Gralnia
Mam swoje ulubione miejsce, gdzie chodzę sobie pograć gdy kumple zawiodą (ci z konsolami). Miejscem tym jest oczywiście gralnia. Jest to niewielkie pomieszczenie 4x6m (nie wnikajmy, w każdym razie powierzchnia nie jest duża i często występuje ścisk). Na tej powierzchni ulokowano kilka konsol i 2 PieCe. A konsole są klasa - 2xPS2, XBOX, DeCe... Jest to takie miejsce gdzie można przyjść, zapłacić i grać - nie jest naprawdę drogo. 1 godzina kosztuje 4zł (niezależnie od liczby osób, kiedyś była gralnia gdzie za kilku graczy płaciło się dosyć słono, zwłaszcza na N64 i GoldenEye'u). Dostępne mamy wszystkie nowości, a jeżeli sami chcemy kupić jakieś gry, czy załatwić Chipa, to możemy porozmawiać z szefem... Na gralni obowiązuje świetny klimat, nikt się nie rzuca zbytnio i można oddać emocje z gry siarczyście klnąc...
Największym powodzeniem oczywiście cieszą się PS2-ójki i wszelkie gry multiplayerowe, a zwłaszcza bijatyki. Tekken to codzienność, Soul Calibur 2 również. Na XBoxie możemy za to pogierczyć we wspaniałe Halo, czy Dead or Alive 3...
Po co ja wogóle te bzdury wypisuje zapytacie? Ano, po to żeby uświadomić wielu ludziom że w ich okolicy mogą być takie zarąbiste gralnie. Wierzcie mi - jak człowiek jest bez konsoli to potrafi ostatni grosz wydać tylko po to żeby pomieszać sobie z kumplami w Tekkena czy w Soul Calibura 2...
Na koniec tego krótkiego artykuliku opowiem krótką historię. Wybrałem się z kumplem do owej gralni, aby zamieszać w Tekken Tag Tournament (było to niedługo po premierze PS2), jednak konsola była jedna a chętnych dużo... więc żeby się nie nudzić siedząc i czekając, wzięliśmy DeCeka i Soul Calibura... Łatwo mi szło rozwalanie kolesia, więc powiedziałem mu że gra jak baba. Nie odpowiedział. Patrze się na niego, a on cały czas coś miesza na padzie, ale zamiast grać gapi się cały czas na ekran gdzie podłączony był PS2... i tak się chłopak zakochał w Winning Eleven (ISSik)... Tego dnia graliśmy jeszcze 5 godzin w TTT, Gran Turismo 3, ale absolutnym killerem był ofkoz ISS.
LOV: Ja też miałem taką gralnię - Joker się zwała. Chodziłem tam na automaty i zawsze grałem w Metal Slug, albo piłkę nożną (zapomniałem nazwy). Jeden żeton kosztował 50 gr. i codziennie przepuszczałem coś między 2 - 5 zetów (w ciągu miesiąca było tego sporo). Zawsze przychodzili naćapni klejem buszmeni i zabierali nam 3/4 żetonów. Standardowy tekst:
Buszmen - "Chodź Ci pokażę jak w to się gra."
Ja - "Ale przecież wygrywam 2:0!"
Buszmen - "Ale nie znasz wszystkich trików"
Kiedy buntowałem się dalej, dostawałem piąchą w nery, albo goście łapali mnie za nogi i trzęśli mną, aż mi kasa/żetony nie powypadały na glebę. Jednak czasy były to wybitne. Nigdy nie zapomnę tych neonów, dymu papierosowego i ciemności jakie panowały w tej budzie. To był inny świat...