| |
SF - wszystko, czyli nic
Niedawno zamykałem i uszczelniałem okna na strychu. Miałem już
schodzić na
dół, kiedy zerknąłem na stertę pudeł z niemieszczącymi się w domu książkami.
Pomyślałem: "A co mi tam, przejrzę, powspominam. Może trafi się coś wartego
uwagi". I trafiłem - za pierwszym podejściem - na stary, milicyjny kryminał,
napisany na zlecenie MSW. Spodobał mi się świat, na który tam trafiłem. Świat
jeszcze bardziej jaskrawy, niż ten z przygód por. Borewicza. Prosty i łatwy. Tam
wszystko było albo czarne, albo białe. Albo dobre, albo złe. Inaczej, niż w
naszym "najlepszym ze światów", gdzie są wszystkie odcienie szarości, ale nie ma
nic, co jednoznacznie byłoby czarne. Lub białe. To samo (o ile nie bardziej) w
sztuce. Tym bardziej w żywej, kształtującej się jeszcze literaturze, jaką jest
SF, czy fantastyka w ogóle. Zwłaszcza dziś, w czasach, gdy modne jest
przenikanie gatunków.
Do czego piję? Do nazw, do szufladkowania, do przypisywania i do mówienia, co
jest, a co nie jest powieścią (opowiadaniem) SF. Ale odejdźmy na chwilę od SF (a
to po to, by ci, którzy czytają fantasy, a chcieliby sięgnąć po SF, mieli
przykład, który znają) w stronę fantasy*. Spróbujcie dać jednoznaczną definicję
tego gatunku. Że czary, może smoki, a na pewno miecze? Proszę bardzo - Królewna
Śnieżka, Kopciuszek, czy Lampa Aladyna wreszcie. Że to bajka, bo dla dzieci? A
fantasy jest dla dorosłych? Ha, ha, ha! To w takim razie rozbierzmy królewnę, a
krasnoludy wyposażmy w wielkie... Hmm... Brody? Ups, przecież brody już mają. W
każdym razie w wielkie... Mniejsza z tym, co. Wszak o nazwę gatunku chodzi. I
co, przez to, że taka opowieść jest dla dorosłych (od 18 lat), automatycznie
stała się "fantasy"? A co powiecie o powieściach Gene Wolfe? Fantasy, jak nic,
fantasy. Tyle, że nietypowe, oparte na mitologii starożytnych greków. A "Zabójca
czarownic" K. Kochańskiego? Fantasy, czy nie? Czary, a przecież świat
przyszłości. Magia, a rakiety, planety i inne bzdety.
Ale wróćmy do Science Fiction. SF, które dawno temu zgubiło, a właściwie
pozbyło się "S" (science). Czym zajmuje się to SF? Albo inaczej - jakie warunki
musi spełniać dany utwór, by można było go z czystym sumieniem zaliczyć do
Fantastyki Naukowej? Kiedyś sprawa była prosta. Do gatunku zaliczały się teksty
traktujące o nauce. Ale nauce w przyszłości, wyjaśniające, jak ten świat będzie
wyglądał za ileś lat. Albo opisujące jakieś wynalazki, czy zbyt śmiałe,
wyprzedzające swój czas, teorie. Zresztą wielu pisarzy - fantastów miało naukowe
tytuły. Choć i wtedy, a właściwie od samego początku istnienia byli pisarze
sprawiający kłopoty teorii głoszącej "SF = fikcja naukowa". Bo co wspólnego z
nauką ma jedna z pierwszych powieści SF - "Wojna Światów"? Marsjanie na ziemi -
czysta nauka, czyż nie? Albo powstała w początkach XX wieku "Księżniczka Marsa"
Edgara Rice Burroughs'a? Z westernowym tempem i sposobem narracji, z akcją
umieszczoną na Marsie, z upadającym imperium opisanym na wzór rzymskiego? No,
jeszcze raz się zapytam, gdzie tam jest to "science"?
A u nas, w Polsce? Był Lem, był Boruń, Trepka, Hollanek. Było wszystko
jasne. I to "S" miało miejsce bytu. Ale już wtedy powstawały różne,
przeciwstawne teorie tłumaczące, co jest, a co nie jest SF. Oto jedna z nich:
"- Jeżeli z jakiegoś utworu SF da się usunąć - bez szkody dla spójności
fabuły - fantastyczne rekwizyty, to utworu takiego nie można zaliczyć do SF."
Zgoda? Nie bardzo. Bo weźmy pierwszą z brzegu książkę należącą do kanonu SF
- &Quot;Diunę" F. Herberta. Nawet nie trzeba w niej wiele zmieniać, by ją
uwspółcześnić i pozbyć się fantastycznych (więc nienaukowych) rekwizytów.
Arrakis zamieńmy na Azję. Fremenów na Arabów. Przyprawę zmienimy w ropę. I co
mamy? Typową wojenkę o wpływy w Azji. I co, z powodu głupiej definicji, SF ma
stracić swoją sztandarową pozycję?
Inna, będąca w opozycji do poprzedniej definicja, wmawia nam, że SF to
"normalna" literatura wykorzystująca fantastyczny (naukowy) rekwizyt: Miejsce
(kosmos, odległe planety); Czas (przyszłość); Przedmiot (laser, jakiś wynalazek,
rakieta itd.); Zdarzenie wreszcie (najazd z kosmosu, katastrofa nuklearna).
Oczywiście, z zachowaniem realizmu - a to po to, by z SF wykluczyć fantasy
(świecący w próżni laser bardziej realny od śpiewającego miecza? Mały, zielony
ludzik jest - w odróżnieniu od smoka - realny? Litości!).
Całe zamieszanie z nazewnictwem zaczęło się gdzieś w początkach "trzeciej
generacji" SF (podział na generacje wymyślił p. Maciej Parowski, były naczelny
"Fantastyki". Dla przykładu: Pierwsza - Lem, druga - Zaidel, trzecia -
Ziemkiewicz). Wtedy to Polska fantastyka do końca pozbyła się "S". I wtedy to
zaczęto mnożyć zastępniki dla litery poprzedzającej "F". Pojawiły się potworki
typu "political", "sociology", czy nawet "clelical" (klerikal) fiction. Jeszcze
trochę, a zjawiłyby się war-fiction, sex-fiction i romance-fiction. Owszem, dla
zarabiających na recenzjach ludzi wszelkie podziały są wskazane (jeszcze jeden
artykuł wyjaśniający, że coś jest "soc", a nie "tech", co równe jest większej
kasie przy wierszówce).
Ale (uwaga, to ważne!) wszelkie te działy występują WEWNĄTRZ SF. Tak, bo
proponuję - wzorem co rozsądniejszych krytyków - pozostać przy zwyczajowej
nazwie "Science Fiction". I wszystkie te space-opery, techno-thrillery, czy soc,
political i inne fiction, proponuję wrzucić do jednego wora o nazwie SF. Nawet
pomimo braku "science". I zachować "jedyny słuszny" podział fantastyki: SF,
fantasy i horror. Reszta niech zostanie sprawami wewnętrznymi, właściwymi dla
danego działu.
A wszystkim obrzucającym mnie błotem i wmawiającym, że "Gwiezdne Wojny" to
żadne SF, tylko "space-opera", grożę rozpowiadaniem wszem i wobec, iż ich
ukochany "Wiedźmin" nie ma nic wspólnego z fantasy, bo zalicza się do heroic
fantasy... Panjali aluzju?
Na koniec przedstawię najbliższą memu sercu fana SF definicję wyjaśniającą,
czym ono (to SF, nie serce) jest. Powtórzę ją za Rafałem A. Ziemkiewiczem:
"- Literatura współczesna opisuje to, co już było. SF opisuje to, co właśnie
się dzieje."
I jeszcze definicja encyklopedyczna:
"- SCIENCE FICTION (SF), literatura fantastyczno-naukowa - gatunek literacki
ukazujący świat przyszłości na podstawie prognoz dotyczących rozwoju techniki i
sposobów jej wykorzystania."**
"- FANTASY, fantastyka baśniowa - odmiana współczesnej literatury
fantastyczno-naukowej."**
Jak to się ma do rzeczywistości? Według encyklopedii wychodzi na to, że CAŁA
literatura fantastyczna zaliczana jest do SF (vide hasło drugie, gdzie fantasy
jest ODMIANĄ SF). Ale pierwsze hasło temu przeczy. Bo przecież według niej SF
próbuje opisać przyszłość. Pomijając to, że znamy - my, czytający SF - wiele
książek z interesującej nas literatury, w których akcja NIE dzieje się w
przyszłości, ta definicja bardziej pasuje mi do futurologii. Ale skoro nawet
encyklopedia nie wyjaśnia do końca, czym jest i co można zaliczyć do SF, to:
PORZUĆCIE WSZELKĄ NADZIEJĘ, CHCĄCY ZDEFINIOWAĆ LITERATURĘ SCIENCE FICTION.
*Czepiającym się, że piszę o SF, a wspominam o fantasy, zadam pytanie: Czy
pisząc o moście nie wolno mi nawiązać do płynącej pod nim rzeki?
** Hasła zaczerpnięte ze skarbnicy wiedzy, jaką jest - niewątpliwie -
Multimedialna Encyklopedia Powszechna.
pan_T.A.Rej
PS. Zainteresowanym polecam "Spór o SF" - antologia. Tam się
dowiecie, że teorii
mówiących o SF jest tyle, ilu jej autorów i krytyków, razem wziętych. Odradzam
za to "Fantastykę i futurologię" S. Lema, jako już nieaktualną, przestarzałą.
[A ja od siebie polecam "Rękopis znaleziony w smoczej jaskini" Andrzeja Sapkowskiego. I wam i pan_T.A.Rejowi. - dop. Ted]
|
|