Caleb - Jeden dzień z życia część II
W poprzednim odcinku:
Caleb budzi się po ostrej imprezce i jest baaaardzo głodny. Jednakże w domu nie zostało zbyt dużo zapasów żarcia. Postanawia, więc wyruszyć na misję, w celu zdobycia pożywienia. Cal odwiedza najpierw pana Waldka, gdzie porywa kiełbasę, która z kolei porywa jakiś dog, na rynku wrocławskim w końcu udaje mu się zabrać psu kiełbasę i ją spałaszować. Spotyka tam byłego znajomego z wojska, daje mu w pysk, gdy sobie przypomina, kto to jest i co z nim robił, ucieka, bowiem zobaczyli to gliniarze i go gonią. Gubi pościg i zauważa dziecko. Zabiera dziecku lizaka, a potem kieruję się w stronę stołówki z czasów komuny. Jednak i to jest dla niego za mało. Nadal czuje potworny głód. W ostatnim akcie rozpaczy Cal postanawia napadnąć na MaConaldsa...
Część druga: Odlatując w salomonowe kalosze z zieloną ramką w twoim lewym uchu...
Głód staje się nie do zniesienia, Caleb wie, że musi to zrobić, nie ma innego wyjścia. Zaciska dłoń na fince w kieszeni, na jego twarzy pojawia się miły uśmieszek niegroźnego psychopaty i kieruje się w stronę restauracji serwującej hamburgery. Wpada do środka i krzyczy:
- To jest napad!!! Wszyscy na ziemie!!! - Poczym podchodzi do kasy i mówi:
- Poproszę WSZYSTKIE hamburgery, które macie
- Na miejscu czy na wynos? Uprzejmie pyta się sprzedawczyni
- Na miejscu - kulturalnie odpowiada Caleb.
Siada przy wolnym stoliku i czeka na posiłek. Ludzie leżący na podłodze dziwnie się mu przyglądają. Caleb tego nie wytrzymuje i na kopach ich wyrzuca z budynku. Baradykuje drzwi koszami na śmieci. Siada do stolika i krzyczy na obsługę:
- Gdzie są qurde moje hamburgery???!!!
- Już proszę pana podaje - szepta przestraszony na strach sprzedawca i podbiega z tacą zastawioną hamburgerami do Caleba.
- No, to rozumiem! Szybka i miła obsługa - cieszy się Caleb, i zaczyna zajadać hamburgery. W tym momencie z impetem przez okno wjeżdża na rowerze Mat Kat! Szkło sypie się na posadzkę, Mat Kat wpada w poślizg, i ląduje z rowerem na stosie poprzewracanych stolików. Wstaje, otrzepuję się z resztek hamburgerów i mówi spokojnym głosem lekarza psychiatry:
- Dość tego Caleb! Rzuć tego hamburgera, i załóż ręce nad głowę!
- Bo co mi zrobisz??!!! - Pyta się wkurzony Cal wciągając ostatniego hamburgera i wstając ze stolika. Obsługa MaConaldsa ucieka w popłochu poprzez tylne drzwi. Caleb błagalnie patrzy za nimi - no cóż - chyba będzie musiał poczekać z jedzeniem i stanąć do walki. Mat Kat wyciąga gumowego banana ze spodni (z kieszeni) i krzyczy do Caleba:
- Avisos para viajeros, becas en el extranjero, resumen diario de la prensa espa!!!
Na to Caleb nie potrafi znaleźć słów, więc wyciąga pilnik do paznokci i rzuca się w stronę Mat Kata. Mat Kat, który jeszcze jako maleńkie dziecko oglądał Maverixa zrobił unik i szybkim ruchem wyciągnął z kieszeni spluwe. Cal przestraszył się bardzo rozwoju sytuacji, podniósł głowę która wylądowała w salami po nie udanym ataku i rzucił się w stronę drzwi. Niestety zapomniał, że je zabarykadował i pośpiesznie szukał jakiegoś wyjścia z sytuacji. Pobiegł do zaplecza baru. Za nim pobiegł Mat Kat, wszedł powoli do zaplecza i nie zorientował się, że na suficie a la' Spiderman wisi Caleb. "Wisząca bestia" rzuciła się na Mat Kata i zaczeła go dusić. Na nic zdały się wrzaski, błagania, piski, negocjacje (?). Cal nie chciał o niczym słyszeć, chciał przecież tylko spokojnie zjeść hamburgery.
W 20 minut opróżnił talerzyk i wyszedł jak gdyby nigdy nic tylnymi drzwiami. Długo jeszcze policja czekała na niego. A Mat Kat? Mat Kat pewnie nadal leży na zapleczu próbując uwolnić się od licznych supełków marynarskich, których Caleb nauczył się podczas pobytu nad morzem...
Jak to bywa Caleb bo tylu wrażeniach czuł, że musi odpocząć. Temperatura sięga czterdziestce. Wiatru nie ma.
- Hmm najlepszym miejscem na odpoczynek będzie supermarket! Mają tam klime i darmowe żarło - wszystko czego potrzebujem - próbuje myśleć Caleb. Postanawia wbić się do darmowego busa i pojechać nim do Superjnovy - największego hipermarketu w okolicach Wrocławia. Kalep idzie na przystanek i siada koło jakiejś babci i czeka na autobus. Babcia wyciąga rogalika i chce go zjeść gdy Caleb wyrywa jej go z rąk i pożera, nie zwracając uwagi na liczne ciosy parasolką po głowie. Caleb odwraca się twarzą do bijącej go babci i głośno beka. Babcia wystraszona na śledź, bez słowa przestaje go bić i ucieka ze wrzaskiem z przystanku, biegnąć poprzez jezdnię. Nagle znikąd pojawia się rosyjski TIR z kolcami na przedzie i uderza starszą panią, która wzbija się w powietrze wykonując przepiękne piruety. Na ziemię przed Caleb spada tylko parasolka. W tym momencie na przystanek zajeżdża autobus. Caleb podnosi parasolkę i wsiada do busa. "A co, może się przyda, najwyżej sprzedam i będę miał na żarcie" - myśli uradowany. Caleb przepycha się poprzez tłum w busie, zrzuca jakiegoś dziadka z siedzenia po czym sam na nim siada. Zamyka oczy i wyobraża sobie jakie to smakołyki znajdzie to on w hipermarkecie. Nie może się już doczekać kiedy to dojedzie to sklepu. Dziadek nagle przerywa te miłe myśli Caleba i ostro upomina się o swoje prawa. Cal bez namysłu zdziela go parę razy parasolką po twarzy póki ten nie milknie. Reszta pasażerów patrzy na to z przerażeniem poplątanym ze strachem. Myślą sobie - "Cholera, znowu jakiś dresiarz kradnie komórki dobrym ludziom" - gdyby tylko znali prawdę, żę wcale nie chodzi tu o komórki, a jedzenie... W końcu autobus zajeżdża pod hipermarket. Cal wysiada z niego i wyciąga z kieszeni nową komórkę - "Dobrze" - myśli sobie - "Sprzedam i będę miał na chipsy!". Cal kieruję się w stronę wejścia do hipermarketu, ruchem zawodowca wymija zbliżająca się do niego ochronę, widać znają go już od dawna, bo nie poddają się tylko wyciągają granaty dymne i rzucają je w stronę naszego głodnego Hiro. Cal jednak nie ma czasu na zabawy z ochroną, puszcza okrutnego bąka i zagazowywuje ochronę. No, teraz może ruszyć na podbój hipermarketu! Bierze w łapę koszyk i wchodzi do środka, z obłędem w oczach przypatrując się pełnym półkom sklepowym. Widać na nich żarcie wszystkiego rodzaju: od rodzynków sułtańskich, poprzez fistaszki do piwa... Cal widząc piwo próbuje dojść do siebie i nie patrzeć w stronę tegoż złocistego płynu. Jednak z drugiej strony widzi "Złoty ryj", czyli popularny w sloganie dzisiejszej młodzieży JABOL. Cal patrzy do tyłu, a tak wódka i to w dodatku rosyjska! Z przodu stoi jakiś paker z koszykiem, a w nim gorzałka... Caleb nie wytrzymuje. Na nic zdała się 7-letnia kuracja w Ciechocinku sponsorowana przez Rząd Rosyjski, z Ambasadą w Warszawie, która miała na celu oduczyć go pić i pić. Powiecie czemu Rząd Rosyjski? Na to odpowiedzi nie będzie, to temat na inną historyjkę. No więc Cal zwija co się da. Jedną butelkę wsadza w skarpetkę, drugą, trzecią i czwartą w spodnie, piątą, szóstą i siódmą w koszulę, karton pod czapkę i zaczyna wyłazić ze sklepu.
Dyrektor sklepu, który w międzyczasie spacerował się po swojej własności zauważył Caleba. Trudno nie było zauważyć żulka z parenastoma promilami alkoholu, emitującego w promieniu 15m dziwny odór zgniłych jaj. Do tego wszystkiego trochę było widać po Calu, że coś "pożyczył" z hipermarketu. Dyrektor rzucił się w jego stronę, wołając przy tym "Policja! Ochrona! Zatrzymać go!". Nikt z ochrony nie kwapił się zbliżyć do naszego bohatera. Wszystkim przypomniały się wydarzenia mające miejsce podczas ostatniej wizyty Cala.
Caleb wyskoczył oknem z gracją sprintera, za nim dyrektor, który trzymał coś w ręce. Wyglądało to trochę jak łom. Cal widząc ów przedmiot znacznie przyspieszył, biegł przez autostradę więc musiał trochę powymijać. Zdesperowany dyrektorek pamiętając ostatnie straty biegł po... dachach samochodów stojących w korku. Nikt nie przypuszczał, że tak szybko dyrektor dogoni Cala. Wyskoczył jak Adam Małysz i pofrunął niczym Wojciech F. Na Olimpiadzie w Saporro. Chwycił Cala za nogi i go ugryzł. Nasz bohater takiego hamstwa nie mógł znieść. Wyciągnał za pazuchy jedną butelkę taniego trunku i z wielkim żalem i ociąganiem się rozbił ją na głowie dyrektora hypermarketu. Ten natychmiastowo puścił Cala i złapał się za bolącą go łepetynę. Caleb po raz ostatni z żalem spojrzał na resztki butelki i mokrą jezdnię, po czym wskoczył niczym spiderman na pobliski autobus miejski i odjechał z miejsca zdarzenia. Caleb leżąc na dachu busu i po kolei opróżniając butelki podziwał piękne chmurki gdy nagle coś mu je zasłoniło. Wkurzony Kalep energicznie się podniósł i wstał waląc się głową o strop. Jak się okazało autobus wjechał do zajezdni. Cal pijanym krokiem zeskoczył z autobusu, parę razy przeturlał się po ziemi po czym wstał z niej, podniósł drobme co mu z kieszeni powypadały i skierował się wężem w stronę dyspozytorni. W dyspozytorni dwóch kierowcuff przerwało rozmowę i ze zdziwieniem przyglądali się Calebowi.
-Ty, Zenon, czy to nie jest Marek?
-Gdzie tam, on jeździ do 19, to pewnie ten nowy. - Odpowiada Franek
-Ale zobacz jak idzie, zmęczył się pewnie biedak - mówi Zenon współczującym głosem. Tymczasem Cal jest już o 5 metrów przed dyspozytornią. Pada na kolana i już pan Zenon oraz pan Franek więdzą co Caleb jadł na śniadanie. Na pewno woleli by nie wiedzieć, a najlepiej to nie czuć. Cal siadł na miejscu dwóch kierowców, którzy leżeli już na podłodze. Poprosił swoim piekielnie łagodnym głosem kelnera:
- Kelner, głupia krowo! Choć tu bo chlać mi się chce!
Kelner wiedząc, że z tego typu gostkami nie ma żartów szybko podszedł do Cala i poprosił go o złożenie zamówienia. Cal poprosił o 2 piwa, oliwki na przekąskę i rachunek... Gdy zobaczył cyferki na nim, zrobił się zielony, wypluł oliwki i ze spokojem odrzekł:
- Ileeee????!?!?
Kelner powtórzył cenę, która w tym przypadku wynosiła czynaście piendziesiąt.
Cal nie mógł tego znieść, przecież myślał przez chwilę o tym by się zmienić, by nie zrobić żadnej
rozróby w miejscu pobytu, ale tego nie zniesie! Jak można za 2 piwa i kilka oliwek zapłacić czynaście piendziesiąt?!? Przecież Cal codziennie ciężko pracuje! (nad piciem, ale to już inna sprawa) Ma dzieci! (tylko, że nie wie jak mają na imie) Jest poprawny Polakiem! A tu do ***** karzą mu płacić taką sumę za 2 piwa i oliwki. Przecież u Zdzisia, po sąsiedzku dostałby z 10 półwytrawnych rosyjskich jaboli! To oburzające! Caleb energicznie wstał, rzucił stołem o ścianę, podeptał dwóch nadal zemdlonych kierowców, zerwał ze ściany szablę i stanął do walki z kelnerem. Pierwsze pchnięcie - Kelner krzyczy w przerażeniu i odpiera atak zasłaniając się tacą jak tarczą. Drugi cios szablą, Caleb nie trafia, ostrze o cale mija trupio bladą twarz kelnera ucinając mu jednego wąsa. Sytuacja z każdą chwilą staje się groźniejsza. Wokół naszych dwóch toczących bitwę postaci zebrał się tłumek kierowców z pobliskiej zajezdni i supermarketu naprzeciwko. Wszyscy zaczęli skandować : "Caleb, Caleb, CALEB!!!!" Zachęcony tym Caleb podniósł szablę w
górę i ostro zamachnął się. Kelner zamknął oczy, taca wypadła mu z ręki na ziemie. Ostrze szabli...
Przerywamy tekst bowiem mamy bardzo ważną wiadomość ;) Część następna nastąpi w następnym numerze GC ^_^