Fasada rzeczywistości

Niemal codziennie, idąc do szkoły, przechodzę obok budynku. Uściślając - kamienicy, jednej z tych, co wojnę przetrwały. Nawiasem mówiąc, Przemyśl swego czasu podzielony był na dwie części, zupełnie jak Berlin. Tylko miast muru płynął San, równie trudny do sforsowania, co tenże betonowy przybytek. Z jednej strony miasta Rosjanie, z drugiej Niemcy, a potem gdzieś na marginesie ukraińskie bandy UPA, kocioł narodowości, ot. Ale mniejsza o to, dość dygresji. Jak ktoś ciekawy historii, to do Przemyśla zapraszam.
Kamienica, obok której mam przyjemność przechadzać się już ostatni rok szkolny została odremontowana. Panowie z firmy budowlanej zalepili dziury, pomalowali na zielono ścianę od ulicy. Ale wystarczy wejść do klatki schodowej...
Odrapany korytarz, przegnite schody. Ściany co rusz ozdobione dowodami na niesamowitą wręcz genialność kultury hiphopowej. Wiecie sami, miłość analna z policją i strażą miejską, smugi po plwocinach, bazgroły popełnione markerami. Ogólnie - hmmm... sztuka nowoczesna. Z tyłu podobnie. Gołe cegły, z których tynk odpadł lata temu, szare, osmolone wyziewami miasta ściany. Zardzewiałe okucia dachów, sypiące się balkony, po których strach chodzić.

Niedawno jeden z AeMowskich baronów (pozdrowienia! :)) powiedział, że szczęśliwy człowiek jestem. Pierwsza moja reakcja - dlaczego? A dlaczego nie, padła odpowiedź. Pomijam już fakt, że nie odpowiada się pytaniem na pytanie, bo umysł mi się przytępił wówczas, a jak to bodaj Jaskier rzekł, co było a nie jest nie pisze się w rejestr. Wydawałoby się, że ten znaczący tyle, co nic zlepek słów przejdzie bokiem pomiędzy jednym a drugim piwem. Bynajmniej. Stwierdzenie to zakorzeniło mi się w umyśle i nie dawało spokoju przez następnych kilkadziesiąt minut.
Pamiętam, że chciałem wtedy odparować, iż mój adwersarz nawet nie wie, jak bardzo się myli. Ale dałem sobie spokój. Do dzisiaj.

Pytanie powróciło niczym bumerang ciśnięty przez rosłego Aborygena. Trzasnęło w łepetynę, odbiło się od czoła i poszybowało w próżnię - między uszy znaczy się. Rezonans tym spowodowany ułożył się w zarzut. Czy aby na pewno jestem tym na kogo wyglądam?

Bo cóż o mnie w ogóle ludzie wiedzą, że pod własny dach bez większych oporów wpuszczają? Że niby piszę do AM w miarę przyzwoite teksty? Dobre sobie. Że książki czytam, że filmami, szeroko pojętą kulturą się interesuję? To nic nie znaczy. Być może jestem psychopatą czekającym tylko na okazję, uśpionym w paranoicznym letargu teraźniejszości? A może po prostu udaję? Siebie?
Nieco zwariowanego nastolatka, chełpiącego się osiągnięciami ludzkości? Wolną wolą? Manifestującego od jakiegoś czasu totalne i nieugite olewactwo wszystkiego i wszystkich? Gdyby tak podrążyć ten temat...

Tutaj, wedle wszelkich prawideł logiki powinien nastąpić opis mej osoby. Mógłbym napisać jakieś górnolotne bzdury o mym jestestwie, jaźni, duszy, skrzywionej psychice, która co rusz wymyśla dzikie tortury dla serca kołaczącego poniżej. Mógłbym w końcu sklecić coś o mym ciele. Ale gdy głębiej się nad tym zastanowić to dochodzę do wniosku, że za każdym razem kłamałbym. Zwyczajnie, bezwiednie, a mimo to prostacko i w jakiś sposób świadomie nie mówiłbym całej prawdy. Trąci paradoksem? Pewno, że tak.

Popatrzcie:

W miarę inteligentny nastolatek jestem. Z wyglądu - jak to mi perorowała swego czasu koleżanka, ładne, aczkolwiek zazwyczaj zamglone oczy, nieco dziwny, delikatny uśmiech. Przystojny jestem podobno, wiele dziewczyn mi to mówiło. W każdym razie nie narzekam. Z osobowości... Hmm... Podobnie. Nawet oczytany, można porozmawiać na wiele tematów, jednak na ogół zbyt spokojny jestem. Pcha się na usta - nieśmiały? Siedzę cicho, ale do czasu. Potrafię się jednak bronić. Kwestia progu. Wartości, jakimi się kieruję? Szeroko pojęty humanizm. Wyższe doznania, miłość, wrażliwość, wiara, oddanie, współczucie. Staram się rozwijać, kształcić.

Tiaaa... Ideał normalnie. A teraz popatrzcie z innego punktu widzenia. Taki obraz człowieka można sobie wyrobić już w kilka chwil. Odrzućmy więc make up pierwszego wrażenia i pobieżnego obcowania na odległość. Co pozostaje? Narcyzik, jakich mało. Jaki facet by tak o sobie napisał? Ot, kolejny zwyczajny prostaczek z porcelany zakochany w sobie. Wyrzućmy także całą tą wiedzę książkową, zazwyczaj teoretyczny wachlarz wzorców, zachowań. Ponownie zostaje człowieczek z porcelany, z porcelanową osobowością na dodatek. Kruchy, bojący się byle upadku.

Po raz kolejny kłamię. Jaki więc jestem naprawdę? Co przeżyłem? Czy w oparciu o to należy budować obraz? Wpadać w manieryzm współczesności? Gdzie się zatem kończy ta cała fasada, a gdzie zaczyna szara klatka schodowa wnętrza i podwórko codziennej prywatności?

Nieraz zastanawiałem się, co oznacza być odartym z wszelkich zasłonek wznoszonych przez życie. Patrząc na mnie, obca osoba nie jest w stanie powiedzieć, czy jestem bestią czy normalnym człowiekiem.
Wszystko zależy od wrażenia. Gdyby zedrzeć kotary codzienności, zmusić do ostateczności, zmienić w krańcowość. Litość zamienia się w hardość, dobroć serca w wyrachowanie, humanizm w bestialstwo. Taki jestem w istocie. Wyrwij mi skrzydła, a nie polecę, ale tobie też nie pozwolę. Zanurz mnie w potoku beznadziei, a utonę i pociągnę ciebie na dno. Całą ułudę szlag trafi. Człowiek piękny umrze, a zostanie człowiek słaby, wypaczony przez najbliższe otoczenie. Wywal w diabły całe te dyrdymały o człowieczeństwie, uwarunkowania społeczne. Pozostaw skazy codzienności, podstawowe instynkty, psychiczne ułomności, skutek twardego obcowania z brutalną rzeczywistością, brakiem gotówki, kompleksami. Postępującym nihilizmem osobowości, sytuacją w miejscu zamieszkania, pieprzoną codziennością w domu z którego człowiek chce się jak najdalej wyrwać.

Pozostaw mnie. Rozłożonego na części pierwsze, nie mającego tajemnic, nie obawiającego się niczego, bo i nie posiadającego niczego. Nawet wstydu.

Zostanę w czystej postaci. Kierujący się instynktami. Szukający okazji do zysku biologiczny robot. Nastawiony na wykorzystywanie wszystkiego i wszystkich hedonista bez potrzeby wiary w cokolwiek. Wystarczy jedzenie, dach nad głową, seks. Wszak to chyba najsilniejszy instynkt. Potrzeba przedłużenia gatunku jest wpisana we mnie. Inaczej nie istniałaby ludzkość.

A jak to się ma do postawionego gdzieś wyżej pytania? Czy wobec tego jestem szczęśliwy? Ktoś powiedział, że dla ludzi kierujących się sercem życie jest tragedią, zaś dla kierujących się rozumem - komedią. Coś w tym jest. Jak jest zatem z tym szczęściem? Łatwiej mi będzie odpowiedzieć na Twoim przykładzie, Drogi czytelniku. Tak, tym bardziej, że na pewno także widziałeś taką kamienicę.
Popatrz więc na nią raz jeszcze. Teraz popatrz na mnie. Na moją najprostszą zwierzęcą postać. Widzisz mnie? Mnie, kierującego się krwią, za przeproszeniem pieprzącego się na lewo i prawo, mordującego innych w drodze do koryta? Pewno tak. A ja Ci powiem, że nie.

Tak naprawdę widzisz siebie.

Nie ma co ukrywać, każdy jest w jakiejś części taki. Kieruje się podłościami, cielesnością, bestią drzemiącą wewnątrz. Jednak każdy z nas ma inną fasadę. Raz nową, raz starą. A gdzieś za nią są stare klatki, korytarze, zaplute zakamarki osobowości. Czasami ktoś otworzy drzwi na zewnątrz i do środka wpadnie trochę światła. Innym razem z kolei ktoś rzuci kamieniem i wybije szybę. Wtedy coś się psuje.
Ale zazwyczaj bawisz się w dozorcę i nie wpuszczasz nikogo do swej kamienicy. Niech lśni doskonałością z kilku metrów. A jak już, to naprawdę się boisz, żeby nie narobił jeszcze większego bałaganu. Ale zazwyczaj ryzykujesz. Gdzieś, podświadomie dostrzegasz związek pomiędzy opakowaniem a wnętrzem. Bo pokochać kogoś, to innymi słowy zedrzeć cały ten tynk i poznać istotę konstrukcji, całość. Zaakceptować wady w architekturze wnętrza. Z przyjaźnią jest podobnie, z życiem jest podobnie. Bo któż nie ma problemów, zmartwień?

Nie można mówić o człowieku nie mówiąc o jego wadach i zaletach jednocześnie. Nie można kochać nie akceptując ułomności. A czy można być szczęśliwym? Można. Jeśli dbasz o wygląd duszy, nie pokrywasz jej obcymi sloganami. Jeśli tylko jesteś wierny sobie i potrafisz znaleźć złoty środek pomiędzy boskością i zwierzęcością. Jak nie będziesz użalał się bezproduktywnie nad sobą, własnymi błędami, tylko szedł do przodu ucząc się na doświadczeniach, to będziesz szczęśliwy. Chyba...

A jak jest ze mną? Czuję, że znowu, po raz kolejny rozminąłem się z odpowiedzią. Niby wszystko jest na dobrej drodze, niby życie kopie mnie niemiłosiernie, uwierzcie, dzień w dzień. Niby nie poddaję się. Niby ludzie widzą mnie przelotem przynajmniej - jako w miarę szczęśliwego. A jednocześnie zapatrzonego gdzieś w horyzont, nieobecnego. Cóż... Jutro znowu pewno przejdę koło tej nieszczęsnej kamienicy.

Mimo wszystko jednak... :)


Gregorius
fishbone1@wp.pl


PS. A może wszystko to, cały ten teatr masek, jest po prostu, tylko kolejną próbą usprawiedliwienia ludzkiej głupoty i słabości? Ale co tam, raz się żyje... :)