Opętani Siecią
czyli internetowe refleksje


Niniejszym ostrzega się, że Autor tego tekstu to człowiek chory na umyśle, kompletnie pozbawiony jakichkolwiek hamulców moralnych i poszanowania dla bliźnich, z iście sadystycznymi skłonnościami do obrażania ich, psucia im humoru, doprowadzania do głębokich depresji i samobójstw.



Gdyby jakieś dwa lata temu ktoś powiedział mi, że kiedykolwiek dowiem się, jak odbierać mejle i robić inne takie tajemnicze rzeczy, związane z internetem, zapewne uznałbym go za świra. Żyłem sobie wtedy bowiem w błogiej izolacji od całego wielkiego świata, bez wszelkich witryn, bannerów, trojanów i innego badziewia. Aż tu nagle kumpel zaciągnął mnie (przemocą, ma się rozumieć, bo ja miałem najszczersze chęci iść na lekcje) do kafejki, żeby mieć się na kim wyżywać w Quake III. I tak oto, w dźwięku railgunów, rakietnic i mordowanych graczy (w tej niezbyt wesołej roli - ja) odbyła się moja internetowa inicjacja.

Dziś sam jestem dziadkiem... Tfu, pomyliła mi się bajka. Szczerze mówiąc, po tych przeszło dwóch latach obcowania (czy raczej: użerania się) z internetem we wszelkich jego postaciach i odmianach, nadal figę o nim wiem. Moja wiedza rozszerzyła się tylko o obsługę poczty, wyszukiwarek, robienia stronek w HTML i jeszcze parę innych niezbędnych rzeczy. Przyznać trzeba, że jest to raczej niewiele, choć te skromne umiejętności całkowicie wystarczą, żeby móc dzisiaj o sobie dumnie powiedzieć "użytkownik internetu". W końcu wszystko projektuje się dziś z myślą o tych, których nadmierny wysiłek związany z nauczeniem się czegokolwiek o komputerze może zabić. Oczywiście ja sam nie zaliczam się do tego szacownego grona, a jeśli nie znam się na sieciowych sprawach - to tylko dlatego, że cholernie mnie to wszystko irytuje.

Internet jest wynalazkiem tak zmiennym, kapryśnym i nieprzewidywalnym, że niejedną kobietę mógłby wpędzić w poważne kompleksy. Świeżo upieczony jego amator w naiwności swej może przypuszczać, że (na przykład) wystarczy wpisać w przeglądarce odpowiedni adres i zaraz na ekranie pojawi się żądana strona. W praktyce może się wtedy stać dosłownie wszystko, a w internecie panuje sobie taki zwyczaj, że jeżeli coś może się wydarzyć, to się wydarza. Jeżeli jakimś cudem uda nam się doczekać jakiejkolwiek reakcji na wpisanie adresu i nie zestarzeć się, w połowie niemal przypadków twoim przekrwionym oczom ukazuje się jakże lubiany przez internautów napis "Nie można wyświetlić strony" albo "Przykro nam, ale strona o podanym adresie nie istnieje" albo "Rekonstrukcja strony będzie trwać do..." i tutaj data sprzed pół roku. Bywa, że pod adresem magazynu sportowego znajdziemy stronę o polskich normach dla gwintu metrycznego, albo, ku zgrozie słuchaczy Radyja, coś "tylko dla dorosłych".

Jeżeli odczuwasz podniecenie seksualne na widok migających banerków reklamowych, wyskakujących okienek z superofertami czy kuszących napisów w stylu "Zarabiaj pieniądze przez internet" albo "Poznaj miłość swojego życia", to buszowanie po sieci będzie dla ciebie rajem. W wypadku przeciwnym omijaj ten wynalazek szerokim łukiem. Na każdym bowiem skrawku ekranu będą na ciebie czyhać upierdliwe treści, które zazwyczaj nic a nic cię nie interesują, za to skutecznie spowalniają wczytywanie się stron.

Ogólnie rzecz ujmując, o szczegółach funkcjonowania netu można by napisać książkę o gabarytach tankowca. Nie mam aż tyle czasu, a poza tym kto by potem takie książki czytał? Dlatego też nie będę się rozwodził o wszelkich przeszkodach, na jakie nadziewa się co krok przeciętny internauta. Bardziej interesuje mnie wpływ, jaki wynalazek ten cudowny niewątpliwie posiada na nasz świat i jakie to przyniesie efekty w niedalekiej przyszłości. Odpuszczę sobie roztaczanie wizji a la Nostradamus, nie mam też zamiaru rozpływać się w zachwytach nad postępem techniki. Spróbuję chłodno, okiem realisty (może postrzelonego, ale zawsze realisty), ocenić rolę, jaką pojawienie się internetu ma odegrać w naszym bytowaniu.

GLOBALIZOWAĆ SIĘ CZY NIE?

Naczelny cel, któremu ma służyć internet, to zniesienie bariery czasoprzestrzeni. Bariera ta męczyła ludzi już od zarania dziejów, toteż nie ma się co dziwić, że zapragnęliśmy w końcu zrzucić z siebie jej jarzmo. No bo powiedzcie, czyż fakt, że nie możemy na przykład pójść do łóżka z naszą dziewczyną, bo ta akurat wyjechała na drugi koniec globu, nie jest dla nas istotnym ograniczeniem i przeszkodą do samorealizacji? A taki internet umożliwi nam w niedalekiej przyszłości nie tylko seks z naszą sympatią z Ameryki, ale także seks z dowolnym miejscu w galaktyce z całkiem przypadkową osobą - bez sądów, rozwodów, kłótni i niechcianych ciąży w perspektywach. Pozwoli również na seks z pięcioma osobami w ciągu jednego dnia (dla dociekliwych i złośliwych: to szczyt wyobraźni autora tego tekstu, nie jego możliwości). Takie coś nazywamy potocznie (i entuzjastycznie) postępem.

Na tym niewyszukanym przykładzie chciałem wytłumaczyć, w jakim kierunku wlecze nas za sobą rozwój informatyki, aczkolwiek męczy mnie obawa - zapewne uzasadniona - że w 95%-katolickim kraju tłumaczenie takie może się wydać tyleż niestosowne, co niezrozumiałe, więc spróbujmy inaczej. Jakiś czas temu nikt jeszcze nie słyszał o teorii względności czasu i przestrzeni - albo słyszał, tylko nie bardzo potrafił sobie znaleźć odpowiedni punkt odniesienia. Innymi słowy, człowiek zawsze miał potrzebę poruszania się w przestrzeni i zawsze narzekał, że ma wszędzie cholernie daleko. Celem przeciwdziałania temu niepokojącemu zjawisku najpierw wykorzystywano te szkaradne pokraki (mam nadzieję, że Naczelny się nie obrazi, ale uważam konia za błąd ewolucji), następnie zmajstrowano samochody i inne zanieczyszczacze powietrza, a teraz, gdy w sferze transportowej nie pozostało już zbyt wiele niedopowiedzeń, dążymy do tego, żeby człowiek w ogóle już nie musiał fatygować się ruszaniem tyłka z miejsca swego zamieszkania.

Pora zadać sobie zasadnicze pytanie: dobre to jest, czy też złe? Chyba nikt nie chciałby żyć w jakimś matrixie, a wszechobecna globalizacja to jest, jak się zdaje, pierwszy krok do stworzenia takiego czegoś. Z drugiej strony - wszyscy za głupi jeszcze jesteśmy, aby móc trzeźwo określić, dokąd doprowadzi nas postęp. Jedno jest pewne: zatrzymać się go nie da, chyba że wybuchnie jakaś wojna nuklearna. Nie usuniemy więc internetu z naszego życia. Jeśli nie potrafimy ocenić roli globalizacji dla całej ludzkości, musimy ograniczyć się w rozważaniach do jej krótkofalowych skutków.

HOMO SAPIENS NA CZATACH

Przodkowie czatowali na żubry, tury i inne łosie; młodzież nam współczesna woli czatować na innych ludziów i wbrew pozorom nie chodzi o kanibalizm. Kanibalizm to byłoby jeszcze pół biedy. Czaty dwudziestego pierwszego wieku to problem wyższej kategorii. Stado trzynastoletnich panienek uwieszonych na jednym stanowisku komputerowym w kafejce, niezmiernie podnieconych rozmową z Łukaszem_16, który w rzeczywistości jest albo czterdziestoletnim zboczeńcem, albo ośmioletnim smarkiem obdarzonym nieziemskim wręcz poczuciem humoru. Skąd my znamy takie widowiska? Niestety, proszę ja kogo, to jest typowy obraz polskich nastolatków wykorzystujących twórczo swój wolny czas.

Jakże ja bym chciał w takiej kafejce zobaczyć od czasu do czasu kogoś grającego w Counter-Strike'a, albo przynajmniej kogoś przeglądającego z wypiekami na twarzy strony porno. Ale takie zjawiska to już rzadkość. Dziś internet służy przede wszystkim do nawiązywania kontaktu z płcią przeciwną. Kilka pierwszych takich kontaktów może się okazać przeżyciem odpowiednio ekscytującym, ale po jakimś czasie chyba najgłupszy nawet internauta zorientowałby się, że dialog w stylu "skąd klikasz? - z XXX a ty? - a ja z YYY - a ile masz lat - XXX a ty? - a ja YYY - to fajnie" jest pozbawiony nie tylko płciowości, ale także jakichkolwiek innych aspektów normalnej rozmowy. Obecnie nawet boty oferują bardziej urozmaicone pogadanki. A jaki jest sens gadania z botem?

Jakiś sens muszą jednak młodociani amatorzy gadania przez kabel dostrzegać. Nietrudno się domyślić, dlaczego wolą "klikanie" (jak to ktoś arcytrafnie nazwał) od "prawdziwej" rozmowy. Doskonałym pretekstem usprawiedliwiającym taki wybór mogą być, dla przykładu, dwa pryszcze na nosie. Posiadacz dwóch pryszczy jest zawsze święcie przekonany, iż nos jest najważniejszym w komunikacji międzyludzkiej organem, dlatego też padnięcie ofiarą trądziku młodzieńczego z miejsca skazuje go na katastrofę w wielkiej sztuce dialogu. Na czacie wystarczy zaś wpisać "przystojniak_15" zamiast "mister_pryszczaty_nos" i już jest się Casanovą lokalnego pokoju czatowego, i już wszelkie nieznajome_13 są twoje. Co jednak ciekawe, pierwsza zdobycz naszego przystojniaka_15 niemal na pewno w jednym z pierwszych zdań doń skierowanych spyta o zdjęcie, którą to prośbę przystojniak_15 niewątpliwie spełni prędzej czy później. Wcześniej zaś rzetelnie poinformuje o dwóch paskudnych krostkach, zajmujących łącznie aż dwa milimetry kwadratowe powierzchni jego narządu węchowego. I tu dochodzimy do paradoksu, który doskonale obrazuje nam fakt, że bez względu na tak zwane warunki zewnętrzne, przez internet komunikacja przychodzi jakoś łatwiej.

Co łatwo przyszło, zwykle równie łatwo odchodzi. Naszej nieznajomej_13 pada internet na dwa tygodnie albo postanawia ona zmienić ksywkę na ksiezniczke_14, no i znajomość się urywa. Ale nie ma powodów do paniki - azaliż nie ma innych niewiast w sieci? Pokrzepiony tą myślą przystojniak_15 ochoczo rozpoczyna kolejny łów, zakończony dajmy na to pochwyceniem w sidła swej niekwestionowanej charyzmy jakiejś agniesi_16. I znów pada nieśmiertelna fraza "skąd klikasz?", i tak dalej w kółko. Być może za którymś razem naszemu pryszczatemu przystojniakowi w końcu znudzi się taka niewybredna rozrywka, ale ponieważ czatowanie nie jest najlepszym lekiem na trądzik, więc najprawdopodobniej w dziedzinie "realnych" kontaktów towarzyskich przystojniak_15 pozostanie nadal daleko w tyle za peletonem, natomiast wprawa w odpowiadaniu na "skąd klikasz?" nie idzie w las i prędzej czy później przystojniak trafi do elitarnego grona czat-userów...

Elitę trudno na pierwszy rzut oka rozróżnić od żółtodziobów. Ale jeśli prześledzić uważniej dysputy filozoficzne na dowolnym czacie, po jakimś czasie zauważymy pewną prawidłowość, mianowicie czasami po wiadomości typu "Do pokoju wchodzi 3lite_przystojniak_15" hurtowo wyskakują napisy "cze przystojniak" autorstwa rozmaitych stałych bywalców owego pokoju. Elity nie rozmawiają o tym, skąd klikają. Elity mają własne, elitarne tematy. Precyzyjne określenie tychże tematów pozostaje poza kręgami moich kompetencji, co więcej również poza moją wyobraźnią. Dla normalnego człowieka elitarne rozmowy to czysta abstrakcja. Innymi słowy: głupoty się tam pierdoli. Należałoby się zastanowić nad genezą tego niezwykle intrygującego zjawiska, bowiem nie jest to chyba dla nikogo aż tak oczywiste, dlaczego ludzie oddają się bez pamięci zbiorowemu pierdoleniu głupot przez internet?

Przede wszystkim nikt chyba nie wątpi, że zbyt intensywnych doznań intelektualnych na posiedzeniach elity się nie uświadcza. Poziom takich rozpraw oscyluje raczej gdzieś w okolicach dna Rowu Mariańskiego. Podobnie jest zresztą z tym poziomem na przykład podczas spotkań z kumplami przy piwie, jednak spotkania przy piwie odbywają się w tak zwanym 'real life', a nie przez jakiś tam kawałek druta, toteż nawet ja pomimo oczywistej pospolitości tej formy relaksu nie twierdzę, że jest ona poniżej mojej godności. Zaś "elitarne" czaty? Przecież to nic innego, jak próba wytworzenia sobie iluzji, że jest się osobą towarzyską, znaną i lubianą. Ale iluzja ma to do siebie, że jest tylko iluzją i na dłuższą metę wyżyć się z niej nie da. O czym wszyscy zapaleni czatowcy też się pewnego pięknego dnia przekonają, oby nie było to za późno.

MATURA DO DOWNLOADU

Nauczyciele alarmują - na horyzoncie pojawia się nowe zagrożenie dla spójności i nieskazitelnej harmonii naszej edukacji. Jest nim internet we własnej, zglobalizowanej osobie. Można sobie z niego ściągnąć wszystko, czego leniwemu uczniowi do szczęścia potrzeba: od drobnych "pomocy naukowych" na klasówki, przez gotowce i wypracowania domowe, aż po opracowania tematów maturalnych i kompletne prace magisterskie, ba, nawet i doktorskie. Brzmi może mało optymistycznie, ale proponuję nieco się zastanowić, czy jest się czym przejmować. Nie powiem, żebym pochwalał tych wszystkich ambitnych, co opisanymi wyżej sposobami przedzierają się z klasy do klasy, albo chociaż wydatnie wspomagają tak swoje własne osiągnięcia, ale nie przesadzajmy z tymi alarmami. Czyż plaga internetowych ściąg nie jest bowiem zwiastunem zmian w zmurszałym systemie edukacyjnym?

Zdaję sobie sprawę, że na słowo "reforma" większość naszych rodaków rozgląda się dookoła, gdzie by tu się szybko ukryć. Ale tym razem nie chodzi tu o zmiany w jakichś tam pokręconych ustawach. Grzechem głównym nauczycieli, który obecnie mści się nich (i na uczniach, zresztą), jest mało ambitne podejście do wtłaczania wiedzy naszym pociechom. Większość chciałaby urządzić seryjną produkcję wyedukowanych młodych ludzi. Najchętniej zapewne podawaliby na początku roku szkolnego listę lektur do opracowania, a pod koniec zbierali karteczki z tymiże opracowaniami. Obmyślenie dla każdego ucznia osobnego tematu jest wszak pracochłonne, zaś ustne odpytywanie zabiera z kolei masę bezcennego czasu z życia naszego pedagoga. Zjawisko internetowej samopomocy uczniowskiej paradoksalnie krzyżuje jednak plany ceniących nade wszystko wygodę belfrów. Jeśli bowiem ktoś posiada choćby ostatnie resztki ambicji, to i dostrzega rażący bezsens stawiania ocen za sprawność w posługiwaniu się wyszukiwarką internetową. Zakładając oczywiście, że dla tego ktosia sens lekcji jest sprawą zasadniczą, co w przypadku nauczycieli nie jest niestety regułą.

Powiedzmy sobie jednak, że terroryści z dziennikami pod pachą chcą spełniać swą powinność zgodnie z ogólnie przyjętymi normami, czyli za nadrzędny cel stawiają sobie nauczenie dzieciarni czegokolwiek. Wówczas ściąganie prac z netu jest bezwzględnie tępione. Żeby jednak zbyt cwanego ucznia przytępić, wpierw należy go zdemaskować, a to zadanie na miarę Szerloka. Posądzenie słabego ucznia, który nagle napisał dobre wypracowanie, o brak praw autorskich do owego wypracowania nie ułatwi raczej owemu uczniowi faktycznej poprawy. Oczywiście istnieje szereg środków umożliwiających bezbłędne wychwycenie winowajców, od wnikliwego śledztwa po badania daktyloskopijne i wykrywacz kłamstw, ale skoro mamy już w Polsce jeden kiepski wymiar sprawiedliwości, to po co tworzyć mu równie niemrawą konkurencję. Co lepsi nauczyciele znają swoich podopiecznych i z łatwością odróżniają "lewe" wypracowania od "prawdziwych". I o to właśnie biega - o indywidualne podejście do nauczania, a nie hurtowe wtłaczanie wiedzy na siłę. Jeśli spojrzeć na internetowe ściągi z tej perspektywy, to nie wydają się już one dowodem na kompletną degenerację współczesnej młodzieży, ale wręcz ostatnią nadzieją na jakąś poprawę.

BOMBA ATOMOWA: ZRÓB TO SAM

Specyficzną cechą Sieci jest to, że wyzwala ona dziką a nieposkromioną żądzę dzielenia się swą wiedzą, choćby ta była stosunkowo skromna. Imponujące zastępy świeżo upieczonych posiadaczy modemów już po przeczytaniu pierwszych pięciu stron podręcznika do C++ (na przykład) odkrywają w sobie powołanie do wprowadzania innych w arkana programistyczne i wkrótce powstaje odpowiednia witrynka, tryskająca wszelkimi bajerami, jakie młodocianym twórcom oferują specjalne programy do tworzenia witryn, a z zakresu samego języka C++ - tłumacząca z detalami zawiłe procesy wyprowadzania na ekran napisu "Hello World!"*. Resztę ambitny autor obiecuje dodać później, to jest po przeczytaniu kolejnych pięciu stron podręcznika. Podobnie ma się rzecz ze stronami traktującymi o szkole - ich twórcą może zostać każdy, kto ma z matmy więcej, jak dostateczną. Do płodzenia poradników "jak przejść grę X" nie trzeba już spełniać żadnych wymagań, nieco więcej wiedzy wymaga zrobienie strony o edytorze do danej gry (należy pobieżnie przejrzeć tutorial do owego edytora). Bycie autorem serwisu o jakimś zespole muzycznym oczywiście również nie musi być jednoznaczne z wieloletnim zainteresowaniem tymże zespołem - wszystko, czego potrzeba do poskładania takiego serwisu, można przecież zerżnąć z innych tego typu stron.

Ma się rozumieć, że istnienie w internecie tak ogromnych ilości fajansiarstwa nie stanowi problemu w innych kategoriach, niż co najwyżej niepotrzebne zapychanie serwerów. Ale można też natknąć się na informacje o tym, jak: wyprodukować trujący gaz, zrobić najprostszą, za to skuteczną broń biologiczną, gdzie uderzyć człowieka, aby go jednym ciosem posłać do krainy wiecznych łowów, co przekręcić, by sąsiad płacił twoje rachunki telefoniczne, a nawet jak zbudować własną bombę atomową. Nie należy się oczywiście obawiać, że nagle jakiś gówniarz zza płota dorwie się do zestawu małego majsterkowicza i wywali w powietrze połowę wsi. Może co najwyżej zrobić sobie dużą krzywdę, co zresztą zapewne na dobre wyjdzie ogółowi ludzkości. Nie stanowi jednak miłej wróżby na przyszłość fakt, że latorośle wchłaniają takie rzeczy zamiast kolejnego odcinka Muminków (tak na marginesie, Smerfy rulez!).

Sensacyjne doniesienia o instrukcji budowy bomby, ściągniętej z internetu to doskonały materiał dla przymierających głodem redaktorów trzeciorzędnych gazecin, ale jednak jest w nich delikatny powód do niepokoju. Po ślicznej naszej planecie Ziemi chodzi zdecydowanie zbyt wiele istot, którym określenie rozumnej nadane zostało ewidentnie na wyrost; w dawnych, dobrych czasach półmózgi takie nie zwykły były czynić zbyt wiele nierządu, gdyż ograniczane były we wszelkich negatywnych zapędach poprzez zwykły brak kreatywności. Tylko od czasu do czasu udawało się takiemu na przykład Neronowi dorwać do władzy i puścić z dymem spory kawałek miasta. Ale na ogół wszelakie szkodniki nie dopuszczały się równie spektakularnych wyczynów, a jeśli którego zbytnio wyobraźnia poniosła, zakuwany był w dyby, po czym chętka do psocenia mijała mu jak ręką odjął. W epoce internetu nie jest to już takie proste - nawet najgłupszy przymuł, byleby posiadał umiejętność korzystania z jakiegoś www.google.pl oraz źródło inspiracji w postaci filmów gangsterskich, od razu staje się elementem zdolnym narobić naprawdę niezłego zamieszania. Dlatego kłóciłbym się, czy powszechna dostępność każdego rodzaju informacji rzeczywiście jest taką fajną sprawą.

BAJTY SPOD ZNAKU JOLLY ROGERA

Kto się z wielkiej popularności internetu cieszy, to się cieszy, ale raczej nie ma w tym szacownym gronie twórców takich dóbr, jak gry komputerowe, muzyka czy też filmy. Wprawdzie wszystko, co sprzyja globalizacji, sprzyja też rozreklamowaniu tego typu produktów na cały świat, ale z drugiej strony stwarza nieograniczone możliwości "legalnego inaczej" korzystania z nich. I choć wszyscy prawni właściciele "dóbr intelektualnych" (czy jak to się fachowo określa) zgodnie występują przeciw zjawisku tak zwanego piractwa, to specjalnie w tym celu powołane organizacje bez przerwy tylko się ośmieszają swymi syzyfowymi poczynaniami. Choćby dlatego, że niezbyt uczciwych konsumentów jest naprawdę cholernie dużo.

Czy całe to osławione piractwo to naprawdę aż taka zła rzecz? Zważywszy na ceny, jakich żądają od nas na przykład wytwórnie muzyczne, zarówno "uczciwi" sprzedawcy płyt, jak i "piraci" są złodziejami w biały dzień, z tą chyba tylko różnicą, że jedni odziani są w garnitury i kradną w majestacie prawa, a drudzy chodzą w dresach. Chociaż ostatnio różnice w ubiorze też się zacierają, a i paragrafy niespecjalnie dokładnie w przypadku danych cyfrowych stanowią, kto jest podłym złodziejskim nasieniem, a kto nie.

A być może nadszedł czas, by panom Zagorzałym Przeciwnikom Piractwa ktoś bardziej od nich samych rozgarnięty wytłumaczył, że sposób na zabezpieczenie wszelkich płytek przed kopiowaniem nie istnieje? Może należałoby zaakceptować to zjawisko, zamiast z nim walczyć, a zaoszczędzoną w ten sposób energię spożytkować, starając się tak wpłynąć na mentalność potencjalnych klientów giełd, aby ci woleli kupować oryginały? Oczywiście takie metody działania budzą w panach Zagorzałych Przeciwnikach Piractwa obrzydzenie; o ileż wszak wygodniej jest w tej batalii stosować stary, sprawdzony oręż. I nikomu spośród tych panów nie przemawia jakoś do wyobraźni fakt, że (jak ktoś skrupulatnie policzył) wytoczenie procesów o kradzież wszystkim dotychczasowym "wirtualnym złodziejom" zajęłoby w wersji optymistycznej tysiące lat.

Wejście ludzkości w epokę internetu jest jak w dowcipie o pierwszej blondyce na Księżycu. To znaczy nie jestem pewien, czy ktoś w ogóle taki dowcip wymyślił, ale blondynka wysiadając ze swej rakiety kosmicznej na pewno nie omieszkałaby beztrosko zapomnieć o takich detalach, jak na przykład jakiś skafander czy butla z tlenem. Pierwszy ludź w internecie też nie pamiętał, coby na nowym, nieprzyjaznym terenie pomyśleć przede wszystkim o jakowychś zabezpieczeniach. Prędzej czy później jakieś rozwiązanie się znajdzie, ale wśród rzeczy, które ja bym zrobił, szczucie giełdowych sprzedawców mundurowymi i walcowanie pirackich płyt zajmowałyby jedno z ostatnich miejsc.

Mój literacki instynkt, w tym przypadku przejawiający się w prozaicznej postaci rozmiaru pliku wyświetlanego w eksploratorze, przypomina mi właśnie o dostatecznym wyczerpaniu tematu. Wprawdzie nie wydaje mi się, aby istniała w ogóle fizyczna możliwość wyczerpania tematu takiego, jak ten, lecz przesadzona długość tekstu zapewne zniechęca spory odsetek potencjalnych czytelników, a który autor marzy o tym, by nikt go nie czytał? Głęboko nad tym boleję, ale takie rzeczy też trzeba uwzględniać...

Pewien Gość
zlosliwiec@pf.pl



*Dla nieobeznanych w temacie: nie jest to zbyt zaawansowany etap w nauce programowania.
(link nazad) ;-)


PS. Gdyby wśród czytelników znalazł się przypadkiem ktoś spostrzegawczy, to mógłby się zastanawiać nad pisownią słowa "internet" w tym tekście. Wszelkie autorytatywne źródła informują niedwuznacznie, że pisze się to z dużej litery, z czym niestety nie mogę się pogodzić. Duża litera była odpowiednia, póki słowo "internet" stanowiło kryptonim dla supertajnego amerykańskiego projektu wojskowego. Dzisiaj zaś jest to rzeczownik pospolity. Nawet bardzo pospolity.

PPS. Słuchałem (zważywszy, że tekst powstawał przeszło pół roku, będzie to niezgorszy przekrój przez moje zainteresowania muzyczne): Budka Suflera, Queen, Rammstein, Nirvana, Mike Oldfield, Dire Straits, Jean-Michel Jarre, Elektryczne Gitary, Ennio Morricone, Bajm, Lady Pank, Status Quo, Black Sabbath, Nelly Furtado, Red Hot Chili Peppers, Within Temptation, Metallica, Depeche Mode, Pidżama Porno, Jimi Hendrix.