Zamiast wstępu dowcip-anegdotka. Przypomniała mi się niedawno. Jest o
tatusiu buszującym po sklepiku z zabawkami, co to wpadł na trop kolejki
elektrycznej dla szkrabów. Wiecie – to takie konstruktywno-finezyjne cuś –
w wagony pakuje dzieciak misie, do torów przywiązuje lalkę Barbie, pociąg
rusza... pamiętacie pewnie... Tak czy inaczej, sprzedawca zapytuje gościa, ile
lat będą mieć przyszli użytkownicy zabawki. W odpowiedzi słyszy:
-
Pięć i... no... emm... - ściszając głos - trzydzieści trzy.
Może śmieszne, może (dla niektórych) zawstydzające. Ale na pewno wyjaśnia nieco, dlaczego recenzowana tutaj książka, została - niemal natychmiast po ukazaniu się - najlepiej sprzedającą się książką wszechczasów. (!)
Tytuł
jej oczywiście brzmi...
"Harry Potter and the Order of the Phoenix"
(JOANNE K. ROWLING)
[Brzmi
po angielsku, bo w tym to języku ją przeczytałem (wrażenia na samym dole) I
biorąc pod uwagę, że w naszej ojczystej mowie ukaże się chyba w styczniu,
pożyczenie od koleżanki egzemplarza w oryginale było jedynym sposobem, bym
nie umarł z ciekawości. Bardzo dobrym sposobem, jak się okazało.
Dlatego
słuchaj młodzieży, co teraz powiem... Edukacja popłaca! :-)
Co
do tytułu, to nie chciałbym wchodzić w konflikty z oficjalnymi tłumaczami (a
tłumaczom, jak wiadomo, fantazji nie braknie...) Niechże pozostanie w języku
pradawnych czarodziei – mowie Merlina, Gandalfa i Monty Pythona;-) ]
Faktem
jest, że - z „odrobiną” wsparcia od strony speców od marketingu i zarządzania
- książki o przygodach młodego Pottera podbiły świat wszystkich dzieci.
Wszystkich – tych większych też.
Właśnie
przypadek tych wyrośniętych zastanawia.
Bo
– paradoksalnie – taki wyrostek od samego początku widzi, dlaczego jest na
tę książkę „za stary”. Widzi, że fabuła jest strasznie przewidywalna.
I wtórna z tomu na tom. Irytuje go dziecinny humor. I dialogi. Wkurzają a) płaskie
b) czarno-białe postacie. I masa innych rzeczy – choćby sytuacje, w których
bohaterowie zdobywają potrzebną wiedzę czy wchodzą w posiadanie tajemniczych
przedmiotów – dziwna sprawa – akurat wtedy, kiedy zaczynają ich potrzebować.
Ot, farciarze! A już szczytem wszystkiego jest to, że na końcu nasz Harry
ZAWSZE wygrywa. A żebyś tak...!
A
wnikając głębiej zauważa się nawet typowo dziecięcy sposób narracji. W
zasadzie wszystkie postacie istnieją tylko po to, by Harry z ich pomocą (bądź
odwrotnie) z wielkiego bohatera mógł się stać jeszcze większym bohaterem.
Też to zauważyliście? Jakby cały wszechświat kręcił się wokół Harrego?.
Jak się nad tym zastanowić... To w sumie każde dziecko sądzi, że świat
obraca się właśnie wokół niego. Później, z oporami, ale wyrasta się z
tego (no, niektórym się nie udaje... „pępki świata”... później są z
takimi problemy...)
Ba,
dopatrzeć się nawet idzie swego rodzaju Umotywowanej Psychologicznie Recepty
Na Sukces Przez Wzbudzenie Sympatii Do Głównego Bohatera no.3 (TM ;).
Chodzi
o to, by na starcie naszej historii grający pierwszy skrzypce koleś był
nikim. Takim stuprocentowym zwyczajnym szarakiem – jak Vizir jest bielszy od
bieli, tak on jest bardziej szary, bardziej przeciętny od... no, od czegoś
bardzo przeciętnego. Następuje wtedy tak zwana identyfikacja czytelnika z
bohaterem, bo wszak taki zwykły czytelnik jest zewsząd bombardowany wieściami,
jaki to on jest... no właśnie zwykły, nudny, denny i w ogóle szara mazia.
(„ale wystarczy, że kupisz nowy napój Sprite...”)
I
jesteśmy w domu.
Nagle
okazuje się, że ten tu chłopak, z którego okularów śmiali się w szkole,
jest wielkim czarodziejem – posiada moce, o których nie śniła jego ulica.
Nagle. Niczym wybraniec Neo (z pokrewnej branży), prowadzi grupę przyjaciół
takich, co konie z nim kradną w każdy piątek, do walki ze Złym Złem.
Pewnie
też byście tak chcieli...
Hmm...
a słyszeliście, że w Wielkiej Brytanii chłopaczyska lat dziesięć sznurem
ciągną do okulistów... żeby wyglądać jak Harry...
Starczy
już wad.
Bo
najfajniejsze w książkach z Potterem jest, że wady
w niczym ci nie przeszkadzają.
Widzisz
je, śmiejesz się, kręcisz nosem, mówisz jaka to tandeta...
A
oderwać się nie potrafisz. Z zapartym tchem i wbrew klejącym się powiekom
– koniecznie do samego końca. ”Infantylne? Więcej TAKICH infantylnych książek”.
Harrego Pottera otacza magia i jestem prawie pewien, że coś z niej przesącza
się przez karty powieści. To ta sama magia, co drzemie w kolejce elektrycznej
dla dzieci w wieku lat 5 i 33. Na pewno.
Czym
zaskoczy was (bo mnie już nie ;-) piąta odsłona fenomenu? Z początku pewnie
grubością – bite 900 stron! Gdzieś w głowie pojawia się myśl, że
spokojnie mogłoby być ze trzy setki mniej. To całkiem słuszna myśl. Cykl
powoli przekształca się w opowieść tylko dla maniaków. I to takich co mogą
grać w quizy z pytaniami typu „Ile wygrała drużyna Gryffindoru w trzecim
meczu drugiego tomu?”. Posunięcie kłopotliwe w obsłudze, zwłaszcza, gdy
natrafia się na bohaterów niewidzianych od paru odcinków, których pojawienie
się jest niezwykle istotne dla fabuły... Wszystko jest znacznie bardziej
rozbudowane i skomplikowane. Może i oddaje to powolne dorastanie i rozszerzenie
horyzontów Harrego, który z początku martwił się jeno profesorem Snapem, a
tu nagle dochodzą przebiegłe intrygi, brudna polityka, brakuje tylko afery
Rywina... Może i to realistyczne, ale ja się w tym gubię. Lepiej chyba, żeby
nasz Harry dojrzał wreszcie psychicznie. 15 wiosen na karku, a prawie nie ma chłopak
własnego zdania na temat inny niż Quiddich. Ani kłócić się o swoje nie
potrafi. Dalej, kto chce, robi z niego wała na okrągło.
Na
osłodę tym frustracjom jest teraz jakby mniej wtórnie niż w poprzednich
tomach. Lord Voldemort zaatakuje w bardzo nowatorski sposób. Szkołę też wywróci
się do góry nogami próbując ją kontrolować z zewnątrz. Ktoś wpadnie na
doskonały pomysł. Ktoś inny na jeszcze lepszy i... za to nie bardzo udany.
Wtedy ktoś odkryje tajemnicę. Ten sam ktoś na polu bitwy odznaczy się
brawurową odwagą. Przez to ktoś zginie.
Będzie
się działo.
Kupujcie
w ciemno wszyscy fani (zresztą i tak kupicie :-)
Ale
tym, co nie jakimś trafem nie pokochali jeszcze Harrego i jego świata (jak śmialiście,
wy mugolce wredne!!),
radziłbym nie zabierać się za serię od najnowszego tomu. Raczej
pogubicie się.
I
na samiuśki koniec- refleksyjka.
Wiecie,
jak świetnie czyta się po angielsku! Pamiętam jak na początku z niemałymi wątpliwościami
do tego podchodziłem. Niepotrzebnie. Do ustawionego w zasięgu ręki
wielgachnego słownika zajrzałem może z pięć razy. Z lenistwa. Za to jak
trzeba mózgownicę wysilić żeby w miarę sensownie wypełnić sobie ziejącą
translacyjną pustką miejsca. A już najlepiej, gdy do skrobnięcia na temat
wyglądu postaci autorka posłuży się wyszukanymi, niestandardowymi terminami.
Zobacz, jakie to pole do popisu dla wyobraźni. Opisana osóbka może wyglądać
nawet jak twój pies! ;-)
Ale,
ale odcinając się już od sarkazmu. Tak po dwóch trzecich książki w ogóle
nie odnotowywałem już faktu, że czytam w jakimś innym języku. Było tak
naturalnie jak po naszemu, tylko może trochę wolniej. Chcę więcej!
Mówię
wam - wspaniała sprawa. Szkoli o niebo lepiej niż oglądanie zagranicznego MTV
:-)
Edukacja
popłaca!
(od Donalda: Dobrze, że się nie zapędziłeś i nie napisałeś recki po angielsku :))
Rainman
raindrop@pf.pl
Ps. Odnośnie chcenia więcej – Panowie Wydawcy: A może by tak cosik z Pratchetta, hem?