Obecnie wiele dziewczyn chce się odchudzać. Z mediów sypią się ostrzeżenia przed bulimia
i anoreksja, z drugiej zaś strony- pokazuje się "małe słonie"- ludzi otyłych i z nadwagą.
"Ma dopiero 14 lat"- powiecie- "Co ta smarkula moze wiedzieć"- myślicie. Otóż JESTEM PO
ANOREKSJI.
Zaczęło się niewinnie. Miałam 13 lat, ważyłam 54 kilo, więc byłam nieco okragła, ale nie
przeszkadzało mi to. Pewnego dnia usłyszałam jednak "grubasie" wymierzone w moja stronę.
Nie pamiętam, kto, gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach to powiedział. Wiem, że dotknęło
mnie do żywego. I zaczęłam pważnie myśleć o tym, że cały swój wolny czas wcinam batoniki
i inne słodycze, że jem szybko, jak prosiak... Zaczęłam ćwiczyć- choć trudno to nazwać
ćwiczeniem- i ograniczać słodycze (choć w rzeczywistości wcale ich nie ograniczałam).
Wszystko było oki jak na razie, bo niczego sobie nie odmawiałam. Wszystko zaczęło się
dopi16:20 2003-11-28ero około kwietnia.
Na lodówce powiesiłam sobie swoje zdjęcie i zdjęcie zabójczo chudej modelki. Obok-
kalendarzyk ćwiczeń. Codziennie miałam zaznaczać, czy ćwiczyłam, ile ważę i ile mam w pasie.
Wszystko idealnie obliczone na miesiąc. Nazbierałam różnych czasopism i książek o
odchudzaniu. Przeczytałam, że mleko to tylko odtłuszczone, jogurty mają dużo cukru, jajka
dużo tłuszczu, mięso ma duzo kalorii, a słodycze powodują odkładanie się tłuszczu w talii.
Moje zycie było jednym wielkim kalkulatorem- z wyprzedzeniem planowałam, co będę jeść.
Gdy widziałam jedzenie, odruchowo obliczałam kalorie. Tabele kaloryczne znałam na pamięc.
I najgorsze, dziewczyny z anoreksja stały się moimi idolkami. One były chude, potrafiły być
chude, a ja nie. Mimo, że ważyłam już 48 kg... Z zegarkiem w ręku czekałam na następny
posiłek- 6:30 rano- śniadanie, 9:35 w szkole- drugie śniadanie. O 12: 05 jadłam obiad,
po przyjściu do domu, o trzeciej- podwieczorek. O osiemnastej jadłam kolację i potem już nic.
Kiedy byłam głodna, piłam wode. Litrami. Potrafiłam wypić nawet trzy litry wody mineralnej
dziennie.
Około czerwca zauważyłam, że zupy w proszku mają bardzo mało kalorii. Od tamtej pory jadłam
właściwie tylko obiad i to składający się z zupy w proszku lub bulionu z kostki. Rodzice
próbowali robic wszystko, żebym jadła, ale ja cały czas się upierałam i mówiłam: mam duzy
brzuch i grube nogi, zostawcie mnie, jak będę szczupła, to przestanę. Ważyłam wtedy 42 kilo.
Raz nawet, gdy wstałam w szkole do odpowiedzi, zakręciło mi sie w głowie. Zemdlałam na
środku klasy.
Zaraz po zakończeniu roku szkolnego pojechałam na obóz kajakowo-rowerowy, który wybrałam
dla schudnięcia. Od maja właściwie cały czas jeździłam na rowerze, półtorej godziny dziennie.
Na obozie nie jadłam nic, bo jak tywierdziłam "nie smakowało mi". Ludzie załamywali nade mną
ręce. Wróciłam do domu, ważąc 38 kilo.
Byłam u lekarzy. Stwierdzili anemię. Wkrótce przeszło mi odchudzanie, gdy sobie cos
uświadomiłam. Nie sama. Za pomoca psychologa. JA CAŁY CZAS WIEDZIAŁAM, ŻE JESTEM
CHUDA I CIESZYŁO MNIE TO, ŻE LUDZIE UWAŻAJĄ MNIE ZA ANOREKTYCZKĘ. Z obrzydzeniem
patrzyłam na jedzących. Do czasu.
Poszłam do sklepu kupić sobie górną część garderoby. No dobra, poszłam kupić sobie stanik.
Kiedy tylko mówiłam, co chcę, sprzedawczynie patrzyły na mnie z litością. Jakbym była
walnięta.
Z wakacji z rodzicami wróciłam ważąc 47 kilo. Dziś też tyle ważę. Ale najgorsze jest
wychodzenie z tego wszystkiego. Cały czas myślałam o jedzeniu. Nawet teraz, patrząc na
obiad, zastanawiam się, ile ma kalorii. Ale uważam sie za mniej więcej wyleczona. Jesli
natomiast mam być do bólu szczera, to od 9 miesięcy nie mam już okresu, nie mówiąc o tym,
że "zahamowałam swój rozwój"- jak to stwierdził lekarz. Teraz żałuję, tylko co mi z tego?
Zostawiam wszystkich z przemysleniami. I wiem, Qnik, że to wygląda jak kiepska historyjka
do pisma dla pań, ale talentu dziennikarskiego raczej nie posiadam.
Chiyo