Wątpliwe uroki codzienności


      Budzę się jak zwykle za późno. Pierwsze, czego doświadczam, to niemiły zawód. Wcale nie czuję radości w duszy, nie wiedzę w moim pokoju promieni słońca wesoło wpadających poprzez okienną szybę. Nie słyszę ćwierkania ptaszków.

      Jestem niewyspana, jakiś potwór rozsadza mi głowę, oczy nie chcą się otworzyć. Zza okna słyszę wycie mojego psa, zawsze tak robi, gdy tata idzie do pracy. Zwlekam się z łóżka i od razu wracam pod ciepłą pierzynkę. O nie! Tam jest okropnie zimno! Dziwne , przecież jest sierpień, na dworze +25°C, dlaczego jest mi zimno?! Niechętnia podejmuję kolejną próbę. Muszę wstać, muszę. W końcu wyłażę z łóżka, szybko się ubieram. Wychodzę z pokoju, w drodze do drzwi wyłączając grający przez całą noc odtwarzarz CD. Wchodzę do kuchni. W kącie cicho pomrukuje radio. I to wszystko, koniec przyjemnych rzeczy. W zlewie kupa brudnych talerzy, blat zawalony jakimiś śmieciami, na stole wypełnione po brzegi popielniczki, jakieś kartki. Z niechęcią oczyszczam około 6 decymetrów kwadratowych blatu i przyrządzam sobie małe śniadanie. Czyli kolejny zawód.

      Nie ma kochającej mamusi, od szóstej rano jest w pracy. Nikt nie czeka z bułeczkami i herbatą. Nie jest czyściutko i pięknie.

      Z ponurą miną wychodzę z kuchni, idę do "dużego". Widzę nie złożoną pościel na łóżku rodziców, na stole jakieś kubki, szklanki. Znowu te popielniczki, szlag człowieka trafia. Kosmetyczka mamy, lusterko. Włączam telewizor. Bezmyślnie przełączam kanały. Po minucie daję spokój, tam nic nie ma, jakieś wenezuelskie idiotki tarzają się z placzem po torsach kochanków, można obejrzeć pierwszy i ostatni odcinek i nic się nie straci. Zabieram talerz i uciekam na dwór.

      To duża zaleta mieszkania w domu. Mam własny ogródek, do którego mogę iść nawet nago i mogę w nim robić, co chcę. Siadam przy czerwonym stole, trochę ten kolor nie pasuje. Patrzę na drzewa, na sąsiadów budujących nowy dom. Na Pioruna, mojego psa. Leży pod bramą. Czeka. Czeka na swojego pana i władcę, na tatę. Naiwne zwierze. Jest dziesiąta. Tata wróci za dwanaście godzin, jak dobrze pójdzie.

      Jestem sama. Podziwiam naturę, a właściwie jej resztki, które zarosły mój ogród. Kontemplację przerywa ryk innego sąsiada. "K****! Baśka, gdzie ty k**** jesteś?! BAŚKA!!!". Czar pryska. Wracam do rzeczywistości. W oddali słychać szum. To nie morze, to dwupasmówka, po której bez przerwy jeżdżą jakieś tiry. Czyję zapach natury. To klnący sąsiad podlewa zawartością szamba swój ogródek, żeby lepiej rosło. Widzę zniszczony dom. To moja ruinka , w której mieszkam. Wciąż nie otynkowana.

      Cóż, taka jest okrutna prawda. Rzeczywistość nie ma nic wspólnego z tymi literackimi wymysłami. Nawet moja dosyć wybujała wyobraźnia niewiele mi pomoże. Nigdy nie zmienię tego, w jakim świecie żyję. Nie teraz. Nie wyprowadzę się. Nie wyremontuję domu. Nie zabiję sąsiada. Nie zamknę dwupasmówki.

      Lubię zagłebiać się we wspaniałe światy Sapkowskiego, Tolkiena. Światy okrutne, ale i piękne. Światy, w których chciałabym żyć. Światy, w których nigdy nie będę naprawdę.



"Krew na twoich rękach, Falka, krew na twej sukience!
Płoń, płoń Falka! Za twe zbrodnie spłoń i skonaj w męce!" - A. Sapkowski



Siblejka


----------------------------------------------------------------------------------------------------------

p.s. Dużo osób pisze, czego słuchała pisząc swoje arty. Myślę, że tradycji powinno stać się zadość.

Słuchałam:
-Sting'a
-Smashing Pumpkins
-Tool'a
-NIN'a
-soundtracka z "Wiedźmina" (wcale nie jest taki zły...:)




The end is near...