Yogi Bear
Tak! Znowu recenzja gry kreskówkowej! Tym razem na SNESA. O kim będzie ta gra. Tak! O misiu "Jogim". Więc czym jest ta gra. A no platformówą, ale zacznijmy od początku...
Włączając grę pojawia nam się twarz głównego bohatera z bardzo daleka, jest coraz bliżej i w końcu kamera przez niego przechodzi. Podczas tego intra (?) miś krzyczy coś w stylu "Hir kams Jogi". No, a co potem? Jakie opcje? Ano ni ma opcji górolu. Po prostu. Pojawia się mapa parku Jellystone i mamy do wybrania jeden punkcik. Ta mapa to mapa naszej wędrówki. No zaczynamy grę i... tu też drobne rozczarowanie. Miś Yogi poza chodzeniem, schylaniem się i skakaniem nic nie umie. Naprawdę. Nawet nie ma takich czynności jak strzelanie. Toż to skandal! [Faktycznie!!! I co narobiłeś? Nie zasnę dzisiaj przez Ciebie - LOV] Ale dobrze - gramy w to co mamy.
No i jak się gra - średnio. Gra trochę wciąga, ale nie tak bardzo. Ciągle tylko skaczemy i zbieramy. Co? Są 4 rzeczy do zebrania - zegarki, kawałki ciasta, koszyki piknikowe i "zapalamy" jakąś rzecz. O co chodzi z "zapalaniem"? Ano kiedy przejdziemy obok lampki - ona zapłonie, obok zwiędłego kwiatka - podniesie się (bez skojarzeń) itd. Kawałki ciasta naładowują nasz pasek życia, który jest... ano właśnie ciastem :). A zegarki? W grze są plansze bonusowe. Jest to sen naszego misia. Plansze bonusową otwieramy, kiedy wskoczymy do łóżka. Łóżka znajduje się w różnych miejscach planszy. Ilość zebranych w planszy to czas (w sekundach) w jakim możemy być w łóżku. Po co tam wchodzić? Ano są tam frytki, hamburgery i takie inne, które dają bardzo dużo punktów. Za zegarki niewykorzystane w łóżku też dostajemy punkty. Tak samo za koszyki piknikowe. Muszę pochwalić programistów za plansze - mamy wiele dojść do końca i można skakać ile wlezie. A co do plansz - gra dzieli się na etapy - w każdym etapie są trzy poziomy. Każdy etap jest charakterystyczny - pierwszy jest zimowy, drugi podziemny, trzeci leśny, czwarty wodny, piąty budowlany itd.
W grze przeszkadza tylko jedna rzecz - brak zapisu gry! Nie chodzi tu o to, że nie można zapisać w dowolnym momencie - w ogóle nie można zapisać. Ja grałem na emulatorze więc miałem takie szczęście, że mogłem zapisać, ale ci co mają konsole są biedni :(.
Teraz jeszcze powiem o ścieżce dźwiękowej - cała muzyka i dźwięki są wykonane bardzo dobrze. Chyba były zgrane z serialu animowanego, ale nie jestem pewien, bo nie oglądałem tego od dawna.
Czepnę się teraz animacji - gdy miś się schyla wygląda to tak jakby pokazywał komuś dupę. Serio! [Głodnemu chleb na myśli - LOV] Co do grafiki - nie zachwyca, nie rani, ale różni się od tej z serialu. Aha, w grze przeszkadza czasami praca kamer. Jak? Kamery prawie w ogóle nie pracują, a ja wskakuję na koszyk piknikowy i nie widzę następnego, więc schylam się i patrzę gdzie jest następny. Koszyk piknikowy pęka po kilku sekundach więc to jest absurd. No nie jak mogłem o tym zapomnieć - przeciwnicy. Cóż nic specjalnego. Albo jakieś biegające misie, ptaki, czy inne nietoperze.
Podsumowując gra "Yogi Beer" na SNESa jest grą średnią. Nawet wciąga, ale wszystkie minusy jakie ma bardzo jej przeszkadzają.
Ocena: 4+/10
Plusy:
+ Wciąga
+ Fajna muzyczka i dźwięki
+ Rozbudowane plansze
Minusy:
- Brak możliwości zapisu
- Średnia grafa
- Beznadziejne animacje
- Brak jakichkolwiek opcji