Ewolucja pod kątem 45 stopni

(czyli krzywym okiem spoglądana-na :-)


Mój znajomek, pewnego razu, przy nie wiem jakiej okazji: "A mnie to mogłoby stratować stado dzikich, rozpędzonych wiewiórek! (czy coś w ten deseń)
Powiecie pewnie: Wybujała i chora wyobraźnia? Niekoniecznie. Przytrafiają się i takie sytuacje, których nawet ten młodociany myśliciel by sobie nie uroił...

Moja ulubiona jest ta z kurą, co wpadła do studni, gdzieś w Egipcie. Niechybnie by zginęła, gdyby w celu odratowania ptaszyny nie wskoczył zaraz za nią dzieciak. A w chwilę potem jeszcze pięć innych osób z właścicielem farmy/gospodarstwa włącznie. Zaalarmowana przez niewiadomo kogo straż pożarna nadciągnęła nieco później. Za późno, jak się okazało, bo z feralnej studni przyszło im wyławiać sześcioro topielców. A oprócz nich coś jeszcze. Żywą kurę. Zonk!

Ale po kolei (czyli krętą i wyboistą drogą do celu) :

"Byłem tu. Heniek"
O wieków pradawnych, czy jeszcze dawniejszych, ludziska nieustannie rozmyślają, co by tu zrobić, by nie czuć się tu takim małym, kruchym i przemijającym wobec przytłaczającego ogromu przytłaczająco ogromnego świata. Z małością jeszcze jakoś idzie sobie poradzić - wystarczy, że taki człowieczek poczuje się częścią czegoś większego niż on sam i sprawa załatwiona. Może to być plemię/narodzik, subkultura, Kościół, klub miłośników zupy pomidorowej... Cokolwiek.

Gorzej, jeśli zabierzemy się za to nieszczęsne przemijanie. Tu niestety nie ma wyjścia - jeszcze się taki nie urodził, co by nie czekało go rozdziobanie przez kruki, wrony i skowrony. Choć nawet i w tej sytuacji bystrość ludzkiego umysłu zdaje się przechytrzać niezbadane wyroki losu. Nawet skutecznie. Otóż wystarczy, że taki pragnący nieśmiertelności delikwent zostawi po sobie trwały i wyraźny ślad, widoczny już na wieki wieków amen. Oczywiście większość ludzkości po dojściu do takiej konkluzji dość opatrznie ją interpretuje. I wcale nie odciska śladów tam, gdzie mogły naprawdę się odcisnąć, to jest w sercach/duszach/[miejsce na twoją nazwę] innych ludzi, traktując to chyba jako coś ponad ich siły. Bo przecież dużo prostsze jest wyrycie złotych myśli w jakimś kamulcu - takie "Byłem tu. Heniek" - niż wystaranie się, żeby ktoś nas zrozumiał, przyjął nasze poglądy itp. Nawet nie widać za bardzo różnicy. "A skoro nie widać różnicy, po co przepłacać?"
Dobra. Nieistotne. Zostawmy to.

Sprawa zasadza się na chęci umieszczenia własnego imienia na cokołach pomników, kartach barwnych opowieści, czy w linijkach ogniskowych ballad - tak by po wielu, wielu latach wszyscy wiedzieli, że "kapitanem jest tam stary Bourges, [stąd] pływającym piekłem wszyscy go [statek] zwą". I tym podobne bzdury.
Ta tendencja jest prawdziwą siłą pchającą do przodu, a nierzadko zwodzącą na manowce. A niemal każda siła w przyrodzie - o czym wiedzą wszyscy uczniacy dziarsko zakuwający fizykę - posiada siłę odwrotną. Czyli o takiej samej wartości i kierunku lecz - uwaga! - o przeciwnym zwrocie. Podobnie i do owej unieśmiertelniającej tendencji istnieje "przeciwtendencja". I bezczelnie pokpiwa sobie z oryginału. Owszem wynosi ona człowieka na usta innych trwale i na długie, długie lata, ale efekt jest całkiem odwrotny - bohater (świeć Panie nad jego duszą...) wiele, bardzo wiele by dał, by nie mówiono o nim w TAKIM akurat kontekście.

Bo powiedzmy to sobie szczerze, czy ktoś z was chciałby krążyć obiegowej opowiastce po knajpie we Władysławowie jako koleś, który kiedyś zginął na plaży zasypany w 2,5 metrowej jamie z piasku, którą sam wykopał? [Północna Karolina, USA] Wstyd i hańba!
Albo w każdym sporze na temat szkodliwości papierosów, służyć jako żywy (a raczej nieżywy) dowód na to, że palenie zabija, niczym gościu, któremu od braku zapalniczki bardziej doskwierał jedynie głód nikotynowy. Doskwierał na tyle, że osobnik ów wgramolił się na słup wysokiego napięcia i przytknął usta do drutów. Spłonął wraz z papierosem. [Niemcy] Zgroza!
A już na pewno nikt z tu zebranych nie marzy, by w dyskusji o tym, jaki świat staje się zły i niebezpieczny stać się odprężająca dygresyjką - terrorystą, który przesyłając bombę do ambasady USA (zapakowaną tak zmyślnie, że wybucha wraz z otwarciem paczki), nakleił na przesyłce za mało znaczków, wskutek czego poczta zwróciła paczuszkę nadawcy. Ten najwyraźniej jej nie poznając, otworzył ją przechodząc do historii... [Kolumbia]
Nie no - to już maksymalny obciach!

Mówię wam to okropna sprawa przejść do historii jako laureat...
Ale zaraz, zaraz, może trafiłem na aż tak zdesperowanych czytelników?
Wyznajecie może zasadę "Nie ważne czy dobrze czy źle. Ważne żeby nie przekręcali nazwiska"?
W takim razie dalej, do boju! Kiedy wszystko inne zawiedzie, pozostaje rozwiązanie ostateczne.

Stańcie w szranki w walce o coroczną Nagrodę Darwina !!!


Wyciąg z regulaminu (i ze dwie garście historii)
Wiek XIX miał to do siebie, że przysporzył ludzkości wynalazków i odkryć, które spowodowały skutki zgoła inne niż przewidział im ich pomysłodawca. Na przykład największą zasługą opatentowanej wtedy kolei żelaznej było przyłożenie ręki do wytrzebienia kontynentu amerykańskiego z ludów prymitywnych, dzikich, nieokiełznanych i bardzo barbarzyńskich. Indian. (Najwyraźniej w miłujących pokój USA nie przewidziano dla nich miejsca.) Z kolei pomysł, by zatrudnić prąd elektryczny do funkcji jaką było świecenie w żarówkach, dał ludzkości ni mniej ni więcej a nowy powód do narzekania - permanentne niewyspanie.
Nie inaczej ma się sprawa z odkryciami, których dokonał Karol (a.k.a. Czarles) Darwin. Ano obserwował on sobie wielkie żółwie na wyspach Galapagos, które jak wiadomo osiągają niemałe gabaryty. W jego głowie się zrodziło się pytanie, dlaczegóż to one (wielkie żółwie, nie gabaryty,) występują tylko tam na wyspach, a nigdzie indziej nie. Wysnuł on domysł - który wkrótce nabrał rozmiarów teorii - że powstały one z normalnych małych żółwików, co to pozbawione typowych dla kontynentu przeszkód mogły sobie swobodnie pokolenie po pokoleniu dodawać odrobinę ciałka więcej. Nazwał to metodą doboru naturalnego i uznał, że tyczy się ona wszystkich bio_istnień. Człowieka też.
Za efekty uboczne opublikowanych przez Darwina teorii można uznać oburzenie wszystkich megalomanów, wyraźnie niezadowolonych z faktu, że mogą pochodzić od małpy (Choć Czarles nigdy tego nie powiedział - sugerował jedynie, że człowiek i małpa mają wspólnego przodka; a to już co innego) jak i entuzjazm innych, co gotowi byli przysiądz, że niektórzy to z całą pewnością wzięli się od małpy; mogli nawet ochoczo wskazać, którzy to ci niektórzy.

Za efekt uboczny uznać można również instytucję Nagrody Darwina.
Pokrótce: Aby zaistniała ewolucja musi istnieć gatunek, którego poszczególne osobniki (i osobniczki) różnią się między sobą. Różnice te, zwane cechami, w wyniku pokojowego współdziałania osobniczek i osobników powinny dawać się przekazać ich wspólnemu potomstwu. Czyli cechy typu długie lub krótkie ręce mają być trwałe. Musi też istnieć czynnik środowiskowy - choćby taka krwiożercza leśna bestia - stawiający pod znakiem zapytania dalszą egzystencję zarówno długo- jak i krótko-rękich. Z tym, że... niekoniecznie. Jak się okazuje, długoręcy zyskują przewagę nad "krótszymi" kolegami dzięki takim czynnikom środowiskowym jak przyjazne leśne drzewa, na które mogą się wdrapać. Pozostali z powodu za krótkich rąk nie mogą dosięgnąć gałęzi drzew i zostają na poziomie gruntu gdzie niepodzielnie rządzą krwiożercze leśne bestie. I giną. Tym samym nie przekazują genów krótkich rąk dalej. Czyniąc tak wzmacniają średnią zdolności przetrwania gatunku, co stanowi niewątpliwie globalną korzyść. Doceńmy ich bohaterstwo.

Analogicznie ma się sprawa z inteligencją, a raczej z jej brakami. Weźmy takiego jegomościa jak S.B. Jr., lat 26. Założył się z kolesiami, że zagra w ekstremalną odmianę ruskiej ruletki o poziomie trudności zwiększonym razy cztery. (zamiast jednego naboju na sześć możliwych, w magazynku znajdą się cztery sztuki) Załadował, włożył lufę rewolweru do ust i.... Wygrał zakład. Hura.
A teraz pomyślcie chwilę. Gdyby ten człowiek doczekał się dzieci, wnuków i innych potomków, nosiłyby one w głowie ochotę na podobnie durne i idiotyczne gry. Pomyślcie, co by się mogło wydarzyć, gdyby ktoś z kolesiem w rodowodzie zajął tak skłaniające do wariactw stanowisko jak fotel prezydenta USA. A gdyby też zechciał się tak zabawić, tylko że bardziej wyrafinowaną bronią... Ot choćby rakietami atomowymi. Strach się bać normalnie.

Dlatego znalazło się paru oszołomów, co wykombinowali - zresztą wcale słusznie - że przydałoby się jakoś nagrodzić takich panów S.B. Jr. za to uchronienie ludzkości przed tak straszliwymi wydarzeniami. Jak i za (mniej lub bardziej świadome) wzmocnienie ogólnej puli genów ludzkości przez wyeliminowanie z niej genów głupoty, których posiadanie bardzo, bardzo dobitnie udowodnili. A jakąż nagrodę obmyślić można dla nieboszczyka? A nic pieniądze, na nic zaszczyty. Pozostaje tylko jedna, wspomniana na początku tekstu (w akapicie o Heńku). Jest Nieśmiertelna. A Imię jej Sława. Sława. Sława.

Co roku zbierają - ci oszołomi (oszołomowie?) - wieści ze świata. To nietrudne. Gazety, a w szczególności magazyny sięgające bruku, często kipią aż od przejawów naturalnej głupoty w działaniu. Tak więc rokrocznie komitywa nominuje kilka(naście) notek prasowych do tytułu Nagrody Darwina za najgłupszą śmierć roku. Po czym po burzliwych pertraktacjach (z aktywnym udziałem ciskanych krzeseł) ogłasza ostateczny werdykt i przyznaje ową kultową nagrodę. Wyniki ogłaszane są potem na stronce www.darwinawards.com , a raz na kilka lat wychodzą w formacie wygodnej w użyciu książki [ukazały się już dwie i wszystko zwiastuje rychłe wyjście trzeciej!].

I co się okazuje. Ano cóż. Nagroda zdobyła masową popularność. Nieuniknione stało się zawężenie kryteriów i wprowadzenie czegoś na wzór regulaminu. Tak, tak ziomkowie - TYLKO śmierć to już zdecydowanie za mało. Musicie się bardziej wystarać.
Z góry odrzucane są tak pospolite przypadki jak:
- Dziarskie pomykanie po liniach wysokiego napięcia.
- Palenie w namiocie tlenowym
- Potrącenia przez samochody, pociągi, tramwaje, rowery, hulajnogi itp.
- Puszki z aerozolem w kuchence gazowej
- Włażenie do-wewnątrz klatek w ZOO
- Upadki z nierówności terenowych przy pozowaniu tudzież oddawaniu moczu
- I sporo innych.


What are You waiting for?
Ale na waszym miejscu - na miejscu desperacko rządnych sławy, sławy, sławy - nie zrażałbym się tą listą żądań. W końcu jak mawiał wielki mędrzec Murphy: "Głupcy są tak pomysłowi, że niemożliwe jest stworzenie czegoś, z czym każdy głupi sobie poradzi." A zresztą "Polak potrafi", jak to mawiał ktoś inny, kiedy indziej.

Jeśli życie was ani ziębi, ani grzeje, a została w was choć odrobina finezji... Spróbujcie. Dobrze planując ogóły, a szczegóły zostawiając wiecznie bezbłędnemu w tych sprawach przypadkowi, dacie radę. Sprostacie rygorystycznym wymogom komitywy i doczekacie się co najmniej nominacji. Wierzę w was głęboko!

Aha - pamiętajcie o jednym - wszystko winno wyglądać na kompletnie niefartowny wypadek. Samobójstwa są również z góry odrzucane. Zresztą pomawiany o ślepotę los wcale tak naprawdę nie jest ślepy. W tej materii wykazuje fantastyczne wręcz wyrachowanie.
Wszystko odkręca.
Był sobie raz taki Francuz, co solennie się do zerwania ze światem okrutnym przygotował. I zabezpieczył na multum sposobów. Jednocześnie zastosował: Raz- urwisko. Dwa - kamień do szyi. Trzy - trucizna. Cztery - podpalenie. Piąty miał być bonusowy postrzał z pistoletu. Od niego zaczęły się problemy. Kula chybiła pędzącego ku morskiej toni ciała, za to zdołała przestrzelić linę z kamieniem. Z kolei morska toń nie dość, że ugasiła ogień to jeszcze dostała się do układu pokarmowego denata, zmuszając go do zwrotu składowanych tam treści. Z trucizną włącznie. Wciąż żywego niedoszłego samobójcę wyłowili rybacy. Historyjka niestety wybrakowana jest w happy-end, jako że nasz Francuz niedługo potem zmarł w szpitalu. W wyniku wychłodzenia organizmu.
No comments.

Tyle na dziś.


Rainman

wakacje / październik 2oo3

raindrop@pf.pl


Autor jest:
Wybitnym znawcą życia,
śmierci nie bardzo,
zwolennikiem teorii (r)ewolucji,
teorii wszechspisku,
teorii superstrun (jest taka!),
teorii dobrej na wszystko
(to ta zaczynająca się od "Balcerowicz..."),
jak i każdej innej teorii,
którą można użyć do wymyślenia innej teorii.
Jego patron-pokemon nosi numer 140,
imię Kabuto,
i posiada niespotykaną poke-zdolność,
jaką jest "twarda głowa" (co wiele wyjaśnia)
Zawalił dziś klasówkę z matmy, więc bądźmy dla niego wyrozumiali.

Wszystkie opisane tutaj zdarzenia są na wskroś PRAWDZIWE.

Regulamin i historyjkę zaczerpnięto ze wspomnianej już strony www.darwinawards.com