Instrukcja picia piwa
czyli pół dekalogu pół żartem


Niniejszym ostrzega się, że Autor tego tekstu to człowiek chory na umyśle, kompletnie pozbawiony jakichkolwiek hamulców moralnych i poszanowania dla bliźnich, z iście sadystycznymi skłonnościami do obrażania ich, psucia im humoru, doprowadzania do głębokich depresji i samobójstw.



Wszystko, co tym razem chciałem wam przekazać, drodzy czytelnicy, to moja najnowsza myśl, że nie ma jak zimne piwko. Taka wskazówka może wystarczyć, i wielu rzeczywiście wystarcza, jako motto na całe życie. Ale jedno zdanie to trochę mało jak na porządnego arta i nawet dość pobłażliwy pod tym względem Qn`ik gotów by był odmówić publikacji mojego "dzieła". Dlatego postanowiłem rozwinąć nieco tę myśl i w dodatku uczynić to w przystępnej formie dekalogu. A dlaczego dekalogu właśnie? Nie należy tu się dopatrywać jakichś zakrojonych na szerszą skalę manipulacji, po prostu taki akurat mam kaprys. No więc niech mi nikt pochopnie nie zarzuca nudnego moralizatorstwa ani innych bardzo złych rzeczy. To tylko eksperyment.

Oczywiście wiadomym mi jest, że dekalog winien składać się z dokładnie dziesięciu punktów, podczas gdy mnie pomimo nadludzkich usiłowań za każdym razem wychodziła inna liczba, tylko nie dziesięć. Jak powinno nazywać się dziewięcioro albo jedenaścioro przykazań - bladego pojęcia nie mam. No wiecie, człek niewykształconym, afrykańskiego języka nie rozumiem, toteż używać będę nadal określenia 'dekalog'. Ono bowiem, choć do faktycznej liczby punktów nijak się mające, właściwe daje rzeczy słowo (czyli każdy od razu łapie, o co biega).

Niestety, na mej drodze do osiągnięcia pełnej oryginalności w doborze tematów zawsze musi stanąć jakaś przeszkoda. Najpierw był to człowiek o ksywie Mojżesz, niespełniony prorok i alpinista, co to wlazłszy na jakąś górę doznał najwyraźniej zaburzeń wywołanych brakiem tlenu, gdyż bez żadnych wyraźnych powodów wykuł w skale dziesięć sztuk przykazań. Ten akurat narwaniec nie sprawiał większych problemów, bowiem ujrzawszy, jak jego lud modli się do krowy, wkurzył się pan Mojżesz niezmiernie i dzieło swe w sposób dość gwałtowny anulował. Potem zjawiła się horda rozmaitych filozofów - ci to już kombinowali ile wlezie, bo wykuwanie dekalogów w skale za przeżytek uznano, a na pergaminie (czy też później na papierze) można już było napisać tyle głupot, ile tylko do głowy przyszło. Ostatnią ze znanych mi prób spisania dekalogu przeprowadził niejaki Krillin, w AM #40, i to już jest próba najwyższej uwagi godna, gdyż w przeciwieństwie do wyżej wymienionych ów Krillin posłużył się jedną z najnowszych zdobyczy techniki, czyli komputerem, by prawdy swe utrwalić dla potomnych. Podejrzewam jednak, że porady w stylu "Nie ufaj dziewczynie która otwiera oczy podczas pierwszego pocałunku" albo "Nie obdarzaj nieznajomych zaufaniem" przeciętny czytelnik Action Maga skwituje co najwyżej pogardliwym uśmieszkiem. Dlatego też w tym momencie do akcji wkraczam JA (zagrzmiało).

* * *


1. Nic cię nie obchodzi, co myślą sobie inni

Starożytni stoicy nazwali to sobie zasadą autarkii etycznej; ty nie musisz uczyć się na pamięć takich skomplikowanych słów (bo będą ci się później śniły po nocach), ważne byś nie przejmował się myślami, uczuciami i poglądami innych więcej, niż to jest konieczne, by smak browaru móc w spokoju kontemplować. Wiedz, iż wszystko, czego ci do szczęścia potrzeba, to oprogramowanie zainstalowane wewnątrz twojej czaszki i jeśli w dodatku wiesz, jak z niego zrobić użytek - to w zupełności wystarczy. Czasami niektórzy mogą stać na przeszkodzie do realizacji twych marzeń, albo przeciwnie - mogą sami ci tę realizację ułatwiać. Jednak osobą, od której najwięcej zależy w tej ważnej kwestii, jesteś ty sam. Warto sobie to uświadomić, coby później nie złorzeczyć na cały świat, jeśli ci coś nie wychodzi.

Czasami, gdy chcesz zrobić coś, co zaprząta twój umysł już od dawna, wstrzymuje cię jedna wątpliwość: co powiedzą na to inni? To ładnie, że myślisz o bliźnich, ale - co cię to właściwie obchodzi? Inni mają swoje życie i wbrew temu co czasami mówią, to właśnie swoim życiem są zajęci najbardziej. I ty rób to samo. Jeśli każdy z sześciu miliardów dwunożnych małpiszonów zwanych nieco na wyrost człowiekami zacząłby się nagle martwić tylko o siebie, zaistniałaby równowaga w przyrodzie i wszyscy byliby happy. Każda inna konfiguracja, biorąc pod uwagę rachunek prawdopodobieństwa przy tak dużej liczbie, produkuje tzw. ludziów nieszczęśliwych.

Przyznaj, często też martwi cię to, że twój najlepszy kumpel albo ktoś inny z twego otoczenia ma takie a nie inne zdanie na dany temat. Słucha innej muzyki (słoń mu chyba uszko przydeptał!), opowiada się za karą śmierci (barbarzyńca jeden!), jest świadkiem Jehowy (na stos z nim!)... Wszystko to wyprowadza cię nieraz z równowagi, a przecież nie masz najmniejszych powodów, aby w ogóle się tym interesować. Przyjaźń i miłość nie polegają na tym, aby kogoś zmieniać, tylko aby go akceptować takim, jakim jest (rrrany, ale banały dzisiaj prawię). Zaś dochodzenie do własnego szczęścia nie polega na obserwowaniu, że twoje otoczenie jest dokładnie takie, jak TY chcesz. Polega na satysfakcji z twoich własnych osiągnięć.

Oczywiście osiągnięciem zawsze można nazwać np. zreformowanie swojego przyjeciela, aby ten słuchał tego samego gatunku muzyki co ty, ale: po pierwsze, nie jest to na tyle łatwe, by komukolwiek się opłacało (można to udowodnć empirycznie), po drugie - jest to stawanie na drodze do czyjegoś szczęścia (nigdy nie wiemy, co jest szczęściem dla kogoś drugiego, może np. on jest masochistą i właśnie dlatego lubi Ich Troje?), a to nieładnie przeszkadzać komuś w osiąganiu szczęścia. Bardzo nieładnie.

Tak więc, jeśli nie chcesz dokładać sobie problemów, o bliźnich myśl tylko tyle, ile naprawdę potrzeba. A nie trzeba, wbrew utartym opiniom, wiele.

* * *


2. Nie masz żadnego interesu w tym, żeby dążyć do przeciętności

Plotka głosi, że każdy człowiek jest inny. Brzmi cool, tylko dlaczego tyle egzemplarzy wydaje się być zupełnie identycznymi? Wyjrzyj tylko za okno. Widzisz tę bandę troglodytów? Wszyscy mają ogolone makówki, wszyscy wyzute z najmniejszych szczątek inteligencji spojrzenia, wszyscy są ubrani w jednakowo szmatławe szmaty. Jeśli miałeś kiedyś wątpliwą przyjemność bezpośredniej konfrontacji z takimi typami, to doskonale też wiesz, że pod względem "duchowym" również niewiele się między sobą różnią. Każdy z nich gardzi wiedzą, gloryfikując jednocześnie przemoc fizyczną (przynajmniej w sensie dziesięciu na jednego, bo w pojedynkach bywają mniej odważni), wszelkie używki, sprawność w posługiwaniu się plugawym językiem i szybkie, łatwe przyjemności - mecze piłki nożnej, szybkie samochody (mogą być kradzione) i - jak to rozbrajająco szczerze określają - pieprzenie się (w ten metaforyczny sposób określają też często przygody z własną ręką w ubikacji). Sam widzisz - czysty indywidualizm.

Jeśli wydaje ci się, że pragnienie bycia przeciętnym mamy w genach, albo że takie jest nasze przeznaczenie, to źle ci się wydaje. Każdy, kto koncentruje się przede wszystkim na tym, by się broń Boże nie wyróżnić ze stada, kieruje się jednym uczuciem: obawą, że nie zostanie zaakceptowany przez większość. Wszystko co robi ma na celu pokazanie, że jest taki jak wszyscy. Jeśli taki człowiek przypadkiem odkryje w sobie coś wyjątkowego, natychmiast to tłumi - bo co by było, gdyby się inni o tym dowiedzieli? Jeszcze by go wyśmiali. Bycie przeciętniakiem ma natomiast tę zaletę, że nikt cię nigdy nie wyśmieje (no, chyba że taki Pewien Gość). Gdyby chciał to zrobić, musiałby przecież wyśmiać wszystkich tych, do których się upodabniasz, a walczyć z większością - to przecież stracona walka. Dlatego wygodnie być szarakiem. Ale wtedy rezygnujesz z ważnej rzeczy: wolności bycia sobą. A to, co tak naprawdę tygryski lubią najbardziej, to bycie tygryskami, nieprawdaż?

Zastanów się, ile już durnych rzeczy zrobiłeś w życiu tylko dlatego, by się dostosować do otoczenia. Czy nowy model komóry naprawdę jest ci potrzebny? Czy ten serial w TV rzeczywiście ci się tak podoba? Czy faktycznie masz powód do dumy, chwaląć się przed kumplami, że nie przeczytałeś w tym roku żadnej książki? A może to wszystko nie wynika z twoich własnych potrzeb, tylko zostało ci narzucone z zewnątrz? Pewnie gwałtownie zaprzeczysz - głupek jakiś napisał ten tekst, śmie cię o pozerstwo bezczelnie oskarżać... Jeśli tak sobie pomyślałeś, to prawdopodobnie naprawdę kiepsko z tobą, bracie - już nawet nie rozróżniasz, co naprawdę jest dobre dla ciebie, a co dyktuje ci otoczenie. Twoje życie nie ma większego sensu - właściwie to już dawno przestało być twoje życie, a stało się marną wegetacją, sterowaną z zewnątrz. Ostatnie resztki pozorów wolności to możliwość wyboru koloru obudowy do telefonu. Oto jak wielka jest twoja władza nad samym sobą. Najlepiej od razu idź się powiesić, oszczędzisz sobie i bliskim wielu frustracji i problemów.

Nie zrozum mnie źle. Być niepowtarzalnym to nie znaczy, że musisz od razu stanąć na czele ogólnoświatowej rewolucji albo przynajmniej wygrać wybory prezydenckie. Żeby być niepowtarzalnym, nie musisz w ogóle wychodzić z domu (chociaż zalecałbym od czasu do czasu jednak wychodzić, w przeciwnym razie przedobrzysz i zyskasz sobie opinię dziwaka). Pamiętaj o jednym: źródłem tej niepowtarzalności możesz być jedynie ty sam, kolega ci nie wytłumaczy, jak być oryginalnym, w telewizji tego tym bardziej się nie dowiesz.

Podsumowując punkt drugi: jeśli chcesz żyć naprawdę, nie możesz iść na wygodne kompromisy i kierować się drogowskazami ustawianymi przez obcych ci ludzi, tylko dlatego że wszyscy tak robią. Znajdź swoją drogę.

* * *


3. Weź życie w swoje ręce

Na kursie prawa jazdy instruktor powiedział mi kiedyś, że bardziej samochód prowadzi mnie, niż ja jego. Złośliwy był ten facet jak nie wiem co, ale mniejsza o detale. Ciekawe, że niektórzy robią dokładnie to samo ze swoim życiem. I dobrze wiedzą, dlaczego to robią - w razie jakiejś porażki będą mogli obarczyć winą kogoś innego. Ale jaki sens ma takie postępowanie? Czy przypadkiem nie taki sam, jak oskarżanie samochodu o pomyłkowe wjechanie w złą uliczkę albo o wypadek? A zresztą czy wskazanie winnego zmniejszy szkody powstałe w wypadku? Zwykle nie zmniejsza. Czy nie lepiej wobec tego wziąć odpowiedzialność na siebie i po prostu uważać, żeby wypadków w ogóle nie powodować?

Jeśli spróbujesz poszukać wokół siebie przykładów uciekania od odpowiedzialności, niechybnie skręcisz kark. Robią to bowiem prawie wszyscy. Prawica zrzuca odpowiedzialność na lewicę, lewica na prawicę. Policjanci zrzucają na paragrafy, urzędnicy na procedury, programiści na Microsoft, a gdy nie ma winnych na horyzoncie, zrzuca się odpowiedzialność na komuchów. Profesorowie w szkołach chowają się w cieniu swego zdobytego z mozołem tytułu naukowego, podwładni - za parawanem przełożonych. Wreszcie szary ludek, który nie ma się gdzie schronić, modli się żarliwie do Boga, przekonany, że chociaż na tego można zrzucić ciężar decydowania. Każdy boi się odpowiedzialności. A jednocześnie każdy chce władzy. Tylko że władza bez odpowiedzialności nie istnieje. Bo pewnego pięknego dnia ktoś dociekliwy (sumienie?) może spytać takiego na przykład dyrektora firmy, który nie robi nic ponad wymyślanie kolejnych usprawiedliwień dla swej nieudolności: "To jak to w końcu jest, chłopie, jesteś dyrektorem czy upośledzonym przybłędą, który nic nie potrafi?".

Władza nad własnym życiem to naprawdę fajna rzecz. Wiedzą o tym doskonale ci, którzy byli kiedyś w więzieniu. I mówię tu o więzieniu, a nie przytułku dla pokrzywdzonych przez los bandyciątek, z telewizorami w każdej celi i gołymi paniami na ścianach. Zresztą co ja tu o więzieniach, większość z nas miała przecież własną wesołą przygodę z ograniczaniem wolności (szkoła). Niektórzy przynajmniej wracają sobie ze szkoły z poczuciem niewymownej ulgi, że do końca dnia nie będą już musieli siedzieć sztywno na siermiężnym meblu, przez jakiegoś dowcipnisia nazwanym krzesłem, i posłusznie a bezmyślnie przepisywać do zeszytu nic nie znaczące formułki. Niektórzy. Bo chociaż ulgę odczują w takiej chwili niemal wszyscy, to większość dalej tkwić będzie w okowach, tym razem na własne życzenie założonych. Bo tak niewybrednych rozrywek, jak na przykład oglądanie telewizji, nie nazwiemy przecież hymnem wyzwolenia. Jest to świat wyobraźni - czasem piękny, zazwyczaj kiczowaty, ale zawsze wygodny i stojący otworem przed każdym, niezależnie od jego ilorazu inteligencji. Ale za wygodą i dostępnością stoi mała, prawie niedostrzegalna wada: to nie jest realny świat, a gdy oddajesz się błogiemu zapomnieniu w ramionach niezastąpionego TV, podpisujesz cyrograf i co gorsza sprzedajesz nie tylko duszę, ale i ciało - i nie musisz nawet jechać z tym do Rzymu.

Raz jeszcze przypomnę: nakichać na wzorce rodem z kraju hot-dogów. Stwórz własne, a zobaczysz, że w ten sposób każdy dzień będzie ci przynosił o wiele więcej satysfakcji.

* * *


4. Pamiętaj, w czym tkwi diabeł

Spytany, do czego w życiu dąży, przeciętny człowieczek odpowie po chwili namysłu: do szczęścia (i pokoju na świecie :-) ). Musicie przyznać, że jest to wyjątkowo nieprezycyjne stwierdzenie. Nieprecyzyjne i w dodatku kompletnie bezużyteczne. Już lepiej postawić sobie za cel jaranie blantów, jak Laska z filmu "Chłopaki nie płaczą", to przynajmniej konkretne zajęcie. Ogólnikowe dążenie do szczęścia bowiem jakoś dziwnie często lubi się rozmijać z tym, co aktualnie robimy. Dajmy na to, że chodzimy sobie do szkoły, czego rzecz jasna z całej duszy nie cierpimy. Powtarzamy sobie ciągle, że prawdziwe życie to się zacznie dopiero gdy zaczniemy pracować (a przynajmniej studiować). Potem dostajemy jakąś mało ciekawą (naszym zdaniem) pracę i oczywiście dalej narzekamy, od czasu do czasu pocieszając się, że kiedyś tam trafimy w końcu szóstkę w totka i będziemy mogli leżeć brzuchem do góry do końca swych dni. W ten sposób upragnionego życiowego celu nie osiągamy nigdy, co nie stanowi raczej miłej perspektywy.

Zanim jednak pójdziesz się zastrzelić z rozpaczy, wiedz, iż istnieje nieco rozsądniejsze wyjście z tej niewesołej sytuacji. Otóż wystarczy, że nauczysz się cieszyć drobnymi rzeczami, że właśnie te krótkie chwile przyjemności uczynisz swoim nadrzędnym, życiowym celem, zamiast oczekiwać nie wiadomo na co. Podam przykład: wyobraź sobie, że jesteś człowiekiem wyjątkowo nie znoszącym odrabiania lekcji. Wiem, że to bardzo trudne, ale postaraj się ;-). A więc traktujesz ten obowiązek jako zło konieczne. Z takim podejściem do sprawy staje się on faktycznie udręką na miarę pracy w syberyjskim kamieniołomie. Sytuacja obraca się jednak o sto osiemdziesiąt stopni w momencie, gdy zmieniamy nasze nastawienie na pozytywne. Brzmi to zapewne jak jedna ze 101 porad z czasopism dla gospodyń domowych, ale w praktyce wychodzi całkiem nieźle - możesz sam spróbować.

Podobnie jak z odrabiania lekcji, niezbędne dla prawidłowego rozwoju istot człekokształtnych małe dawki przyjemności można czerpać z: odkurzania pokoju, podlewania kwiatków, bardziej lub mniej udanej próby unieszkodliwienia zakłócającej nam spokój muchy, mycia samochodu, naprawiania głośników komputerowych za pomocą scyzoryka (nie polecam), czytania codziennie innej strony ze słownika wyrazów obcych, słuchania codziennie tego samego kawałka Queen, suszenia swej bujnej czupryny wysłużoną, postkomunistyczną suszarką (nie polecam), nałogowego wcinania chipsów paprykowych, kupienia sobie sierpu (zdecydowanie nie polecam). Do rozrywek bardziej popularnych, jak oglądanie meczu (nawet kiepskiego) w gronie dobrych kumpli czy też po prostu picie piwa, nie muszę chyba nikogo specjalnie zachęcać. Jeśli już znowu jesteśmy przy piwie, to muszę lojalnie was przestrzec przed niebezpieczeństwem nadinterpretacji owych niewielkich dawek przyjemności, bo przecież procederu dolewania wody do browaru (na przykład) nie nazwiemy brzydko skąpstwem?

Nieważna zresztą ta woda w piwie. Dużo więcej siwych włosów przysparza myśl, że w dzisiejszych czasach na drobiazgi nikt nie ma czasu. Wszystko, z czym kojarzy się obecnie przyjemność, to: seks, sława i duże pieniądze, ewentualnie szybkie samochody. A w tak zwanych niższych sferach: schlanie się do nieprzytomności, ewentualnie seks. Szybko, dużo i w miarę możliwości - za darmo. Ponieważ zaś nie ma nic za darmo, co nagle to po diable, a zbytnia zachłanność jest nawet jednym z grzechów głównych - nie ma się co dziwić, że tak naprawdę mało kto jest dziś szczęśliwy.

Gdyby zebrać te rozważania z punktu czwartego w jednym zdaniu: ciesz się chwilą, a będziesz miał powody do radości do końca życia.

* * *


5. Myśl

Jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało, myślenie to jedna z naszych najważniejszych czynności życiowych i doprawdy szkoda, że tak niewielu z nas zadaje sobie ten trud. Bez własnego, nienarzuconego z góry myślenia ani żaden dekalog, ani tym bardziej jego połówka, jaka mi koniec końców wyszła, nie pomoże ci w staniu się lepszym człowiekiem.

* * *


Tylko tyle, albo aż tyle, rzeczy przyszło mi do głowy w związku z tematem, jaki sobie wymyśliłem na początku artykułu. Teraz, gdy wszyscy dokładnie już wiedzą, jak należy pić piwo, nie pozostaje nic innego, jak tylko przejść do ćwiczeń praktycznych. Tego chyba nie trzeba dwa razy powtarzać, prawda?

Pewien Gość
zlosliwiec@pf.pl