spis treści | poprzednia strona | następna strona


|Matrix - recepta na sukces?|

Nie ma co ukrywać, że Fishburne nieco przytył od pierwszego Matrixa :) Matrix - zwrot kultowy. Jeszcze rok temu wyraz ten oznaczał film akcji zahaczający o klimaty cyberpunka. Jednakże już wtedy trwały prace nad kolejnymi częściami trylogii. Na drugą i trzecią część przyszło nam czekać dość długo, bo aż przeszło trzy lata. Obrazy te powstawały przy niespotykanym dotąd, na tak dużą skalę, wsparciu ekip od komputerowych efektów specjalnych. Wynikiem tego miało być widowisko, które przebije wielkie produkcje gatunku. Szeroko prowadzona akcja promocyjna przygotowała widzów na powrót dzieła do kin. Czy zamiar ten się powiódł? Cóż, zdania na ten temat są podzielone. Nie zmienia to jednak faktu, że filmy z trylogii Matrixa zatrzęsły światem, nie tylko filmowym, czy gier komputerowych.
Skutkiem ich pojawienia się na afiszach kin jest obecna sytuacja na rynku multimedialnym. Dzięki grupie fanów Matrix urósł do miana pierwszej epopei XXI wieku. Nasycona efektami specjalnymi historia stała się dla nas tym, czym dla ówczesnego pokolenia były Gwiezdne Wojny. Co więcej - można się pokusić o stwierdzenie, że w obecnej chwili historia braci Wachowskich już zdobyła, szczególnie wśród młodzieży, pozycję równą niemal chwiejącemu się ostatnio Universum Lucasa.

Liczby mówią same za siebie: dziś Matrix to przede wszystkim 18 000 kinowych ekranów, które jednocześnie, o tej samej godzinie na całym świecie stały się drzwiami do innego świata. Matrix to także 43 miliony dolarów wpływów w pierwszym tylko dniu wyświetlania Rewolucji. Wachowscy, przestawiając nam pierwszą część serii istotnie zamierzali nakręcić ciąg dalszy. Dlaczego jednak okres oczekiwania wydłużył się do maja 2003? Wiele wskazuje na to, że główną przyczyną były raczej działania marketingowe i dopieszczanie szczegółów, a nie, jak chcieliby producenci, braki w technologii efektów specjalnych.

On za nas walczy! ;PScenariusz "narodzin", jak definiują twórcy pierwszy film z cyklu, pozostawiono otwartym. Larry i Andy W. przygotowywali kolejne wersje kontynuacji, śledząc jednocześnie rozwój wypadków. Okazało się, że Matrix wstrzelił się w niszę powstałą pomiędzy filmami akcji a rozrywką intelektualną. Stał się manifestem wolności, buntu przeciw mrówczej społeczności. Młodzi postawili znak równości pomiędzy obrazem a własnymi życiowymi wątpliwościami. Ujęte w filmie nawiązania do filozofii, religii czy mitologii antycznej w połączeniu z szybkim i, co ważne, zaskakującym scenariuszem stały się parafrazą kultury całej ludzkości. Wejście Matrycy do kin wywołało lawinę dyskusji, pojawienie się różnorakich interpretacji. Ogólnie rzecz biorąc, powstał bardzo mocny fandom. Czyli docelowo - potencjalne źródło przychodów.

Matrix: Reloaded poprzedziła olbrzymia akcja promocyjna. Wachowscy nie tylko nadzorowali przebieg kampanii, ale także ingerowali w produkcje poboczne. Tuż obok powstało dziewięć historii stworzonych przez mistrzów anime. Żadna nie mogła ujrzeć światła dziennego bez akceptacji braci.
Ciekawą ilustracją wypełniania dziur jest stworzona przez Shiny Entertainment gra Enter the Matrix. Pojawiła się niemal równocześnie z premierą drugiej części, na pierwszy rzut oka jest to tylko średniej klasy produkt towarzyszący.
Jednakże pozory mylą. Każde wydarzenie w świecie Wachowskich ma swoje miejsce. Nie ma miejsca na przypadkowość. Każdy produkt opatrzony zielonym logo powiązany jest z pozostałymi siecią zależności. Pójdziesz na film? Będziesz chciał obejrzeć krótkometrażowe elementy układanki, aby lepiej zrozumieć krzykliwą historię przyszłości. A potem kupisz grę.
Ta gigantyczna machina działa bez zarzutu. Wystarczy spojrzeć na wielkość sprzedaży Enter the Matrix. Gra w gruncie rzeczy średnia, grafika niezbyt powalająca, podobnież historia. Ale co z tego, skoro liczy zakupionych pudełek mogą pozazdrościć wszyscy potentaci oprogramowania rozrywkowego?

Pozytywny bohater serii, a zarazem najlepszy aktor na planie Matrixa :) Sukces świata Matrixa jest wypadkową działań reklamowych, dbałości o szczegóły i przede wszystkim wyważonego scenariusza. O ile w przypadku pierwszego filmu recepta ta się sprawdziła, o tyle druga część zwykłych widzów rozczarowała. Dało się odczuć nacisk reklam, przeładowanie filmu niepotrzebną bijatyką. Poza tym, reklamowe peany, głoszące iż jest to część opowiadająca o "życiu", oznaczały nie mniej, nie więcej, tylko skupienie akcji przede wszystkim na poczynaniach pojedynczych bohaterów w małej skali sztucznego świata. W dużej części odpadł więc efekt zaskoczenia, a historia została poważnie spłycona w odniesieniu do "narodzin".
Jednak dla bezkrytycznych fanów druga część trylogii Wachowskich okazała się objawieniem. Naszpikowany niewidocznymi niemal szczegółami scenariusz stał się polem do popisu dla wszelakiej maści domorosłych interpretatorów. Andy i Larry wyciągnęli wnioski z obserwacji poczynionych w przeciągu trzech lat i Reaktywacją potwierdzili stare powiedzenie ze świata filmu - najlepszym sprawdzianem wiedzy filmowej jest bezbłędnie rozgryziony pastisz. Reloaded pełni rolę właśnie takiego pastiszu w skali kulturowo-fabularnej. Spodziewając się jednak już w pół roku później pokazać światu "śmierć" Matrixa bracia poszli dalej. Rzeczonego wyżej kotła wątków nie ma do czego odnieść. Pozostają pytania i tym bardziej wzrasta zaangażowanie fanów.

Rewolucje weszły do kin bez nadzwyczajnych akcji reklamowych, co może dziwić, ale tylko początkowo. Otóż, odstęp pomiędzy dwiema ostatnimi częściami był stosunkowo niewielki. Poza tym w kampanii, której apogeum przypadło na początek maja, przewidziano także Rewolucje. Główną jednak przyczyną macoszego potraktowania finału był szeroko już wówczas przygotowany krąg odbiorców.
Trudno powiedzieć, że efekty specjalne stały na niskim poziomie... Policzmy: Matrix - edycja kinowa, DVD, VHS; Matrix: Reaktywacja - podobnie; Animatrix - edycja DVD i VHS, w tym "Lot Ozyrysa" wyświetlany w kinach i telewizji; w końcu Enter the Matrix - bijąca, mimo wszystko, rekordy popularności gra. Do tego należy także doliczyć wszelakiego rodzaju ścieżki dźwiękowe oraz niesamowicie wręcz bogatą twórczość fanów, skupionych przede wszystkim w środowiskach internetowych.
Robi wrażenie, prawda? Nasuwa się zatem pytanie: po co promować? Ktoś, kto "zaliczył" większość z powyższych pozycji, będących summa summarum najlepszą reklamą, nie potrzebuje lepszej zachęty! Jak się to wszystko ma do finału całej trylogii? Mianowicie, logicznie rozumując, całość powinna się zgrabnie złożyć, niczym elementy medialnej układanki a widz ma niemal w euforii biec do kina. Tak też się stało.
Oczywiste było, że mimo wszystko, na obejrzenie trzeciej części zdecyduje się mniejsza liczba osób. Na seans poszli przede wszystkim wierni fani dość pesymistycznej wizji postapokaliptycznego świata przyszłości. Inni raczej poczekają na edycję VHS lub DVD. Producenci jednak nie mają się jednak czym przejmować. Jak pokazują sondaże, tych pierwszych było wystarczająco dużo.

Jak dla mnie - najgorszy plakat ze wszystkich, które promowały Matrixy... Ale niektórym się podoba :) A same Rewolucje? Owszem, olśniewają efektami, jednak czy dla zwyczajnego człowieka wystarczą? Bracia Wachowscy wychowali wierną grupę odbiorców, którzy spijają z ich ust każdy, najdrobniejszy nawet szczegół. Dla nich cykl spod znaku Matrycy jest bez zarzutu a "trójeczka" jest świetnym zakończeniem serii. Dość podobna do części drugiej, a przynajmniej korzysta z tych samych, utartych ścieżek. Obok głównego nurtu fabuły, dość przeciętnego - muszę dodać nie bez satysfakcji, pojawia się strumień detali, często niezauważalnych dla zwyczajnego odbiorcy, jednakże doskonale widocznych dla entuzjastów (vide kolczyki Wyroczni). Próg jest bardzo wyraźny. Pierwotny Matrix potrafił pogodzić obydwie te płaszczyzny. Część druga przyniosła bardzo wyraźny rozdźwięk, którego Rewolucje już niestety nie potrafiły wyciszyć. Godnym wspomnienia jest fakt, że reżyserzy pozostawili, mimo szumnych zapowiedzi, wiele otwartych furtek. Historia niby została opowiedziana do końca, jednakże szczerze wątpię, czy nie zobaczymy jeszcze jakiegoś produktu opartego na kodzie Matrycy. Przemawiają za tym dwa argumenty. Po pierwsze, olbrzymi potencjał, jaki ciągle tkwi w historii. Grzechem byłoby zarżnąć kurę znoszącą złote jajka. Drugim powodem jest presja otoczenia. Niezależnie od tego, jakie wrażenie wywarła seria jako całość, istnieje olbrzymia grupa oddanych zwolenników kontynuacji całego przedsięwzięcia. Co będzie dalej? Zobaczymy.

Mimo wszystko, na historię przedstawioną przez Wachowskich należy zwrócić uwagę. Jako zjawisko multimedialne prezentuje się dość ciekawie. Twórcom. udało się wrzucić do jednego garnka efektowną bijatykę z pogranicza science-fiction oraz, patrząc przekrojowo, sporą część dorobku kulturalnego ludzkości. W opakowaniu z lateksu, niemiłosiernie besztanym przez krytyków - nawiasem mówiąc, znajdą się odniesienia do Biblii, czternastowiecznej filozofii, a nawet konstytucji Wolnych Mularzy (choćby określenie "Architekt").
Tak czy inaczej, ojcowie tego tryptyku zasługują na uznanie. Jeśli nie w dziedzinie kinematografii, to na pewno w sferze marketingu. Postawili przed nami produkt, który po fazie wzrostu i nasycenia nie odejdzie w cień, a zamieni się w "dojną krowę", którą będzie można przy odrobinie szczęścia eksploatować latami. A nam pozostaje jedynie zdecydować portfelem, czy odpowiada nam ta fastfoodowo przyrządzona, ale miejscami (pierwszy Matrix) nawet w miarę wykwintna uczta. Większość zapewne już wybrała, gdyż trudno przejść obojętnie obok nowego imperium rozrywki.

Gregorius
fishbone1@wp.pl


|strona 12|