Szczęśliwego Nowego...

Nowy Rok. Ostatnie dni grudnia. Anno Domini 2003 powoli dogorywa piekąc się na ruszcie czasu. Przed oczami stają minione dni. Miesiące schowane gdzieś w rękawach płaszcza wieczności. Chwile grozy, szczęścia. Momenty zapomnienia, skrywanego przez większość czasu szaleństwa.
Hmm... Niech policzę. To już dwudziesty rok będzie szedł. W marcu zobaczę dwudziestą wiosnę. Nie będę już nastolatkiem. Przynajmniej z nazwy.

Nawet nie wiecie, jak to szybko zleciało. Statystycznie rzecz ujmując, mam niecałą jedną trzecią życia za sobą. Brzmi nieźle. Aż mnie dreszcze przechodzą. Gdzie to wszystko się podziało? Rodzina, szkoła, szaleństwa młodości. Właśnie... Czternaście lat szkoły. Ta to człowiekowi potrafi namieszać.

Podstawówka jakoś minęła, pierwsze wypite piwo, pierwszy pocałunek. Aż głupio mówić :). Po drodze jakieś imprezy, zaćmienie słońca. Heh - zupełnie jak w piosence Perfectu. Potem szkoła średnia. Pierwsza klasa minęła spokojnie. Nie mogło być inaczej - wszystko święte, kumpel uciekał na widok pornusa. Poważnie. W drugiej klasie zaczęliśmy się rozkręcać, ale szło powoli, gdyż cały czas chodziliśmy na drugą zmianę.
Za to trzecia - ech... Wagary, włóczenie się po mieście, Quake 2 i 3. Imprezujemy na całego. Wiecie co? Tak obiektywnie patrząc, to ja jestem chlorem jakich wielu :). W czwartej klasie daliśmy gazu z kumplami. Najmłodszy z nas miał osiemnastkę w grudniu. Twardziel wytrzymał z piciem do ostatniej minuty. A potem? Cóż, nie trzeźwieliśmy przez tydzień. Dosłownie. Widzieliście kiedyś faceta, który stoczył się po schodach z pierwszego piętra na parter? Ja widziałem (Marek - pozdrowienia! :)). Nikt się wtedy nie przejmował, że ryzykujemy dyscyplinarkę i zmianę szkoły w trybie natychmiastowym.
Przyszła piąta klasa - nie ma co, dziwne to Liceum Ekonomiczne. Mieliśmy się uczyć, mieliśmy dać sobie spokój z wagarami. A mamy zdjęcia kumpla, jak ze stanikiem koleżanki na głowie biega po korytarzach Domu Pielgrzyma u zakonnic w Częstochowie :).

Tak patrząc wstecz, można dojść do wniosku, że w gruncie rzeczy nie różnię się zbytnio od wszelakiego rodzaju tałatajstwa spod ciemnej gwiazdy. Nawet Donald stwierdził, że najlepiej pamięta się takie właśnie imprezy. Coś w tym jest. Z perspektywy czasu wydaje się to... dobre! Tak, właśnie tak. Dowody na szczenięcą głupotę, której całkiem sporo jeszcze zostało, leżą na półce w pudełku po modemie. Korek wyciągnięty z butelki miodu pitnego (osuszonej pospołu z męską częścią mej klasy), piersiówka wódki wyborowej, spory plik zdjęć, sądowa decyzja o przepadku przemycanych papierosów, jakieś bilety, kilka szkiców. Jest tego trochę. Za każdym razem, gdy popatrzę na te wszystkie drobiazgi, praktycznie rzecz ujmując, śmieci - niezmiennie powraca uśmiech. Taki prosty, niewymuszony. Zwyczajny, być może nawet głupi, mimowolny grymas. A jednocześnie mający tak wielką siłę... Moc rozwiania chmur, moc ukazania świecącego Słońca. Zawsze obecnego, gdzieś tam, daleko.

Zebrało mi się na nostalgię - mam nadzieję, że wybaczycie. Pewno sami wiecie, jak miło jest powrócić czasem do minionych dni. Choćby nawet nie były powodem do dumy, choćby przypominały o niedoskonałości - są to wasze wspomnienia. Własne, osobiste. I nikt ich nie odbierze. Ani mi, ani Wam. Zostaną zakopane, gdzieś w plątaninie neuronów. Taki już ich los. Wyjdą czasem tylko, wyzwolone szaleńczym impulsem. Ujrzą światło dzienne między jedną a drugą chwilą istnienia. Tak szybkiego, miejscami bezsensownego. Ale porywającego i... uzależniającego :).

Właśnie... Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że życie gwałtownie przyspiesza. Dodaje gazu nie zwracając na zakręty, problemy. A ja, jak głupi trzymam się burty i wydaje mi się, że z każdą minutą, sekundą, po kawałku odpadam. Nie nadążam za tempem zmian. Albo nie chcę nadążyć. Zamiast brać garściami, patrzę na przepływające obrazy. Z jakimś bliżej nieokreślonym dystansem, wyobcowaniem, obojętnością.
Siadam wtedy, biorę gitarę i gram. Cokolwiek. Zazwyczaj jakieś wpadające w ucho riffy. Gitarzysta ze mnie żaden, ale mam wtedy wrażenie, że obrazy za oknem zwalniają. Uspokajam się i równam krok z życiem. Zabawne, a zarazem paradoksalne jest, jak dołujące dźwięki potrafią podnieść człowieka na duchu. Posłuchajcie sobie czasem "Objazdowe nieme kino" Perfectu.

Mimo wszystko jednak, wydaje mi się, że to tylko początek. Te dziewiętnaście lat, które już niedługo będę miał za plecami, to była tylko rozgrzewka. Życie już nie zwolni. Pojedzie po torach czasu siłą rozpędu, staczając się w otchłań śmierci.
Ale to chyba dobrze? Cały ten świat polega na zmianach. Zmiany mamy zaszczepione w duszy, osobowości, umyśle, czy jak to tam sobie jeszcze chcecie nazwać. Bez zmian byłoby nudno. A to że ich się boimy? Trudno, coś za coś. Czas jest po to, żeby płynąć, młodość jest po to, żeby potem było co wspominać.

Dlatego życzę zawsze świeżego spojrzenia na świat.
Życzę umiejętności czerpania radości ze wspomnień, jakie by nie były.
Życzę wielu sposobności do tworzenia tychże wspomnień.
Życzę rozeznania w sobie.
Życzę daru przekuwania smutku w radość.
Życzę ciągłego trwania w trzeźwym osądzie rzeczywistości.
Życzę siły do podejmowania codziennego trudu.
Życzę spełnienia marzeń.

A komu? Sobie oczywiście, bo na pewno nie Wam. Wszak mamy Nowy Rok - wymyślcie sobie coś sami :).

Szczęśliwego Nowego... zatem.


Gregorius
fishbone1@wp.pl