Celem artykułu jest zwrócenie uwagi na zepsucie języka polskiego. Mniej więcej od sierpnia
tego roku planowałem napisanie takiej pracy... Gdybym uczynił to wtedy, tekst byłby o połowę
krótszy. To tylko namacalny dowód na to, jak szybko nasz język umiera. Cały paradoks polega
na tym, że jako autor tej pracy nie robię nic, by temu zapobiec.
Zaczęło się od zwykłych rozmów, na zupełnie zwykłe tematy, w domu. Kilka razy słyszałem jak
ktoś mówił "dlatego, bo...", albo - jeszcze lepiej - "bo dlatego, że..." i kłuło mnie to w
uszy jak szpilka. Człowiek jest niestety istotą niedoskonałą (to chyba eufemizm?), więc
przyzwyczaja się do wszystkiego, zarówno do dobrobytu jak i do tego, co przeszkadza.
Znieczuliłem się na tę konstrukcję, przeszedłem z nią do porządku dziennego. Byłem o krok od
tego, by zacząć jej używać... ale na szczęście zreflektowałem się. To był właśnie sierpień.
Gdybym pisał ten artykuł miesiąc temu, w tym miejscu pewnie polałbym jakąś wodę i zakończył
artykuł.
Minął tydzień, może dwa. W moje ręce wpadł kolejny numer CDAction. Otworzyłem stronę z
listami do redakcji. Tam zobaczyłem - po raz kolejny - zupełnie nową ortografię i gramatykę.
Pomijam treści tych listów. Po przeczytaniu niektórych tekstów zmroziło mnie. Niektórzy
pisali bez żadnych znaków interpunkcyjnych i z błędami ortograficznymi w co drugim słowie.
To mnie akurat nie zdziwiło, bo taki semi-analfabetyzm istniał od zawsze. Dopiero to co się
działo dalej było godne pożałowania. Oto wielu czytelników wymyśliło sobie nowy sposób
pisania po polsku. Mieli coraz gorsze pomysły na pisanie polskich słów, np. słowo
"czytelników" piszą "czytelnikuf" albo jeszcze lepiej "czytelnikoof". Jakby tego było mało,
polskie głoski są zastępowane angielskimi, brzmiącymi tak samo, np. zamiast "nasz" piszą
"nash". W konsekwencji, z niektórych słuf... słów wychodzą takie nonsensy, że normalny
człowiek tego nie odczyta.
Jednak najciekawsze są "post scriptum" każdego listu. W 75% tekstów, po imieniu lub
pseudonimie autora, znajduje się dopisek: wszelkie błędy ortograficzne całkowicie zamierzone
:))) (lub wersja skrócona: wszelkie ortografy całkowicie zamierzone).
I naprawdę, piszącym takie bzdety wydaje się, że to jest najśmieszniejsza rzecz, jaką mogli
wymyślić. Całe szczęście, że redakcja owego pisma nie stoi po ich stronie, bo w przeciwnym
wypadku już dawno przestałbym je czytać.
A skoro o redakcji mowa - profesjonaliści też mają dziwne pomysły. Ni z tego ni z owego,
wplatają czasem w tekst niepolskie słowo. Przykładowo, zamiast pisać, że "coś się rozumie
samo przez się", autor recenzji gry użył słowa "selbstverständig". Dla mnie jest to potworna
głupota, ale w przypadku redaktorów jestem tolerancyjny, bo tam oprócz poprawnej polszczyzny
w grę wchodzi jeszcze odpowiednia objętość tekstu - czasem skrócenie o choćby 10 znaków bywa
zbawienne.
Jest jeszcze inna, stanowiąca około 50 % piszących, grupa. "Hodzi o tagzwanych dyslegtyków".
Wszyscy wiemy, że istnieje taka przypadłość jak dysleksja. Jednak już dużo mniej osób wie,
że jest ona całkowicie uleczalna. Wystarczy włożyć w to trochę pracy. Być może istnieją
wyjątkowe przypadki, ale nawet jeśli, to na pewno jest to znikomy procent ludzkości.
Druga sprawa to jest niesamowita ilość dyslektyków w Polsce. Kilka lat temu
szacowano ją na 3-5 procent. A już dziś jest ich ok. 50 procent. Wygląda to nieco
podejrzanie. Polacy są niezwykle "sprytni", załatwili sobie papierek (podczas badań na
dysleksję oczywiście robili z siebie jeszcze większych idiotów niż są w rzeczywistości), a
teraz chodzą szeroko uśmiechnięci i na każdą krytykę odpowiadają bezmyślnie "Bo ja, psze
pana, to ja jestem dyslektyk, masz pan tu zaświadczenie".
No to teraz zapomnijmy na chwilę o realiach, przyjmijmy że 60 % piszących listy do
redakcji CDAction to naprawdę nieuleczalni dyslektycy. Robią co mogą, bardzo się starają,
ale za nic nie mogą sobie z tym poradzić. W takiej sytuacji nie można im przecież zakazać
pisania pytań czy podań do różnych ludzi czy instytucji. Istnieje jednak rozwiązanie, ale
jak widać bardzo trudno na nie wpaść - słownik. Czy tak trudno posiedzieć nad każdym tekstem
15 minut dłużej, żeby napisać go porządnie i dać czytającemu dobre świadectwo o sobie? A w
dzisiejszych czasach mamy do dyspozycji komputery, które sprawdzają wszystkie błędy (nie
tylko ortograficzne) dając możliwość poprawienia ich w ciągu minuty. To chyba wystarczający
dowód na to, że dysleksja (poza pojedynczymi przypadkami) to po prostu brak odrobiny dobrej
woli.
Możnaby powiedzieć, że dziś nie używa się już języka ojczystego, a "ojnieczystego".
Wchodzą coraz to nowe zapożyczenia (swoją drogą, jaki odsetek młodych ludzi mówi dziś
"przepraszam", a nie "sorry"?), przyjmują się kolejne absurdalne konstrukcje zdaniowe,
pisownia "zyskuje na oryginalności". Nie mam pojęcia jak się temu przeciwstawiać, ale wiem,
że dla mnie niemal nadludzkim wysiłkiem jest samo nieuleganie degradacji języka polskiego.
Często nawet to się nie udaje. C'est la vie.
SolariS