Dink Smallwood
Uwielbiam tę grę! Tyle ludzi na nią psioczy, ale nie ja!
O nie! Przez całe swoje życie zagrałem w niewiele przygodówek.
Po prostu niezbyt przepadam za tym gatunkiem. Jedyne
adwenczyry w jakie grałem to nasze wspaniałe polskie
produkcje (nie ma w tym ani krztyny ironii). I wreszcie
nadeszła ta chwila - grudzień 1999 roku. Kupiłem wtedy pismo giercowe
"IO". Jedną z pełnych wersji zamieszczonych na cedeku tego pisma
była właśnie Dink Smallwood. Ta gra wtedy mną zawładnęła.
Wcielaliśmy się w postać tytułowego Dinka - mieszkańca bardzo
małej wioski, mieszkającego razem z matką i karmiącego świnie.
Pewnego dnia matka poprosiła go, aby poszedł nazbierać
trochę orzechów. W bardzo ciekawy sposób zrzucał je z drzewa.
Robił to za pomocą swojej piąchy. Zaiste, musiał ją mieć ze
stali, skoro ta metoda skutkowała. Nazbierał trochę orzechów
i wrócił do domu, a widok jaki zastał na pewno nie wywołał
uśmiechu na jego twarzy. Chałupa się jarała. W środku była
jego matka. Nie mógł jej pomóc. Zginęła. Pożar na pewno nie wzniecił
się sam. Ktoś to musiał zrobić. Dink już się o to postara aby
uziemić zuchwalca, który to uczynił.
W tym momencie zaczyna się prawdziwa gra. Wyruszamy w
niezwykle ciekawą podróż po bajkowym świecie, pełnym
najróżniejszych monstrów, czarów i - co najważniejsze - przygód.
Będziemy rozmawiali z różnymi ludźmi, zdobywali ekwipunek,
pomagali bliźnim w potrzebie, oraz walczyli. Tego ostatniego
jest w grze najwięcej. Do wysyłania potworów na tamten świat
będziemy używali różnych mieczy, łuków, a także czarów, takich
jak chociażby pospolity fireball. W sumie to tego całego sprzętu
zbyt wiele nie jest, ale wcale nie uważam tego za wadę.
Podczas eksploracji świata (zatrważająco duży to on nie jest)
trafimy do kilku wiosek, zamku króla, a nawet zejdziemy do
podziemi czy też trafimy do innego wymiaru pełnego złudzeń,
mroku oraz silnych bestii. Walka odbywa się w czasie rzeczywistym.
Po prostu biegamy po ekranie i sieczemy złowrogie stworzenia.
Za owe morderstwa (ależ to brzmi) będziemy otrzymywać punkty
doświadczenia, a także więcej HP. Dzięki doświadczeniu możemy
dodać trochę punktów do trzech cech charakteryzująch naszego
bohatera. Wybaczcie, ale niespecjalnie pamiętam jakie to cechy
były (bodaj obrona, atak i magia, ale głowy, ręki czy czegokolwiek
uciąć sobie nie dam). Tyle jeśli chodzi o zasady gry.
Dźwięk jak dźwięk. Nie ma się do czego przyczepić. Słyszymy
uderzenia, ryki potworów, odgłos pochłaniającego drzewa ognia...
Żadnych rażących błędów nie odnotowałem. Natomiast muzyka to
sam (prof.) miodek! Zawsze lubiłem midy, ale te są wspaniałe.
Pasują do klimatu gry. Przy odwiedzinach podziemi, czy
poważniejszych walkach słyszymy utwory budujące nastrój
grozy. Innym razem, gdy chodzimy sobie po jakiejś spokojnej
wiosce słyszymy muzyczkę wesołą. Kiedyś nawet zrobiłem sobie
z utworów tej gry playlistę i słuchałem ich wszystkich po
kolei. Super sprawa! (Z tego co pamiętam, to w grze na otwartej przestrzeni słuchaliśmy... Ave Maria. :) Co zresztą nie zmienia faktu, że to pasuje do klimatu gry... - dop. Veehawken)
Z wersją gry, której byłem szczęśliwym posiadaczem, był jeszcze
dodaktowy epizod opowiadający o wyprawie Dinka na pewną
dziwną wyspę. Nie jest on tak długi tak podstawowa wersja gry,
za to niewątpliwie jest ciekawy i warto w niego pograć
(choć w przeciwieństwie do samej gry, tegoż dodatku nigdy nie
udało mi się ukończyć).
I coż ja mogę na koniec dodać? Gra jest tak wciągająca, że
po prostu mowę z wrażenia odejmuje. Takiego action-adventure
(z ogromnym naciskiem na to pierwsze) jeszcze w życiu nie
widziałem. No i znów będę zmuszony wystawić wysoką ocenę.
Ale co ja poradzę, że o gniotach szybko zapominam (lub staram
się ich unikać) i pamiętam tylko te najlepsze gry? Ino mi
tu nic nie gadać, tylko grać!
**********
uobooz