pan_T.A.Rej

Miłość w Okolicy




     - Ustatkowałby się - wyskoczył ni stąd, ni zowąd Tatulo. Spojrzałem na niego i smutno pokiwałem głową: No tak, starość.Zdurniał już do reszty. Bo na pijanego nie wyglądał. Nie dość, że zima, to w dodatku w Okolicy nie tylko rzeki, czy jeziora, ale nawet zwykłego rowu melioracyjnego nie uświadczysz. A ten mi tu - ramol jeden, wapno gaszone - ze statkami wyjeżdża. To niby co, mam tą flotę w balii puszczać? Tej, co to ją Matula na święta wyciąga, byśmy się - raz do roku - wykąpali? Już miałem mu to wygarnąć, ale Matula mnie uprzedziła. Na szczęście, bo wygłupiłbym się co najmniej do końca dnia:
     - Coś ty, stary, Józkowego samogonu z makowin się napił? Chłopak za młody na takie fanaberie, dopiero co mu drugi krzyżyk stuknął. Przywlecze jaką lafiryndę do domu, a ta się zacznie szarogęsić. Nie lubię, jak mi się obce po kuchni szwendają.
     - At, matka. Ja nie o tym. Na wesele, to i racja, za wcześnie. Dopiero co zacier nastawiłem. Dwie beczki. Chmm... Mało coś - stropił się Tatulo - Trzeba będzie jeszcze ze trzy dołożyć... Ale mógłby się za jaką przyszłą zacząć rozglądać. Widzę, dziewuchy na jego widok trą nogami, a piszczą...
    Coś mi zaczęło świtać, że to nie o statki czy inne okręty Tatulowi chodziło.
     - Żeby se czego nie zatarły, flądry jedne. - rzuciła Matula - Jeszcze mi jaka chłopaka zbałamuci. Kudły powyrywam, a krzywdy synowi zrobić nie dam.
     Co oni z tym tarciem? No racja, raz najstarszą od Kaziuków giez w nogę ukąsił, to i tarła ją, czym popadło. A piszczą? To też. Szczególnie te młodsze. Jak podchodzę do nich, to z piskiem uciekają.
     - Tak, synek - Tatulo skorzystał z okazji, że Matula odwróciła się w stronę garów i zagrał hejnał na "Mocnym z PGRu" - dziewuchę byś se znalazł. Trochę by cię utemperaturo... Utemporat... Nie ważne - poparł drugim łykiem.
    Nie bardzo mi się to uśmiechało. Ani znalezienie dziewczyny, ani - tym bardziej - ożenek. Jeszcze czego! Żebym obcej babie wypłatę oddawał! Albo, co gorsza - przeraziłem się nie na żarty - żeby mnie do jakich bezeceństw i sprośności, tudzież rozpusty namawiała. Ale - pomyślałem - Tatulo bez mała 30 lat z Matulą wytrzymał. A o żadnych sprośnościach z jej strony mowy być nie mogło. Nigdy! To może i mnie by się taka trafiła? Tylko tej wypłaty żal...

    Rację miał Tatulo. Krew nie wóda, więc i na mnie padło. Jak raz na święta do starej Walentynowej wnuczka zjechała. Szliśmy z Mańkiem pod remizę, bo podobno na ostatniej zabawie tam pługi kradli. Ale na miejscu się okazało, że jak zwykle ktoś coś pomieszał. Bo nie pługi, a brony. I nie kradli, a rozdawali. I to tak rozdawali, że Mnietkowi czterech chłopa musiało tę bronę z pleców wyciągać. I tam, pod remizą, po raz pierwszy ujrzałem Leliję. Jakby mnie kto obuchem przez łeb zdzielił. Stanąłem, rozdziawiłem gębę i gapiłem się na nią.
     - Ty, co ci jest? - trącił mnie łokciem Maniek.
    - A bo... Bo o-ona taka piękna. Prawie jak ta nowa stodoła u Sołtysów... Jak ta Krasula, co to ją Tatulo dla Matuli z targu przywlókł.
    - Kto? Co? To wy gadzinę w stodole u Sołtysów trzymacie? - zdziwił się Maniek
    - Gdzie w stodole? W domu, z Tatulem śpi.
    - Z Tatulem? - Maniek aż się zachłysnął - I co, może przychówku się spodziewacie?
    - Jakiego przych... - teraz ja się zdziwiłem - A w ogóle, to czemu Matulę od gadzin wyzywasz?
    - O czym ty... Najpierw o Krasuli, potem o Matuli. Coś ty, zakochał się?
    - Ch-chyba t-tak - mówię. I jednocześnie łapię, że Maniek za mną nie nadąża. Co prawda, orłem nie jestem, ale miłość uskrzydla, nie? - Widzisz? Tą tam, pod oknem od remizy? Piękna, nie? Jak ta aktorka radiowa, Sprytnej Birs.
    - Aaa - wreszcie załapał Maniek - Owszem, niczego sobie. Ale żeby zaraz do stodoły porównywać? Ty połe... Poetą zostaniesz. Chociaż... Dziewczyny to lubią.
    - Myślisz? Na poezję ją zarwię?
    - Mowa! Uwierz mi, człowieku. Nie na darmo mnie kiedyś "Kaszamowa" nazywali. Pamiętam, z Mnietkiem i Kaziukiem, jak ten jeszcze kawalerem był, to takie numery żeśmy...
    Maniek się rozgadał, a ja zatopiłem się w marzeniach.Oczyma duszy ujrzałem siebie i Leliję, jak idziemy przez redlonki i rozmawiamy o tym, że latoś ładnie obrodziło... Albo oganiamy z much Krasulę i nasze ręce spotykają się nad jej grzbietem. Krasuli, znaczy się. Na ziemię sprowadziło mnie szturchnięcie i ponaglający głos Mańka:
    - No, na co czekasz? Uderzaj do niej.
    Ech! Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Podchodziłem do niej i układałem mowę. Wiersz, niby. Że oczy ma jak światła u traktora, a włosy to jak świeża miotła. I coś o nogach miało być i o nosie... Ale tego ułożyć nie zdążyłem, bo ani się obejrzałem, a już stałem przed nią z rozdziawioną gębą i wytrzeszczonymi oczami. I mamrotałem coś o zamiataniu traktorem.
    - Kolega tu sprząta? - Powiedziała i uśmiechnęła się. Ludzie! Uśmiechnęła się do mnie! - Już odchodzę. Miłej pracy życzę - dokończyła.

    Drugie spotkanie już nie było przypadkowe. Kręciłem się pod domem starej Walentynowej od samego rana. Na Leliję czekałem. Co prawda, zimno było, ale - jak to mówią - miłość wymaga poświęceń. Co ja sobie przez te parę godzin wyobrażałem, to nawet fizjonomiom się nie śniło. Ilu to bohaterskich czynów w myślach dokonałem... Wszystkie rodem z opowieści Freda Chitchoka, naszego Okolicznego straszydła.
    Ot, na przykład, jak wpada pod pędzący rozrzutnik obornika i ginie prawie. Ale szczęśliwie ja na miejscu jestem i ratuję ją z opresji. Nie to, żebym jakimś nekrofilmem był, bo z tych opresji to raczej ja wychodzę poszkodowany, a ona mnie z radością opatruje. Cóż, Matula mówi, że w każdym facecie siedzi chichopondryk.
    Albo przez Okolicę przejeżdża gang harleyowców na motorynkach i dybie na jej część. Oczywiście nie muszę mówić, że na żadne zabranie jej części nie zezwalam? I z poświęceniem swoją część im oddaję?
    Takie oto drastyczne sceny przelatywały mi przez głowę. Na przemian z tymi co bardziej romantycznymi. Jak na przykład ta, kiedy siedzimy "Pod Zardzewiałym Pługiem" a ja zamawiam dwie herbaty bez cukru. I rachunek za nią płacę!
    A w innym widzeniu jawiła mi się jako ta panna z piosenki niejakiego Kazimierza. Idziemy w tym widzeniu przez łąkę, a nad nami radośnie bieża (cokolwiek to znaczy) baranek. Idę tak obok niej i pilnuję, żeby to bydle jej czego na ramię nie narobiło. I cieszę się, że Kazimierz o bieżących nad nią krowach nie śpiewa. Bo w marzeniach bym z parasolem musiał łazić.
    Między jednym a drugim marzeniem przypominałem sobie plan podrywu. Bo tym razem do sprawy naukowo podszedłem. Najpierw myślałem, jak zwrócić na siebie jej uwagę. Chmm... Sprawa nie była taka prosta, jak się z początku wydawało. Ciągnięcie za warkocz odpada. Włosy co prawda ma długie, ale nie zaplecione. Obrzucanie pigułami też odpada - śnieg w tym roku nie dopisał. Wahałem się między strzelaniem z procy a podstawianiem nogi, kiedy Jantek się napatoczył. Olśniło mnie. No tak! Jantek! Przecież on we wojsku był. I to nie byle gdzie, bo w samym mnieście! Światowiec, znaczy się. I na czym, jak na czym ,ale na podrywie, to on się znać musi.
    Faktycznie, znał się. I na modzie się znał. Wytłumaczył mi, że jak w konkury chcę uderzać, to przede wszystkim za modą muszę nadążać. A co teraz jest modne? Hip-Hop, oczywiście. Zaraz mi musiał wyłożyć, co to takiego, ten Hip-Hop. Że niby do rymu przy muzyce gadają. Coś, jak dawniej niejaki Grechuta, tylko dziesięć razy szybciej. Ale takie czasy, że każdy się gdzieś śpieszy. Jantkowi też się śpieszyło. Powiedział, co wiedział i pobiegł w swoją stronę. A ja w swoją, do chłopaków, więcej się o tym całym Hip-Hopie dowiedzieć.
    Chłopaki, nie powiem, "w porzo" byli. Puścili mi teledysk (że niby taka telewizja z dysku, z komputera) o tym Hip-Hopie. Podpatrzyłem, co swoje i w te pędy ruszyłem dalej. Najpierw do Sołtysa, po spodnie. Sołtys - burżuj, krwiopijca, kioskarz - wypasione chłopisko, to i spodnie największe w Okolicy ma. Potem szybciutko do domu. Tam gumofilce odpowiednio przyciąłem, dziurki porobiłem i Tatulowi sznurek z troków od kaleson - na sznurówki - zakosiłem. Domalowałem na każdym bucie po trzy paski - z braku farby - pastą do zębów. Potem z komórki wziąłem kufajkę - model jesienny, z kapturem. Jeszcze tylko pasta do butów na włosy i gotowe.
    Stanąłem przed lustrem - Świetnie! Odlotowo! Nowocześnie, z lekką nutką starej szkoły (to te portki od Sołtysa).Kaptur od kufajki zwisał, jak trzeba. Włos nastroszony, świecący. Spodnie zaczynały się pod szyją. A krok miały na wysokości pięt. Obów też "w porzo" (skoro mam być Hip-Hop pełną gębą, to muszę nowocześnie mówić).
    Dumnie szedłem przez Okolicę pod dom Walentynowej. Który to już raz dzisiaj? Ludzie się za mną oglądali, a ja z radością patrzyłem na tę zazdrość w ich oczach.
    - Zacofańcy - pomyślałem. - Trza za modą nadążać. Jak ja, nie przymierzając.
Po drodze śpiewałem radośnie Hip-Hopową piosenkę o tym, gdzie to ja mam Tatula, gdzie mam Matulę i co w którą część ciała powinien sobie włożyć Sołtys. Śpiewałem odważnie, choć bez brawury. To znaczy w myślach, by przypadkiem jakiś "życzliwy" nie usłyszał i nie doniósł, gdzie nie trzeba, o czym to ja wyśpiewuję.Dalsza część drogi zleciała mi na układaniu choreografii i tekstu, jaki jej zaśpiewam.
    Akurat szukałem rymu do "piękny masz zadek" - wychodziło mi, że pasuje: "jak mój dziadek", gdy pojawiła się na drodze ona. Lelija. Moja miłość. Podbiegłem do niej. Myślałem tylko o jednym, że teraz to musi się udać. że teraz to ja jestem nie byle kto, tylko sam mr. Hip-Hop. A potem...
    ...A potem pustka w głowie. Znów stanąłem przed nią z rozdziawioną gębą i wytrzeszczonymi oczami. By za chwilę zacząć rytmicznie podskakiwać i powtarzać:
    - Hip,hop. Hop,hop, hip. Hip, hip, hop, hip... Brakowało jeszcze tylko, bym zaczął do rytmu klaskać nad głową.
A ona znów się uśmiechnęła i powiedziała:
    - Co, jogging?

    W domu usiadłem i przemyślałem dogłębnie całą sprawę. Po głowie krążyły mi czarne myśli:
    - nie wyszło! nie nadaję się na podrywacza. Tylko się zbłaźniłem. Ale zaraz - pocieszałem się. - Przecież dawała wyraźne sygnały. Dwa razy się do mnie uśmiechnęła. I coś powiedziała. Co ona wtedy mówiła? Wiem! Jogin! - olśniło mnie - Jest zafascynowana wschodem. Indianami, joginami i innymi pierdołami. Zostanę joginem. To, jak słyszałem, wzmacnia ciało i umysł.
    Nie podobała mi się tylko perspektywa siedzenia na desce pełnej gwoździ. I jeszcze to latanie z dywanem. No i Matula będzie marudziła o dziury w spodniach. Ale czego się nie robi dla miłości..
    Planu nie zdążyłem wprowadzić w życie. Zanim zebrałem potrzebne materiały - w miarę proste, nie zardzewiałe gwoździe - skończyły się święta i Lelija do siebie, do domu wróciła. Może przyjedzie na Wielkanoc? Wtedy są większe możliwości podrywu. Polewanie wodą, wrzucanie do studni - sam "lany poniedziałek" ile możliwości daje. A reszta   świąt? Choćby obrzucanie starymi jajkami. Tak, chyba już zacznę zbierać co większe zbuki...



Zakochany
pan_T.A.Rej