"Boston Public" - kicz czy nowa jakość seriali?
Telewizja to - przez wzgląd na ilość i rodzaj informacji - genialne medium. Niesamowita ilość programów przeciętnemu użytkownikowi daje możliwość obejrzenia miejsc, o których mógłby nigdy nie usłyszeć; dowiedzenia się o wielu ciekawych rzeczach; emocjonowania się widowiskiem sportowym; lub podejrzenia życia w serialach i filmach. A właśnie... To ostatnie, chyba najbardziej popularne wśród telemaniaków, jest często skomercjalizowane do granic możliwości. Tandetą kipią zwłaszcza latynoskie telenowele. Naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy siedzą z tłustym tyłkiem i z załzawionymi oczami przed telewizorem tylko po to, by po raz xxx_setny oglądnąć perypetie zakochanej pary. Gdyby to jeszcze miało jakiś sens, cel, ale nic, zupełna pustka! Zachodnio-amerykańską odmianą telenowel są opery mydlane (dobrze mówię, Taw? ;). Równie nudne i głupie. Z tą różnicą, że o ile latynoskie kobitki zarabiają marne peso, o tyle u zachodnich bratanic za takie "granie" można się nieźle obłowić. U nas w Polsce też można pooglądać oba rodzaje tasiemców i oba mają niestety swoich zwolenników. Przychodzi mi na myśl nieśmiertelna i nadal najpopularniejsza "Moda na sukces", lansowana przez TVP. Kilka ładnych twarzy, plenery w bogatych pomieszczeniach, tandetna fabuła = przepis na sukces w postaci kilkuset odcinków? Na to wygląda, ale...

Od pewnego momentu uwidoczniła się zmiana trendów w telewizji. Zamiast kiczu totalnego producenci wpadli na pomysł, by produkować seriale poruszające problemy z życia nastolatków. Znów rynek medialny został zalany toną gorszych i lepszych seriali ( "o prawdziwym życiu", oczywiście ;). "Boston Public", bo o nim dziś mowa, niewątpliwie należy do tych lepszych. Cała fabuła kręci się wokół jednej z wielu szkół publicznych w Ameryce. Poruszono ciekawe - jak dla mnie - problemy kontaktu uczniów z nauczycielami. I tak mamy ekscentrycznego nauczyciela od geografii (?), który organizuje wyprawy z niedoszłymi nastolatkami-samobójcami do... kostnicy. Ale to nie koniec atrakcji. ;) Jest też seksowna nauczycielka od angielskiego, w której podkochują się uczniowie (dziwne... zupełnie jak u nas w gimnazjum :P); pedagog kochający się z nastolatką i wicedyrektor, którego marzeniem jest występ wraz z orkiestrą symfoniczną jako dyrygent. Sporo atrakcji jak na jedną szkołę.
Szczegóły i szczególiki typu: aktorstwo, dźwięk, itp. są tutaj nie ważne, bowiem główną zaletą serialu są niełatwe sytuacje, z jakimi zmagają się nauczyciele. Często poruszanymi tematami są narkotyki, śmierć i miłość. I nie ma się co dziwić scenarzystom - to rzeczy, którymi interesuje się młodzież. Dlatego uważam, że im serial przepadnie do gustu. Dorosłych może irytować naiwność scenariusza.
Ti-mon
okey3@interia.pl