spis treści | poprzednia strona | następna strona


|12 małp|

"Czas" to dość specyficzne i dziwne pojęcie opisujące to z czym chcąc lub nie chcąc ale musimy się spotykać. Czas to klatka, w której jesteśmy zamknięci, z której nikt nie może uciec. To jego tryby gnają nas już od wieków bezpowrotnie od narodzin aż do śmierci. A teraźniejszość? Czymże ona jest? Czy tylko jedną milionową, miliardową, bilionową sekundy między przeszłością a przyszłością? Wygląda na to, że tak.

Czas to także bardzo wdzięczny temat, wykorzystywany przez producentów filmów. Wystarczy tu choćby wspomnieć takie dzieła szklanego ekranu jak "Powrót do przeszłości", "Wehikuł czasu", "Terminator" czy "12 małp". Wszystkie 4 filmy to zabawa czasem, tylko ten ostatni znacząco inny. Dlaczego? Postaram się to wyjaśnić.

Film już na początku zadziwia niezwykłą fabułą i założeniami. Oto bowiem w roku 2035 świat ulega znaczącej przemianie - ludzie schodzą do podziemi, a zwierzęta beztrosko biegają po powierzchni planety jak królowie. To wszystko za sprawą tajemniczego wirusa "zdetonowanego" w 1996 roku siejącego zniszczenie wśród ludzi, oszczędzając jednocześnie inne formy życia. Co by jakoś zaradzić tej nieciekawej sytuacji ludzie postanawiają wysłać w przeszłość jednego ze swoich, aby ten zebrał wszelkie wiadomości o wirusie, które pomogą w jego unicestwieniu. Wybór pada na Jamesa Cole'a, jednego z więźniów. Oczywiście w filmie nie mogło obyć się bez pomyłek. I tak, nim James trafia do właściwego roku, ma sposobność odbyć ciekawą wizytę w zakładzie psychiatrycznym, czy dostać kulkę w nogę w jednej ze starożytnych wojen. I podczas gdy jego wojskowa przygoda ograniczyła się tylko do otrzymania ołowianej(czy z czego tam te naboje robiono) pamiątki, tak pobyt w "psychiatryku" dostarczył naszemu herosowi możliwości spotkania z jednym ze "świrów"(napisałem w cudzysłowie gdyż moim zdaniem to ten człowiek jest bardziej normalny niż najnormalniejszy z nas) - Jeffrey'em Goines'em, przyszłym przywódcą podejrzewanej o skażenie planety organizacji o wdzięcznej nazwie "12 małp".

Więcej z fabuły zdradzać nie będę, gdyż nie mam zamiaru pozbawiać elementu zaskoczenia tych co "12 małp" nie widzieli. Powiem tylko, że końcówka pozbawiona jest tak modnego ostatnio w amerykańskim kinie happy endu.

Gra aktorska stoi w filmie na bardzo dużym poziomie. Odgrywając główną rolę, Bruce Willis po raz kolejny udowadnia, że doskonale sprawdza się nie tylko w rolach osiłków. Kroku dotrzymuje mu także grający przywódcę tajemniczej organizacji Brad Pitt, który tu przypomina trochę Tylera Durdena z "Podziemnego Kręgu" Davida Finchera.

Najbardziej w dziele Terry'ego Gilliama (reżyser filmu) spodobała mi się jego "świeżość". Po raz pierwszy miałem okazję oglądać film, który podejmując tematykę podróży w czasie nie wmawia mi, że poprzez takie "zegarowe eskapady" możliwe jest ingerowanie w przyszłość. Udowadnia przy tym także iż pytanie "czy jeśli zabiłbym swojego ojca w przeszłości to czy istniałbym w teraźniejszości?" jest zupełnie głupie i bezpodstawne. A dlaczego, to przekonacie się sami po obejrzeniu tego doskonałego filmu. Szczerze do tego zachęcam.

MOJA OCENA: 9/10

Ceglash
ceglash@interia.pl


|strona 3|