Debiut

   Czytam i czytam. To już trzydziesty ósmy numer a ja ciągle tylko czytam. Pośmieję się, zastanowię, ale nie pozostanę obojętny. Ciągle tylko czytam. Action Mag'a oczywiście. Nie od dziś w mych myślach błądziła myśl aby nie brać w tym przedsięwzięciu tylko biernego udziału, ale aby udzielić się i stać się jego częścią. Aby coś napisać do Action Mag'a (biorąc pod uwagę, że czytam go od pierwszego numeru to dość wcześnie się zorientowałem). I tu wielki dylemat, z którym spotkało się wielu: co napisać? Siadam przy klawiaturze i myślę. Nie, to jest złe postępowanie. Temat można znaleźć dopiero przy codziennych czynnościach, przychodzi sam, a nawet z kumplami. Paru z nich od razu mi się nie spodobało, paru nie miało akurat czasu, kilku obiecało wrócić za jakiś czas a dla paru innych okazałem się niedojrzały. Nieudolnie zabrałem się do rozpracowywania pierwszych w kolejce. Błogi, miękki stukot klawiatury przeleciał po pokoju, w końcu zajmując orbitę wokół palców mych dłoni. Parę myśli, może zbyt osobistych, może zbyt uogólnionych przelanych zostało w mniej lub bardziej udanej formie w ciąg zero jedynek, przetworzonych na litery na ekranie monitora. Przeczytałem, nie jest źle. Wysłać, czy nie? Nie mam tyle do powiedzenia co inni, nie mam warsztatu pisarskiego, nie ... Nad czym ja się zastanawiam - wysłać (raz kozie śmierć)!

   Kafejka internetowa, stacja dyskietek warcząca gorzej niż śrutownik i aż cztery złote za godzinę - czysta przyjemność. Kilka chwil i wchodzę na stronę, ładuję załącznik wśród ogólnych zgrzytów i stuków dochodzących z dyskietki i wysyłam. Uff, udało się. Potem cierpliwie czekam. Po kilkunastu dniach ponowna wizyta w mieście, kafejka, skrzynka pocztowa ... jest, jest! List od Eddie'go. Temat (będący tytułem jednego z wysłanych tekstów) jeszcze nic nie mówi, ale malusi znaczek - :) - nastraja optymistycznie. Drżącą (głównie dlatego, że tarcie o zdartą podkładkę uniemożliwia wykonywanie myszką delikatnych ruchów) dłonią otwieram list. I ... radość, radość i uśmiech pod nosem - teksty zostały przyjęte (koza przeżyła)! I nie chcę już nic więcej. O szczęście niepojęte!!

   Potem trochę tylko poczekać do czterdziestego numeru. Tak naprawdę uwierzyłem dopiero, gdy zobaczyłem. Były tam, niemrawe, amatorskie, nie wyróżniające się zupełnie - moje teksty. Odpalam jeden, coby się upewnić. Czytam i ... jakiś taki lepszy się wydaje niż gdy czytałem go po napisaniu. A potem nagła świadomość, że mogą przeczytać to tysiące ludzi (głośne przełknięcie śliny gratis). O rajusa, co ja narobiłem!! Co sobie o mnie pomyślą? Pośmieją się? Stukną/podrapią w głowę? Oby tylko nie pozostali obojętni.

   Mijają kolejne dni. W końcu wyjazd na miasto i oczywiście przystanek w kafejce (fortunę w niej zostawiam). Odpalam skrzynkę a tam, qrczaki, parę maili w sprawie tekstów z AM (i cichy okrzyk "O jejku!" [a raczej "To działa!"] oraz pewne podniecenie). Nie pozostali obojętni (dziękuję Wam!). A to napędza do napisania kolejnych tekstów jak nic innego.

   I tak oto zakończyła się moja historia z debiutem w Action Mag'u (i na nim chyba się nie zakończy). Było to magiczne przeżycie, które wbrew pozorom nie było takie proste (dziwnie brzmi to zdanie). A takich osób jak ja przy trzydziestym ósmym AM (patrz pierwszy akapit) jest na pewno więcej i coraz więcej będzie. Na co czekacie? Nie zastanawiajcie się - podarujcie sobie odrobinę magii!!

Ecnelis
ecnelis@op.pl

PS. Pozdrowienia dla mojego zaginionego brata bliźniaka, którego odnalazłem (a może to on mnie odnalazł?) m.in. dzięki Action Mag'owi (nawet nie wiecie jakich wydarzeń jesteście źródłem)! Pozdrawiam też wszystkich, którzy chcą być przeze mnie pozdrowieni!