|
spis treści | poprzednia strona | następna strona
|
|
Stał wyprostowany przed oknem i spoglądał w czarną otchłań Coruscant. Miał założone ręce z tyłu, tak jak to było w jego zwyczaju. Nie ruszał się. Wydawał się być woskową figurą, która nawet nie drgnie póki się ją nie rozbije. Ta postawa wyrażała jego dumę i miłość jaką darzył własną osobę. Wiedział jaki jest ważny, znał swoją misję. On był jedyny, niezniszczalny, niepokonany! Patrząc na statki kosmiczne, które wyglądały jak migające światełka, rozmyślał o swoich problemach. Dlaczego oni nie okazywali mu należytego szacunku? Przecież gdyby tylko chciał, mógłby ich wszystkich zabić. A nie oczekiwał dużo. Chciał być poważany tak jak każdy Jedi. Czy to tak wiele? Zacisnął pięść. Tak. Widocznie było to zbyt wiele. Ach, ile by dał, żeby chociaż była przy nim jego matka. Chciał być teraz razem z nią, chociaż w głębi duszy szczerze ją nienawidził. Jak ona mogła pozwolić mu odejść? Przecież był jej ukochanym synem, jedynym. Nie miała nikogo, tylko jego. A jednak go zostawiła! "Ta dziwka"- pomyślał. Rozluźnił pięść i przestał ściskać zęby. Gniew już odszedł, zostawił go w spokoju. Przynajmniej na jakiś czas. Jutro będzie musiał spotkać się ze swoim Mistrzem. Pewnie dostanie od niego kolejne, trudne zadanie. Ale to nie miało znaczenia. Wiedział, że zrobi wszystko by go zadowolić. Tak bardzo chciał, by chociaż raz Obi-Wan był z niego zadowolony. Starał się, robił wszystko jak należy, ale dla Kenobiego było to i tak za mało. Miał tego dość! Przerastał umiejętnościami wszystkich Jedi jakich znał. Wiedział o tym. Czuł, że się marnuje. Chciał spróbować czegoś nowego, czegoś innego. Jednak oni mu na to nie pozwalali. Uważali, że nadal jest zbyt słaby. Anakin odszedł od okna. Powoli, ze znanym tylko sobie wdziękiem przeszedł do salonu. Tam pozostawił swoje rzeczy. Przebrał się w czystą tunikę i uporządkował narzędzia, które cennie składał w tajnej szufladzie. Tylko on o nich wiedział. Podczas czyszczenia zabrudzonego ekwanta spostrzegł jedną niezwykłą rzecz. Oto obok sterty narzędzi leżał jego wisiorek. Ten, który dostał kilka lat temu od Padme. Przypomniał sobie o swojej ukochanej. Już tyle lat jej nie widział. Powoli zamknął oczy, ściskając wisiorek. Jej oczy, włosy, zapach. Wiele by dał za chociaż obrazek z jej podobizną! Skywalker otworzył powieki i spojrzał na niebieską ścianę. Niestety, ale młodzi padawani nie mogli zawierać związków małżeńskich. Ba! Nawet jakakolwiek miłość erotyczna w zakonie była zakazana. Anakin wiedział o tym bardzo dobrze, a jednak nie chciał zapomnieć o królowej Naboo. Nie chciał, albo nie mógł. Kiedyś nawet próbował oszukać swoją pamięć, ale to na niewiele się zdało. Doszło do tego, że młody Jedi zaczął wariować. Raz wydawało mu się, że widzi Amidalę czeszącą włosy. Nawet już chciał podejść do niej, kiedy okazało się, że to ktoś zupełnie inny. Innym razem wydawało mu się, że widzi ją w lustrze lub nad strumykiem. Miał obsesję na jej punkcie. Za wszelka cenę chciał się z nią spotkać, ujrzeć jej przepiękne włosy i kryształowe oczy. Wyrwać się i powrócić na Naboo. Kochał ją. Za co? Sam nie wiedział. Ona była taka mądra, silna i piękna. Była wspaniałym człowiekiem i królową, a nie jakąś wieśniaczką czy byli przeciętną dziewczyną. Ona była kimś. Anakin o tym wiedział. Amidala była mu przeznacza. Chciał ją mieć tylko dla siebie. Nie mógł znieść myśli, że byle kto mógł ją w tej chwili całować. To go przytłaczało. Zamknął oczy, ścisnął mocno wisiorek i położył się spać. Zostawił wszystkie narzędzia w nieporządku, nawet zapomniał wyłączyć robota RD-E1, ale dla niego to się nie liczyło. Teraz zamknął się w swojej krainie marzeń. Zasnął z świadomością, iż jutro wstanie nowy, piękny dzień.
Co by nie mówić o wszechobecnej urbanizacji, Coruscant było pięknym miastem. Stało w nim wiele wspaniałych budynków, jak chociażby budynki Rady Jedi czy Senatu Galaktycznego. Przez setki lat miasto rozwijało się nie tylko przemysłowo, ale też kulturalnie. Na planecie powstało wiele muzeów, które przez lata były gratką dla turystów. Jednak Coruscant miało też swoje ciemnie zaułki. Miejsca gdzie zbierali się zabójcy, pijacy, piloci i złodzieje. Te miejsca to bary, nielegalne sklepy i porty lotnicze dla przemytników. Głównym celem takich spotkań było zazwyczaj spożywanie mocnych (i zazwyczaj niedrogich) trunków i załatwianie brudnych interesów. Jednak nie wszyscy przyszli tu w takich celach. Gdzieś, koło starej fabryki robotów, stali dwaj rośli mężczyźni w czarnych płaszczach.
- Mistrzu. Wszystko idzie jak przewidziałeś.
Obi-Wan Kenobi leciał Starfighterem na planetę Inaagi, gdzie miał się spotkać z przyjacielem. Potrzebował od niego pewnych informacji o organizacji Czerwony Blask, która prawdopodobnie była zamieszana w zabójstwa Jedi. Właśnie tą sprawą zajmował się Mistrz Jedi. Po ostatnich zamachach na Mace'a Windu Rada doszła do wniosku, że czas wszcząć śledztwo. Ostatnim czasy Jedi mieli coraz więcej wrogów, więc nie bardzo się przejmowano nowymi problemami. Kenobi po długim śledztwie odkrył, że siedziba Czerwonego Blasku może znajdować się w układzie Inaagi. Tam też się udał. Kenobi usiadł wygodnie w fotelu, nadzorując lot statku. Myślał o swoim uczniu. Jego padawan robił coraz większe postępy. "Niedługo będzie gotów"- pomyślał Jedi. Jedno go niepokoiło. Dlaczego Anakin z dnia na dzień robił się taki agresywny? Czyżby przejścia na Tatooin pozostawiły w jego umyśle tak wielki ślad? Obi-Wan zastanawiał się na tym. Anakin do dziewiątego roku życia był niewolnikiem. Jego pan, Watto, lubił go obrażał i szykanować. Takie doświadczenie na pewno pozostają w umyśle dziecka do końca życia. "Tak, Anakin musi żyć z przeświadczeniem, że był niewolnikiem"- powiedział sam do siebie Obi-Wan. Nagle zbudził się z zadumań, bo oto przed monitorem ukazała się piękna planeta Inaagi. Kenobi rozpoczął standardową procedurę lądowania. Najpierw upewnił się czy władze planety są przyjaźnie nastawione, a potem porozumiał się z najbliższym lotniskiem, gdzie mógł bezpiecznie wylądować. Po godzinie Obi-Wan był już na ziemi. Ta wiadomość go ucieszyła, bowiem nie znosił latać. Kenobi wyszedł z lotniska zabierając tylko niezbędne przedmioty i poszedł do domu swojego przyjaciela, Ti-mona.
- Tarkinie, kiedy zaczniemy działać? Wszystko już gotowe. Armia jest prawie skończona. - Spokojnie Dooku, wszystko idzie według planu. Jutro porozumiem się z Kaminoanami w naszej sprawie. Przecież nie możemy zostawić Republikę na atak buntowników- uśmiechnął się złowieszczo. - Tak masz rację. "Nareszcie"- wykrzyknął Obi-Wan. Był ucieszony, bo znalazł upragniony pokój, którego szukał. Chciał już otworzyć drzwi, kiedy usłyszał sygnał ze swojego komunikatora. Widocznie ktoś zostawił mu wiadomość. Jedi odtworzył ją. To był Mistrz Yoda. Okazało się, że już znaleziono zabójcę Rycerzy i postawiono go przed sądem. Śledztwo zostało zakończone, Obi-Wan dostał rozkaz niezwłocznego pojawienia się na Coruscant. Rycerz był trochę zawiedzonym, ale nie pozostawało mu nic innego jak wyjść z budynku Czerwonego Blasku i jak najszybciej powrócić na lotnisko. Obi-Wan jeszcze tylko obejrzał się za siebie i pobiegł do kabiny grawitacyjnej. Chwilę później z drzwi, przed którymi jeszcze niedawno stał Kenobi, wyszło czterech ludzi. Byli to: senator Tarkin, były Jedi Count Dooku, genialny inżynier Raith Sienar i senator Bar Gan. Jaki pech spotkał Kenobiego. Mógł odkryć spisek, który wkrótce zaważy na przyszłości galaktyki. Dwa dni później Anakin znowu przyszedł na lotnisko. Czekał zawsze o tej samej porze, wypatrując swojego Mistrza. Miał nadzieje, że wreszcie go zobaczy. Mace Windu powiedział mu, że dostał wiadomość o powrocie od Obi-Wana. Kiedy Skywalker rozmyślał o swoim Mistrzu, spostrzegł że leci w jego stronę statek. Tak! To Starfighter Obi-Wana! Anakin bardzo się ucieszył. Choć nie okazywał tego, brakowało mu Kenobiego. Teraz będą już zawsze razem, nigdy się nie rozłączą. Mistrz i jego uczeń. P O S Ł O W I E W opowiadaniu jest wiele niezgodności jeśli popatrzymy na II & I Epizod. Jednak uważam, że oba filmy mają wiele niedopatrzeń, a ich fabuła jest infantylna. Sam trochę udoskonaliłem ją w ten sposób, aby tekst czytało się ciekawiej. Mam nadzieję, że tym zabiegiem nikogo nie uraziłem. Jeszcze co do nazw własnych. Planeta Inaagi, to przekręcone nazwisko mojego piłkarskiego idola: Filippo Inzaghiego. Ti-mon to jak łatwo poznać moja ksywa i nie darowałbym sobie, gdyby nie była chociaż o mnie mowa w opowiadaniu. :) Juvenianin to wymyślone przeze mnie określenie na mieszkańca planety Inaagi. Jak łatwo się domyślić, nazwa wzięła się od piłkarskiego klubu Juventus Turyn. To by było na tyle. ;) I niech moc będzie z Tobą (jeśli aż tu dotrwałeś, to znaczy że była... ). Ti-mon |
|
|