spis treści | poprzednia strona | następna strona


|2001: Odyseja kosmiczna|

Wszechświat - wielki, bezkresny, majestatyczny i tajemniczy. Nie jedna gwiazda, nie dwa, ale miliardy, biliony, biliardy "małych" świecących na ciemnym tle światełek. Bezmiar czarnej bezlitośnie ogromnej i głuchej przestrzeni. I wreszcie Ziemia, maleńka niebieska planetka zamieszkana przez maluteńkie, wyposażone w nóżki i rączki istotki. A Ludzie, bo tak te stworzenia zwykło się nazywać, o niczym nie mają pojęcia, swoim małym rozumkiem próbują zgłębić największą tajemnicę jaka istnieje: dlaczego ta wielka maszyneria, zwana Wszechświatem trudzi się istnieniem? Te zadawane od wieków pytanie wciąż jest aktualne i w najmniejszym nawet stopniu nie zdaje się ustawać na sile.

Kopernik dowiódł, że Ziemia krąży dookoła Słońca; Einstein, że czas i przestrzeń nie są wszędzie takie same; a Stanley Kubrick zrobił film. Nie byle jaki zresztą. Co ja piszę? On wykreował coś więcej niż film. Jego dzieło to coś wielkiego, to próba odpowiedzi na pytanie o sens istnienia.

Film zaczyna się i kończy dość nietypowo. Na początku obserwujemy naszych przodków czyli człekokształtne małpy w codziennych zmaganiach by za chwilę przenieść się do roku 2001, podziwiając wybudowane prze rasę ludzką majestatycznie sunące w kosmosie statki. Wszystko to łączy dziwny monolit, który jest równie tajemniczy dla małp co dla współczesnych ludzi. Tajemnicza natura tego dziwnego znaleziska stwarza różne drogi jego interpretacji. Pozostaje pytanie - czy monolit został zrobiony przez obcą formę życia, czy też pochodzi od samego Boga, a może jest czymś co istniało i istnieć będzie zawsze stanowiąc zarówno początek i koniec? Nie wiadomo, ale bez wątpienia ten cień tajemnicy stanowi o pięknie obrazu Stanleya Kubricka. Od początku do końca reżyser trzyma nas jakby w transie, gdyż to co widzimy na ekranie telewizora jest bardzo powolne, akcja w filmie ograniczona jest do minimum.

Dodatkowym problemem poruszanym przez reżysera jest ten dotyczący sztucznej inteligencji. A ta w "Odysei" reprezentowana jest przez supernowoczesnego robota pokładowego HAL 9000. Dotąd nieomylny, wiernie służący ludziom komputer zaczyna "myśleć", czego niemiłym wyrazem jest bunt. Jego konsekwencje są opłakane - zahibernowana część załogi statku zostaje uśmiercona, a znajdujący się na zewnątrz kosmonauta spotyka się z odmową wejścia na pokład promu. Niestety, stwarzający problemy HAL zostaje wkrótce "uśmiercony", a my podziwiamy najbardziej wzruszającą scenę wyłączenia maszyny w historii kina.

"2001: Odyseja kosmiczna" nie każdemu się spodoba. Niewątpliwą tego przyczyną jest nieśpieszne prowadzenie akcji i monotonia scenografii. Co mniej wrażliwsi widzowie uznają po prostu kubrickowskie dzieło za strasznie nudne. Niewątpliwie film ten sprawia takie wrażenie, co tylko potwierdza historia - w czasie pierwszej projekcji salę kinową opuściło 240 osób(!). Wiadomo, że nie każdemu musi się podobać ponad dwugodzinny widok czarnej przestrzeni w takt muzyki poważnej. Mi mimo wszystko całe to "przedstawienie" się podobało, choć szczerzę przyznaję, że w niektórych momentach miałem ochotę zrobić użytek z klawisza szybkiego przewijania na pilocie {Heretyk! ;) - dop. G}.

MOJA OCENA: 10/10

Ceglash
ceglash@interia.pl


|strona 4|