"Patience, pacjent!"
by
... czyli: "Uspokój się, Czytelniku, boś strasznie namolny." ;)
Na początku informacja ogólna: ja jestem z rodziny lekarskiej. Medyków jest w mojej szanownej familii od cholery i troszkę jeszcze: mam więc dziadka, pulmonologa, mamę - lekarza rodzinnego - i ciocię, co dzieci leczy. Wujek mój rodzony kończyny nastawia; wujek przybrany zaś to wysokiej klasy lekarz od serduszka.
Nie swatka. Kardiolog.Nie dziw więc, że przy takim urodzaju lekarskich specjalizacji medycyna na uroczystościach rodzinnych z wokandy nie schodzi. I nasłuchać się można u mnie do woli, Czytelniku, o świętej, na szczęście, pamięci Kasach Chorych, o chorym Zdrowia Narodowym Funduszu, o ministrze, co chodząca beznadzieja i o reformie, co burdel na kółkach. Słuchowisko jest, w rzeczy samej, dość monotematyczne - nie znaczy to jednak, że nudzi się szybko! Co to to nie - wszak, gdy ustają tematy polityczne, zaczynają się prawdziwe medyczne bajania, prawdziwie lekarski storytelling. I tworzy się, drogi Czytelniku, swoista Antologia Przeżyć Konowałów.
A temat Antologii jeden jest: "Pacjent, jego życie i twórczość.".Trzeba Ci jednak, Czytelniku, wiedzieć, że daleko jest lekarzom do typowo babskich ploteczek! Po pierwsze, by tajemnicy lekarskiej nie złamać, skrzętnie unikają wszelkich personaliów, a i o sprawach rodzinnych nie mówią - bo, po pierwsze, po co, a po drugie, nie wypada. Inne sprawy medyków interesują, nad innymi lubią się, ja to się mówi górnolotnie a patetycznie, z troską pochylić. Częściej dyskutują o "trudnych przypadkach"; rzadziej zajmują się stroną bardziej, jakby to rzec, mentalną.
Ot, Portret Psychologiczny Pacjenta układają. Herr Freud byłby dumny.A tu wypada, Czytelniku, nadmienić, że Pacjent to nie jest osobnik monotonny: tylu ile pacjentów, tyle Psychologicznych Portretów. A każden, każden z Mentalnych Szkiców, powiedzmy to sobie prosto z mostu, barwny jest, a i zabawny czasami. Na tyle kolorowisty bywa, że grzechem, grzechem śmiertelnym, byłoby pacjentów w słowie nie uwiecznić.
Ja, Czytelniku, grzeszyć nie zwykłem [jakbyś coś, Czytelniku, poczuł, to to nie gaz - to ironia ;)]. Dlatego też teraz, w tejże chwili, co wiekopomna, przedstawiam Tobie, Czytelniku, swoiste Kompendium Wiedzy o Pacjentach. Taki mały antropologiczny atlasik.
Nie traktuj go, Czytelniku, poważnie. To co, że medycyna? Tu nie o życie chodzi... ;)
[PACJENT, CO WIE, BO PRZECZYTAŁ]
Pacjent, Co Wie, Bo Przeczytał, to osobnik, rzec to trzeba, nieliczny i, nie owijajmy w bawełnę, dzięki Bogu. Pacjent taki to jest, rzeknijmy to sobie szczerze, chodzące lekarzy utrapienie, wędrująca cholera, dżuma i Potwór z Ulicy Wiązów. Czemuż taki straszny niemożebnie? Ot, ma pewną, dość - z lekarskiego punktu widzenia - negatywną cechę. Wie za dużo i za mało zarazem.
Wie za dużo, bo, jak nazwa gatunkowa wskazuje, Przeczytał. W poszukiwaniu swego schorzenia przerzucił wszelkie medyczne poradniki i niejedną, takoż medyczną, encyklopedię. Przeczytał - i wyciągnął wnioski! Poporównywał wszak symptomy, poskojarzał fakty i dopasował wszelkie elementy układanki. Obrazek ma już, motyla noga, gotowy!
Pacjent, Który Wie, Bo Przeczytał nie szuka porady lekarza. On wie, na co chory. On chce się tylko upewnić.I wszytko, wszytko dobrze jest, gdy dowiaduje się, że rację miał. Ale gdy racji, nie daj Panie Boże, nie ma, zaczyna się horror, thriller i "Moda na sukces". Pacjent wówczas do boju o swoje rusza, bo wie jak się sprawa przedstawia; widzi wszak na swe oczy własne, że lekarz kręci, w bawełnę owija i we własnych zeznaniach się gubi. Stara się Pacjenta od prawdy odwieść i oczy mu mydli. Ale na próżno, na próżno...
Pacjent i tak wie. Bo przeczytał.I wytłumacz takiemu, że nie mutacja, a przeziębienie. ;)
[PACJENT, PAZERA]
Pacjent Pazerny (nazywany, w czasach ekonomicznego prosperity, Pacjentem Oszczędnym), to osobnik wychowany na promocjach, konkursach i wyprzedażach obuwia. To persona, która, zdobywszy niejedną wigilijną pomarańczę i niejedną rolkę papieru od toalety, wie, że jak coś jest (i jest czymś inszym niż ocet), to korzystać wprost trzeba. I nie jest sprawą pierwszorzędną, czy darmo można dostać doładowanie, pomiar ciśnienia czy butelkę Lenoru. Liczy się fakt, a diabeł niech sobie, na zdrowie, tkwi w szczegółach.
Pacjent wie, że jak się badania zrobi, to się diaboła wykryje.I jednego nie może Pacjentowi odmówić: w życiu się ustawić potrafi i dopina swego, na ostatni z guzików. I ma tomograf komputerowy raz na rok, i rentgen miednicy raz na pół roku, i krioterapię raz na kwartał. Ot, prosto swych racji dochodzi: przychodzi i stwierdza wszem i wobec, że badanie zrobić sobie musi, bo pół roku nie robił. Stanowczy jest. Wymagający.
A lekarz, bardziej nierad niż rad, skierowanie mu wypisuje. Klient wszak wymaga, choć leczenie teoretycznie darmowe.I czasem tylko uśmiechnie się w duchu, gdy przychodzi mu tłumaczyć, że Kowalskiej prostaty nie zbada...
Pazera, nie lekarz! ;)[PACJENT, KONFERANSJER]
Pacjent, Konferansjer, jest to, rzecz upraszczając, Pacjent, który lubi sobie, tak od czasu do czasu, z lekarzem porozmawiać. Znaczy, wpada tak, raz na czas jakiś, w gościnę; do gabinetu wchodzi i jak w domu się czuje. Daje się zbadać potulnie, lecz to nie choróbsko jest jego największym zmartwieniem: on jeno chce, tak jak premier Buzek, usiąść i porozmawiać. Chociażby o pogodzie.
Prawda, czasem zabiera w ten sposób cenny, lekarski czas. Ale częściej jest dla lekarza takim panaceum, takim kwadransem na kawę, taką chwilą wytchnienia między ropną anginą, a wrzodem na dwunastnicy. Lekarz więc z chęcią temat pogody podejmie. Byleby tylko nie była grypowa, bo grypę ma w poczekalni.
Ale nawet jeśli, przez zwykłą złośliwość losu, okaże się, że takie są właśnie warunki meteo, to lekarz i tak się na pacjenta nie obrazi. Bo lekarz też człowiek. A ludzka rzecz pogadać :)
[PACJENT, L4]
Oj, charakterystyczny to osobnik. :) Pacjent, który pragnie L4, to jest, drogi Czytelniku, pacjent, co już od progu umiera. Jeszcze drzwi za sobą nie zamknie, a już pokasłuje. Jeszcze płaszcza nie zdejmie, a już zaczyna znacząco chrząkać. Jeszcze termometru w usta włożyć nie zdąży, a już wie, że trzydzieści osiem pięć.
Lekarz też wróżka: jeszcze się Pacjent odezwać nie zdąży, a on już bloczek L4 z szuflady wyciąga.Bo lekarz to, jak już się rzekło, też człowiek jest i widzi, co się w świecie, a nawet w kraju, dzieje. Widzi, że sytuacja ciężka jest i dłoń pomocną wyciąga. Jeno, nie zawsze może ją wyciągnąć dostatecznie daleko. Nie zawsze wszak jakiekolwiek podstawy do zwolnienia znaleźć można - a lekarz nie Sapkowski i fantasy pisać nie może...
I tylko przykro mu czasem, gdy widzi, że trzeba ludziom pomóc, a naprawdę nie ma jak. I chciałby wtedy lekarz wyjechać, zaszyć się w kąciku, robótkę wyciągnąć. Chciałby być gdzieś over the hills and far away, gdzieś na urlopie, na chorobowym...
Ale, prawda, nie może. Kto mu L4 wypisze? ;)
[PACJENT, ŻE DO RANY PRZYŁÓŻ]
Z powyższego wynikać by, z pewnością, mogło, że pacjent jest, ujmując to w możliwie najprostszych słowach, lekarzowi wilkiem. Że jest mu wróg śmiertelny, że jest jak Achilles Hektorowi, jak pies kotu i jak Gargamel smerfom. Ot, psuje krew konowałowi, wpędza go w nerwicę i do szału doprowadza. Cud, że na złoto go nie chce przetopić.
I jest to, mówiąc wprost, Czytelniku, prawda.Są bowiem chwile, gdy lekarz pacjenta szczerze nienawidzi. gdy chciałby rzucić to wszystko w cholerę i zostać francuskim, wędrownym sprzedawcą czosnku. Gdy chciałby, miast ludzi leczyć, głowy ucinać, gdy chciałby zabijać Bestie mroczne i niszczyć, co tylko popadnie.
Tyle tylko, że są to, jak się powiedziało, chwile. Momenty, które zdarzają się rzadko, jeśli w ogóle.W rzeczywistości jednak lekarz żyć bez pacjenta nie może. Nie może, bo towarzyszy mu coś, co rzadko spotyka się w innych zawodach: poczucie misji. I to właśnie to poczucie każe mu wstać w nocy z łóżka, zarzucić na szyję słuchawki i pomaszerować w noc ciemną, a głuchą. To poczucie misji daje lekarzowi wiarę, by leczyć tych, których wyleczyć się nie da; to ono sprawia, że woli on, mimo dreszczy i temperatury, do pracy iść, niż w domu się kurować. Wszak ktoś musi być zdrowy, by chorować mógł ktoś.
Dlatego, panie Czytelniku, nie psiocz na lekarzy. Przynajmniej nie za bardzo. Oni to też ludzie są. A ludziom szkodzić nie trza...
Ot, jak mówi stare łacińskie przysłowie: primum non nocere....