Komputer dla mas
KijasS
W tym artykule chciałbym poruszyć
pewną cholernie gryzącą mnie kwestię. Otóż od pewnego czasu ze smutkiem
obserwuję młodych (stażem, a nie wiekiem) użytkowników PeCeta. Dostają oni kompa
od dziadka na komunię, za dobre wyniki w nauce od uradowanych świadectwem niewinnych rodziców, lub błagają o spieniężenie całą rodzinę. Jest to zwykle sprzęt
nowy (polecony oczywiście przez milutkiego sprzedawcę) - często bardzo drogi, z
super nazwą i rozmaitymi naklejkami i tego typu duperelami. Pod maską takiego
nowego nabytku huczy Pentium IV 2,6 Ghz, twardziel ma niebotyczną pojemność 120
GB, a wszystko dopełnia koniecznie zestaw wielkich głośników 5.1 (oczywiście z
jak największą mocą). Podaję tutaj tylko przykład - konfiguracja jest różna, ale
zwykle bardzo wypasiona.
Komputer jest ustawiany na honorowym miejscu w pokoju
szczęściarza. I w tedy się zaczyna istne szaleństwo... na początek gość leci do
kiosku po magazyny komputerowe z płytką CD, potem pożycza i kupuje piraty. W
domu instaluje absolutnie wszystko od dem gier przez sterowniki po skomplikowane
programy graficzne. Każdy uruchamia na kilka minut, do momentu, aż się nie zgubi
w menu (tudzież interfejsie) i... robi brutalnie i bez namysłu reset. Komp
startuje i cały proces zaczyna się od początku: demko - reset, program - reset...
Po jakimś tygodniu nie gubi się już w gierce tak jak na początku, lecz sytuacja
nie uległa znaczącej poprawie. Pogra chwilę, gra mu się nie podoba co z tego ma
kolejną odpala. Gra cztery minuty i kolejna. Po około miesiącu system jest już
tak rozjechany, że nie wie gdzie początek, a gdzie koniec. Twardziel natomiast
przypomina wielkie pobojowisko na którym połowa softu już dawno została
zapomniana, a reszta wala się bezładnie. Taki człowiek ma gdzieś wymagania
sprzętowe, ustawienia graficzne w grach, wszelakiego rodzaju pliki "readme"...
Nie interesuje się tym bo i tak wszystko pójdzie na jego super sprzęcie. Problem
pojawia się dopiero gdy coś nawali, albo gdy Windows nie wytrzyma kolejnego
resetu i spuchniętego do granic możliwości rejestru. W tedy to facio prosi
znajomego, który może pomóc. Wiem to ze swojego doświadczenia, bo sam
naprawiałem zdewastowane komputery. Ale to już inna całkowicie inna historia.
Powiecie, że opisuję tutaj rzadki przypadek, ale ja znam takich
komputerowców AŻ trzech! Ktoś powie, że to nie dużo. Być może i tak, ale tych
kolesi przybywa z każdym tygodniem. I czy taki człowiek wie co to znaczy borykać
się z ograniczeniami sprzętowymi? Czy wie jak smakuje szukanie rozwiązania
problemu, główkowanie, co może być nie tak? Na pewno nie! Ma to gdzieś, bo jak
pisałem ma wielki zapas mocy procesora, dysku twardego, karty graficznej.
Ale najgorsze nie jest to, że gość instaluje wszystko jak leci i,
że nie interesują go manuale. Natomiast to, że nie potrafi wykorzystać mocy
drzemiącej w tym pudle. Interesuje się zwykle grami i różnego rodzaju gadgetami
(tapety, kursory, mp3... itp.). Nie potrafią / nie chcą wykrzesać z siebie / z
PeCeta czegoś więcej jak tylko kolejne uruchomienie gierki. Powiecie: "Przecież
ma czas, jest świeżo upieczonym komputerowcem, cały zapał minie, gdy tylko
trochę dojrzeje". Tak, zgodzę się. I właśnie do tych, co w końcu "dojrzewają"
nie mam najmniejszych pretensji... A do tych, co trwają w takim stanie i nie
dają żadnych oznak, że mają, choć nikłą ochotę "dojrzeć" do prawdziwego
użytkownika komputera.
Niejednokrotnie mój kolega (zalicza się do tych nie
"dojrzewających") narzekał na swoją kartę graficzną (ma się rozumieć na pytanie
jaka to konkretnie odpowiadał, że jeszcze nie rozkręcał obudowy). Obwiniał ją o
"kiepską jakość grafiki" i (uwaga!) długie ładowanie leveli. Byłem u niego i
okazało się, że to GF 4 Ti 4600. Natomiast powodem "złej jakości grafiki" był
monitor, który miał źle ustawiony obraz (mam tu na myśli taki rzeczy jak
wysokość , szerokość, czy kontrast). Ja mam starą Rivę TNT i wyciskam z niej
więcej niż nie jeden posiadacz GF 4. Kolejnym przykładem będzie mój kuzyn.
Dostał on w maju nowego kompa. Nie będę podawał tu konfiguracji. Zwrócę uwagę na
dysk twardy o gigantycznej pojemności jak na niego, mianowicie 100 GB. Myślałem,
że taka pojemność wystarczy mu na bardzo, bardzo długo. Nie wiedziałem wtedy jak
bardzo człowiek może się mylić. Po trzech tygodniach dysk był już niemal PEŁEN!
Nie wiem, może to ze mną jest coś nie tak, ale ja mam od dwóch lat mam dwa dyski
po 15 GB i to mi w zupełności wystarcza.
Są to tylko nieliczne przykłady, z którymi się zetknąłem. Jest to
bardzo smutne. A co gorsza takich osób gwałtownie przybywa. Komputery stają się
towarem dla mas. Kiedyś był to towar dla nielicznych / wybranych (czyt. osób,
które naprawdę interesowały się techniką i wiązały z kompem swoją przyszłość,
dla ludzi traktujących komputer jak swoją pasję i po prostu zakochanych w tym
beżowym szumiącym pudełku). Oczywiście nie potępiam kupowania komputera przez
ludzi, którzy oczekują tylko zabawy, rozrywki. Co to to nie! Potępiam tych, co
to chcą mieć kompa, bo chcą być modni i chcą po prostu zaszpanować. Ja jestem
posiadaczem komputera od sześciu lat. Składałem na niego przez ponad TRZY lata.
Od piątego roku życia nie marzyłem o niczym innym. Komputer to mój świadomie
obrany cel w życiu, to moja największa pasja i coś, co bezgranicznie
uwielbiałem, uwielbiam i będę uwielbiał...
Cóż, niestety będę musiał pogodzić się z tą prawdą. Teraz byle
chłystek, dres, albo inny rozpuszczony dzieciak może mieć kompa... czy to źle?
Nie jestem w stanie odpowiedzieć, ale wiem, że komputer stracił już swoją
magiczną i tajemniczą zasłonę. Pociesza mnie jedynie fakt, że takich ludzi jak
ja - zakochanych w tym "beżowym szumiącym pudełku" - jest bardzo wiele. Tym
tekstem chciałem zmusić osoby które są świeżo upieczonymi komputerowcami aby
przemyśleli swoje postępowanie. I aby pamiętali, że komputer nie służy tylko do
gier, czy oglądania filmów. Dżemie w nim wielki potencjał który każdy powinien
odkryć i wykorzystać.
Tym oto jakże optymistycznym akcentem kończę moje prywatne i
kłujące w korę przemyślenia.