Final Fantasy IV


Hahaha...(zawsze mam problem z rozpoczęciem recenzji... przynajmniej pierwsze zdanie mam już za sobą). Buhahaha... A pieprzyć to, i tak nie wiem jak zacząć. [Nie ma to jak wejść z przytupem hłe hłe hnłe - LOV]

Trudno, jak widzicie, zacząć pisać o grze, której fabułę trudno opowiedzieć, a w dodatku chciałbym napisać przedtem coś jeszcze. Mianowicie, jak widzicie (tak rymuję, że was dołuję), FFIV (w USA wydany jako "dwójka", aczkolwiek nie zalecam grania w tę wersję... ze względu na cenzurę!) jest jedną z części najsłynniejszej i chyba najdłuższej serii RPG na świecie. "Najlepszej" - powiecie pewnie. "A g***o prawda!" - odpowiem wam, o czym świadczy choćby to, że z wielu części sagi IV jest w piątce najlepszych... a i tak nie jest idealna. Za to taki Star Ocean czy Chrono Cross są. Co nie zmienia faktu, że ta część jest naprawdę fajna - niektórzy fani fantasy (antyfani fantasy-cyberpunka) uważają ją za najlepszą część.

Dawno, dawno temu w odległej krainie zwanej Bimberlandią... no, był sobie czarny rycerz Cecil. Zabierał on biednym i dawał sobie. Chodził sobie razem z dragoonem Kainem (hehehe... Blood) na misje, niszczył i palił wioski, itp. Jednak pewnego dnia postanowił zmienić się i być dobrym (wzru-sza-ją-ce). Oczywiście Złemu królowi to się nie spodobało i stracił posadę dowódcy floty powietrznej zamku Baron. Co gorszego, musiał zapieprzać na nóżkach do pobliskiej wioski. Niestety przez przypadek wizyta Cecila (tak bowiem na imię ma nasz główny bohater) i Kaina w wiosce Mist kończy się jej kompletną destrukcją, zaginięciem naszego kochanego dragoona oraz odcięciem drogi z powrotem do zamku. Cecilowi nie pozostaje nic innego, jak pójść, gdzie go nogi poniosą, jednocześnie ratując miliony ludzkich istnień.

Od zagrania (najlepiej dwukrotnego) w FFIV zachęcam rozpoczęcie przygody ze SNESem. Dlaczego? Bo po zagraniu w FFVI, CT, SO i ToP niestety zyskasz jakieś doświadczenia i tak fabuła, jak i realizacja FFIV nie zaimponują ci...(sam, po Tale of Phantasia, w którym to bohater śmiga z prędkością błyskawicy, przez kilka dni przystosowywałem się do wolnego tempa chodzenia). Wszystko jest tu tradycyjne - choćby lokomocja... najpierw na piechotkę i cała mapa jest dla nas zamknięta, potem droga do jednego zamku prowadzi przez bagna i tu potrzebujemy poduszkowaca, potem jeździmy na choccobo, potem na czarnym chocobbo, potem na akwamarynowym, potem wreszcie pływamy za pomocą łodzi, ale nie możemy latać, więc ulepszamy ją, Dzięki temu dostajemy się do lokacji, w której ulepszamy łódź, tak by mogła lądować w trawie... ale i tak potrzeba nową, bo ta nie może polecieć na księżyc. W porównaniu z PC-towymi RPGami, jak Fallouty, Baldury i (przede wszystkim)Torment, cieniutko. Ale gra i tak sprawia wielką przyjemność...

A dlaczego? "Bo macie małego", odpowiadam serdecznie, pokazując wam jednocześnie fuck-you, przy okazji dodając, że ze względu na fantasy. Po prostu fajnie pobyć w świecie magów itp., a jeśli chodzi o kreację postaci - z FFIV może się równać tylko szóstka i pecetowy Tournament. A już finałowa piątka (w przeciwieństwie do większości fajnali, kierować tu możemy naraz piątką postaci) jest wymiatająca. Cudo - i już. Przyzywaczka, łuczniczka, paladyn, mój ukochany dragoon i jeszcze bardziej ukochany Ninja - ach, co za team. Z tym, że całą paczkę zawsze wybiera nam komputer... żeby doszedł ktoś nowy, stary musi zginąć - choćby popełnił samobójstwo(choć...nie, to się niestety nie zdarza).

Co do oprawy audiowizualnej - dupa. Naprawdę, "czwórka" to świetna gra, ale tak ważny dla mnie element. Muzyka - nie wznosi się w tym tytule na poziom paznokci u nóg Chrono Triggera. Grafika... to w sumie nieważne, ale niewysokich lotów. Niektóre lokacje rażą badziewnością kolorów.

Inną sprawą jest kwestia ponownego przejścia. Ja po jakichś dwóch latach od pierwszego razu znowu zagrałem i gra mnie opanowała kompletnie. W dodatku zacząłem zdobywać najlepsze itemki w grze (np. Adamant Armor - szansa napotkania odpowiedniego przeciwnika to 1/64, plus szansa na to, że po pokonaniu go dostaniesz tę zbroję to kolejne 1/64... Powodzenia, niech was szlag nie trafi), które są naprawdę rzadkie (patrz powyżej), ale za to dobre, że hej! Więc razem jest jakieś 2*50h (za drugim razem gra nawet dłuższa - dzięki ukrytym itemkom) co oznacza, iż gra dała mi jakiś dobry miesiąc grania (w porównaniu z pecetowym gównem a'la Neverwinter Nights - szalenie dużo).

Dorawdy nie wiem, o czym tu jeszcze wspomnieć... poza dobrą radą zagrania w tę grę. Od razu, nie po szóstce! "Bo ona jest lepsza!", mówicie... właśnie z tego powodu zalecam granie po kolei. Teraz, gdy gram w FFIV, męczy mnie ono strasznie. System walk jest dynamiczny niczym masturbacja LOV-era [Ale bomble na paluchach już mi się nie robią. - LOV] , a sekretów i wątków pobocznych jest niewiele więcej niż kasy w polskim budżecie. Jeśli gra ci się spodoba - zagraj koniecznie w następne fajnale (co fajne są). Jeśli ci się nie podoba - zagraj w następne fajnale, bo są zupełnie inne od tego.

Producent: oczywiście Microsoft! W duecie ze Squaresoftem.
Dystrybutor: ...? Nie wiem... na pudełku pisze Squaresoft.
Rok produkcji: 1992(w Japonii... hehehe)... znaczy na SNESa, bo na PSX nie mam pojęcia
Platforma: SNES/PSX (SNES się lepiej emuluje i są tańsze gierki... poza tym w wersji PSX jest ponoć cenzura "Smut Book"-a)

Grafika: 5
Muzyka: 5

Plusy:
+ Eee... no, dobra!
+ Grywalność
+ Ukryte itemki
+ Trochę tych sekretów jednak jest...
+ Ach, Kain!
+ Ach, Edge!
+ Lubię jRPG

Minusy:
- Hmm... chyba tylko tyle, że...
- ... Mogłaby być jeszcze lepsza(patrz: następne części FF)
- Z deczka taka... "mułowata"

Ocena: 9+


ogqozo