Wario Ware Inc.
Któż o tej grze nie słyszał. O tym genialnym produkcie firmy Nintendo. Całość składa się z - spokojnie - ponad stu minigierek, można by rzec nawet - mikrogierek, bowiem każda z nich trwa zaledwie kilka sekund. Zabawy przy tym co nie miara. Podczas pierszego spotkania z grą cieszyłem się jak dziecko. Entuzjazm wcale nie opadał podczas kolejnych godzin spędzonych z Wario Ware Inc. Rozgrywka jest bezstresowa, odprężająca i wciągająca. Mi osobiście takich doznań nie zapewniła żadna gra w jaką kiedykolwiek grałem (dosłownie)!!!
Oczywiście jak na pełnowartościowy produkt przystało, jest tu też fabuła, z którą zapoznajemy się podczas intra, jak i krótkich przerywników co jakiś czas występujących. Pewnego pięknego dzionka Wario rozwalił się przed telewizorem, skakał po kanałach, dłubał w dziurce (od nosa, zboczki, od nosa), wciągał kolejne ścieżki białego proszku (do prania, albo po prostu był to cukier puder - badania ciągle w toku) i popijał Kacusiem - kultowym już polskim, wspaniałym napojem z kapusty, który Wario sobie od nas sprowadził. Na jednym z kanałów pokazywana była kolejka do sklepu z grami. Powodem tego zamieszania była gierka "LOV's pussy"... No dobra, żartowałem. Była to "Groszek o małym rozumku"... Nie? Zresztą - nieważne. Nagle Wariowi (wariatowi) coś w tej pustej - niczym puszki po piwie walające się w redakcji Games Cornera pod biurkiem Caleba - łepetynie zaświtało. Wpadł na genialny pomysł. Postanowił trochę zarobić na gierkach, które ma zamiar stworzyć. Pojechał do shopu (sexshopu) i kupił sobie laptopa. Wrócił do domu, odpalił sprzęt, klepnął kilka razy w klawisze i prawie zasnął. Cud się stał ponownie, ponieważ znowu wpadł na kolejny wspaniały koncept. Postanowił zwołać swoich kumpli, kumpele i razem z nimi wziąść się do roboty!
Na początku widzimy ekran przedstawiający kilka ikonek. Każda z nich to postać, która daje nam zagrać w gierki przezeń stworzone. Po ukończeniu dwudziestu mikrogierek jednego autora mamy dostęp do kolejnych. Każda z tych person ma swoje interko i outerko. Swoje produkcje przedstawi nam król disco - Jimmy, pracownica restauracji - Mona, taksówkarze (kot i pies), chłopek 9-Volt, doktor Crygor, który golnął sobie czegoś i nagle poczuł potrzebę skiknąć do kibelka (gierki wyskakujące z klozetu rulez!) i kilka innych osób. Jest nawet mała wojowniczka ratująca króla o naszym imieniu! Do postaci, w których gierki już graliśmy możemy w dowolnym momencie powracać. Wtedy już gramy dotąd, aż nam się "życia" skończą. Tymże sposobem odkrywamy nowe mikrogierki i jednocześnie mamy jeszcze większą radochę! Wspomniałem przed chwilą o "życiach". Tak, istotnie jest tu coś takiego. Aby nie było zbyt łatwo, jeśli nie ukończymy danej giereczki, tracimy jedno "życie". W sumie mamy ich cztery. Co jakiś czas przyjdzie nam zmierzyć się z troszkę bardziej rozbudowanymi pozycjami, a zyskały one sobie miano "boss stage". Po pomyślnym ukończeniu takiego levelu dostajemy "1 up" i gramy dalej, dalej i dalej. Jedna, wielka wciągająca zabawa.
Teraz opowiem wam o samych giereczkach. Jak już wspomniałem, liczba w jakiej występują jest trzycyfrowa. Dosłownie w ciągu kilku minut przyjdzie nam wbić gwóźdź, zjeść jabłko (albo banana, hehe), przywalić młotkiem w plastelinowe, niezrównoważone psychicznie (bezczelnie wywalają jęzor i przygłupawo się zachowują) ludki, pojeździć rożnymi pojazdami, skopać parę tyłków, dopasowywać do siebie różne elementy, wziąść udział w kosmicznej rozwalance figur geometrycznych (cóż za budząca respekt nazwa, nieprawdaż?), zagrać w różne platformóweczki, podlewać roślinki, uciekać przed morderczym buciorem, liczyć skikające żaby, zbierać monety, wciągać smarka, kopać, walić itd. Bardzo dużo tego wszystkiego. Najbardziej podobały mi się gry 9-Volta w dużej części będące maksymalnie okrojonymi, znanymi tytułami z NESa jak np. Baloon Fight, Urban Fighter, pierwszy (pamięta go ktoś jeszcze?) Metroid, Super Mario Bros 2, pierwsza Zelda, Duck Hunt, Dr. Mario, Wild Gunman... Wypas po uszy!
To jednak jeszcze nie wszystko! W miarę przechodzenia kolejnych dziesiątek mikrogierek zdobywamy nowe, rozbudowane, dla jednego gracza, lub dla dwóch. Dostęp uzyskujemy także do nowych trybów. Będziemy mogli np. pograć na samych "boss stage'ach", grać na "hardzie" z jednym "życiem", lub też z czterema i to w najłatwiejsze gierki. Wracając jednak do tych dodatkowych gier, powiem o nich słów kilka. Uzyskamy dostęp do niemal identycznego, jak oryginalny, Dr. Mario! Poszarpiemy także w Skateboarding, Jump Forever (skakanie przez linę, którą kręcą dwie trzymające jej końce osoby), oraz w kilka multiplayerówek. Jeden gracz używa dosłownie jednego klawisza (L albo R)! W dwoje pogracie sobie w odkurzanie śmieci, bieg przez płotki itd. 200% wypas po uszy!!!
Tak fenomenalnej, kapitalnej, wspaniałej, genialnej, niesamowitej, niemalże idealnej produkcji w życiu nie widziałem! Fani GBA - rzućcie w kąt wszystkie trzy Castlevanie, wszystkie THPSy, Raymany, Tomb Raidery, Golden Suny i całą resztę cartów jaką tam tylko posiadacie! Wszystkie one są sto lat za Mongołami i Wario Ware Inc. przewyższa je i bezlitośnie pozostawia w tyle w tym wyścigu o pozyskanie sobie grona fanów. Żadna gra na GBA nie jest tak warta swojej ceny jak właśnie Wario Ware Inc.! BEZKONKURENCYJNA!
Ocena: 10/10!
P.S. Reckę napisałem dnia 20 listopada między godziną 12.30 a 13.30, kiedy to większość z was grzała szkolne ławy i rżnęła odpowiedzi na na klasówkach od ziomów siedzących obok. Ja wtenczas siedziałem sobie w domku i klepałem powyższą reckę, bo do skula nie poszedłem :). [Swój chłop i ziomal! Nie ma to jak zmyć się po pierwszej lekcji do domu i zagrać w rolnika... - LOV]