Spacerek
Postanowiłem wyjść z domu. Rozumiecie, nie miałem co robić. Szwendałem się
bez celu po domu, z jednego pokoju do drugiego, z każdego zostając po chwili
wywalany. To złapałem za gazetę z programem, to hipnotyzowałem się przełączając
bezcelowo i bezmyślnie kanały, aż wreszcie wyszedłem. Bo nie miałem co robić.
Gdy już opuśćiłem mieszkanie zauważyłem, że na ziemi zaczęły się
pojawiać dziwne kółeczka. Tradycyjnie okazało się, że to deszcz obija się
o własny twór - kałuże. Ale nic to - pomyślałem. Już znalazłem zajęcie.
Postanowiłem, że przez resztę dnia będę mókł lub moknął, jak kto woli.
W tym szczytnym celu udałem się w dalszą podróż wyłączając zupełnie
swoje myślenie. Jak się jednak po chwili okazało, niepotrzebnie i
nieroztropnie. Bo nie myśląc o chodzeniu, nie szedłem. Nie wiem jak to się
stało, ale przyłapałem się na staniu w rozkroku, dwa kroki dalej. Poczułem
się dość dziwnie.
Ale gdybym się przejmował takimi rzeczami już dawno byłoby ze mnie nic, więc
szybko poczucie dziwności opuściło mnie, ustępując miejsca dużo bardziej
pożytecznej i pożądanej przeze mnie ciekawości. Otóż nagle poczułem
nieogarniętą ludzkim rozumowaniem chęć zajrzenia, co ciekawego dzieje się w
pobliskim warzywniaku. Nie chciałem, co prawda, tam iść z powodu mojego urazu
z dzieciństwa i niewyjaśnionego lęku przed kapustą kiszoną, dzięki której
już jako pięciolatek musiałem pierwszy raz odwiedzić psychologa, ale coś
niezwykłego ciągnęło mnie w tamtą stronę. Więc cóż, skoro samo ciągnie,
to czemu miałbym się przesadnie przeciw temu zapierać. Pomyślałem, że nie
wiem i dałem się poprowadzić temu, o czym nie wiedziałem nawet jak się
nazywa.
Droga do sklepu była długa i mozolna, ale wytrzymałem. Chociaż trochę
gorzej w tej kwestii wyglądały moje ulubione czarne trampki, które dostałem
od babci pod choinkę. Te były przemoczone i pomimo swej ewidentnej czarności
sprawiały wrażenie czerwonych. Nie mogłem tego sobie wyjaśnić, więc nie
wyjaśniałem. Nie chciało mi się, a poza tym wielka mi rzecz - tramposze co
kolor zmieniają. Ba, nawet nie zmieniają, ale sprawiają tylko takie wrażenie.
Nie takie rzeczy się w życiu przecież widziało.
Kiedy niepewnym krokiem wpełzłem do sklepu, nie stało się nic specjalnego i
to właśnie mnie zdziwiło. Skoro coś mnie tu pchało (czy tam ciągnęło -
nie wiem już sam) to jak nic może się nie dziać? Skoro coś chciało mnie tu
przyprowadzić, musiało mieć w tym jakiś cel. Nie musi być określony, ale
chociaż jakiś. Nic w przyrodzie nie dzieje się bez celu. Natura rządzi się
swoimi prawami wśród których na pewno nie ma żadnej bezcelowości. Ale to
nic - pomyślałem i wyszedłem ze sklepu. Nie zauważając nawet, że w sklepie
zamiast warzyw i owoców sprzedawali sprzęt AGD.
Pomknąłem dalej (lub bliżej - nie pamiętam). Pomykałem długo, aż skończyłem
pomykać, głównie z powodu bólu, który jakoś po drodze zaczął mnie
dokuczliwie prześladować. I pomyślałem, że mógłby przestać. Bo w sumie
to po co mi on, skoro przeszkadza mi się poruszać. Znów pomyślałem. Tym
razem o tym, że udanie się do lekarza byłoby jedną z trafniejszych
koncepcji, na pozbycie się go. W przezwyciężeniu bólu nawet najlepszy
warzywniak przecież nie pomoże. Więc udałem się do doktora.
Udawanie się wcale nie było przesadnie pracochłonne, więc poszło mi szybko.
Bo i przychodnia była stosunkowo blisko, w porównaniu do monopolowego, na
przykład (równoległy pomysł na pozbycie się bólu). Trzeba wam wiedzieć,
że kogo, jak kogo, ale lekarzy to ja nie lubię. Ale nic to. Boli - iść
trzeba. Szybko wszedłem do szanownego ośrodka zdrowia, a tam, jak na zawołanie
moja niechęć do służby zdrowia uosobiła się jako pielęgniarka, która, już
od wejścia zaatakowała mnie zaciekle. Nie było to ani miłe, ani przyjemne,
więc spytałem dość obcesowo czego upierdliwy babsztyl ode mnie chce. A chciała
się zapytać, czy jestem zarejestrowany. To mówię jej, że jestem, bo coś mi
świta, że kiedyś, gdzieś tam się rejestrowałem, a ona nagle mnie zaczęła
przepraszać i zapraszać uprzejmie do środka. No dobra. Wspiąłem się, więc
na pięterko, a tam to już istna Sodoma i Gomora. Pełno chorych żałośnie
wyglądających starszych ludzi, pełno pastwiących się nad nimi panów doktorów
i na końcu ja. A raczej na początku, ponieważ stałem najbliżej drzwi. Ale długo
to nie potrwało, bo jeden z nich - łysy okularnik wieku średniego natychmiast
postanowił się mną zająć. Dziwnym trafem, nagle wydało mi się, że jestem
już zdrowy i, że moje przybycie tutaj to tylko moja fanaberia. Powiedziałem
mu to, a on odparł, że skoro tak, to nie mam się czego bać. Więc przestałem
się przejmować i podążyłem za nim do gabinetu, bo facet wzbudzał moje
zaufanie. A komu na tym świecie ufać, jeśli nie lekarzom.
Kiedy byłem już w środku pan Marian, bo tak się ów lekarz nazywał, zaczął
mnie dokładnie przepytywać. Dokładnie, to nawet mało powiedziane, gdyż zadał
mi chyba wszystkie pytania jakie znałem i to w ekspresowym tempie. Odpowiadałem
na nie grzecznie, aż przeszedł do ostatniego, z którym miałem duże kłopoty.
Spytał co mnie boli, a raczej bolało, skoro twierdzę, że przestało. Namyślałem
się długo. Ciężko było mi to określić. Właściwie bolałem mnie cały ja
i to też mu powiedziałem.
Widać było, że w mgnieniu oka stracił humor. Strasznie się zafrapował i
zmartwił. Milczał dłuższą chwilę, a ja razem z nim, bo cóż miałem
innego robić. Podrapał się po nosie, pogładził po wąsach. Wyraźnie chciał
mi coś powiedzieć. I zrobił to. "Mam pewną diagnozę" - usłyszałem,
a po chwili dokończył - "ma pan raka".
O Boże! Moje życie legło w gruzach! Mam raka. Co się ze mną stanie? Czy pójdę
do nieba? Nie wiem, Jezu... Ojcze nasz, który jesteś w niebie... Panie! Co mam
robić? Doktorze, na pewno? Marian, pomóż mi! Musisz mi pomóc! Panie
Marianie! Proszę!
"Uspokój się, pomogę Ci prędzej niż myślisz. Tylko spokojnie".
Dobra jestem spokojny. Ale jak? Położyłem się, bo tak mi kazał. Wpatrywałem
się z wielkim niepokojem jak zakłada gumowe, okropne, szpitalno-zielone rękawiczki.
Bałem się ich i jego. Bo pomyślałem w tym momencie, że wiem jak doktor chce
mi pomóc. Pewnie chce mnie zabić. Ale to nic - martwy nie będę się martwił,
martwy nie będę czuł bólu. Więc zgadzam się, choć tak naprawdę nikt mnie
o nic nie pytał. Eutanazja bez zgody pacjenta. Ładnie.
Jednak mimo zgody nie chcę umierać. Jakoś dziwnie się denerwuję. Ale czekam
i nie ruszam się. Trzeba zginąć z godnością. Zaraz to zrobię.
Lekarz podszedł już do mnie na krok. Nie ruszam się, ale on to robi. Z dużą
dokładnością i dziwnym lekarskim wdziękiem. Wyciąga rękę, a świat staje.
Wkłada mi ją do tylnej kieszeni jeansów, chwilę grzebie i wyjmuje. A w ręku
trzyma małe, wiercące się, czerwone żyjątko i oznajmia, że mnie wyleczył.
Że już nie mam raka.
Ha! Jestem zdrowy! Wracam do domu...
Taywan (tajwan2@wp.pl)