.


O cyniku Ijonie, który opowiada historię, można napisać osobną książkę. Napomknę tylko, że jego postać została tak sprytnie skonstruowana, iż jego słowa mogą wzbudzić pewne podejrzenia co do tego, czy Tichy nie jest pospolitym kłamcą czy gościem zakładu psychiatrycznego. Trudno uwierzyć w to, co mówi - mimo całej pokrętności jego świata. Bohater jest niewątpliwie inteligentny, czasem nawet za bardzo - zdaje się że drwi ze "słuchacza". Lektura książki może więc stać się w pewnych momentach walką z Ijonem-łgarzem; próbą odróżnienia kłamstwa od rzeczywistości. Po więcej szczegółów odsyłam do wspomnianych już, doskonałych "Dzienników gwiazdowych".


"Kongres futurologiczny" jest jedną z najbardziej inteligentnych książek sf, jakie dane mi było przeczytać. Zapewnia doskonałą rozrywkę - również intelektualną. Naprawdę szkoda, że musi się skończyć - i to raczej szybko - lecz na pocieszenie możemy sięgnąć po kolejne dzieło naszego rodaka. Zdecydowanie warto.

military
militarypolice@wp.pl