"Donaldzie, Donaldzie, optymisto ty niepoprawny! Jakże się mylisz!" - zakrzyknąć by się chciało, czytając "Krótki art o wypaleniu" z Action Maga numer 43.
Policzyć nie sposób, ilu znakomitych autorów przewinęło się przez AM w ciągu tych, było nie było, niemal czterech lat. Ile artów-arcydzieł mieliśmy okazję przeczytać. Ile razy odchodziliśmy od monitora oczarowani, pełni podziwu... Ile razy w milczeniu kontemplowaliśmy cudzy talent, w cichości serca przyznając, że nigdy nie stworzylibyśmy dzieła równie wspaniałego. Ile razy wreszcie ze zdziwieniem przejmowaliśmy cudze poglądy, powiedzenia, ile razy łapaliśmy się na powtarzaniu argumentów, opinii.
Wiele razy, bez wątpienia wiele.
Ciężko orzec, zdefiniować, co czyni tekściarza wybitnym. Na pewno nie jest to prosta suma biegłości we władaniu polszczyzną, stylu i poruszanych w tekstach tematów. Potrzeba czegoś więcej, tego nieuchwytnego "czegoś" właśnie, jakiejś specyficznej odmiany charyzmy, która z dobrego autora uczyni zbiorowego bohatera, sztandar, pod którym jednoczyć się będą inni.
Pamiętamy Misia Eryka, Archwiego czy Pasibrzucha. Byli oni naprawdę WIELCY, przez pewien czas rozdawali karty niemal wyłącznie między sobą. Gdy zniknęli, zamknęła się pewna epoka, zmieniło się oblicze Action Maga.
Potem byli inni - między innymi Slavik. Najbardziej niedoceniany wśród największych i największy wśród niedocenianych. Według mnie pisał on znakomicie i miał wszelkie zadatki na gwiazdę wielkiego kalibru. Potrafił opublikować dziesięć artów w jednym numerze; był prawdziwym ewenementem - ilość szła u niego w parze z jakością. Błyskawicznie zajął miejsce w ścisłej czołówce... i odszedł. Był jak supernowa. Świecił niesamowicie jasno, lecz zgasł niesamowicie szybko. Jak sam mówił wypalił się. Nie jeden raz namawiałem go do powrotu. Odpowiedź była zawsze taka sama. Nie rozumiałem go. Do czasu.
Gdy to piszę, kończy się październik. Od czerwca napisałem tylko jednego arta. I to wcale nie dlatego, że nie miałem czasu, że miałem na głowie inne, bardziej angażujące zajęcia. Nie dla tego, że mi się nie chciało. Wiele razy zasiadałem za klawiaturą z gotową wizją tekstu tylko po to, by go bezpowrotnie skasować po napisaniu kilku pierwszych linijek. Nawet teraz, w tej chwili walczę z przmożną chęcią rzucenia tego w diabły.
To jest właśnie wypalenie.
Przez kilkanaście miesięcy mojej dotychczasowej bytności w Action Magu napisałem dokładnie czterdzieści artów, oczywiście wliczając tylko te z głównej puli. Z czystym sumieniem mogę napisać, że w jakiś sposób zapisałem się już w jego historii.
Ostatnio przeżyłem szok, czytając ankietę przygotowaną przez Publa. Konkretnie tą rubrykę, w której actionmagowi autorzy polecali czytelnikom innych autorów. Byłem autentycznie zaskoczony, jak często powtarzała się moja ksywka. Bo wiecie - co innego po prostu pisać, a co innego pisać dla innych. W momencie, gdy okazuje się, że innym podoba się twoja praca, zaczynasz czuć zobowiązanie.
Przed przerwą w pisaniu byłem ewidentnie na fali wznoszącej. Dwa arty, które notabene miałem za jedne z moich słabszych, "Nekrolog" i "Zalatuje nastoletnim duchem" (ten pierwszy powstał w przeciągu pół godziny, a gdy go wysyłałem serio liczyłem się z możliwością odesłania przez naczelnych - tymczasem trafił nawet na okładkę) wywołały prawdziwa burzę w mojej skrzynce pocztowej. Czułem się autentycznie głupio, odbierając gratulacje za teksty, które kompletnie mi się nie podobały. Jeszcze głupiej, gdy pojawiły się prośby o ciąg dalszy.
A już całkiem idiotycznie, gdy uświadomiłem sobie, że oto ziściły się moje marzenia z czasów, gdy pełen entuzjazmu z radością stukałem w klawisze, a każdy opublikowany tekst był powodem do świętowania.
To jest właśnie wypalenie.
Piszesz Donaldzie, że w wypalenie nie wierzysz. Trochę Ci tego zazdroszczę. Chciałbym wierzyć, że napiszę jeszcze wiele tekstów, z których będę zadowolony. Że nie stanę się kolejnym actionmagowcem, o którym mówić się będzie wyłącznie w czasie przeszłym. Takieś resztki tej wiary jeszcze we mnie pozostały, i chyba tylko to powstrzymuje mnie przed napisaniem pretensjonalnego pożagnania, w którym podziękowałbym za uwagę i oznajmił, że już sobię idę.
Tymczasem cieszę się, że wypalenie Ci nie grozi - w końcu na dzień dzisiejszy wraz z UnionJackiem robisz za Syzyfa, toczącego actionmagowy kamień. Obydwaj ciężko zapracowaliście na obecną pozycję i gdybyście i wy zniknęli, zaczęłoby być nieciekawie.
Nie mówię, że poza wami nie ma dobrych autorów - bo przecież są. Ale obecnie to wy jesteście tymi WIELKIMI, nadającymi kształt Action Magowi. Wy się dać wypaleniu nie możecie. Toczcie, toczcie ten kamień.
A wy, młodzi, stawiający swe pierwsze kroki tekściarze, również nie próżnujcie. Obok rutyny musi istnieć i radosny entuzjazm, którym nadajecie naszemu magazynowi ten specyficzny klimat. Piszcie od serca i nie czekajcie na moment, w którym osiągniecie swój szczyt. Cieszcie się samym pisaniem. Ani się obejrzycie, gdy zajdziecie wyżej, niż byście oczekiwali. I nierzadko chcieli.
Axel
p.s. Ja tu jeszcze wrócę. A jeśli nie, to pozdrawiam po raz ostatni.