Jeśli czytasz te słowa, ja już nie żyję (wiesz, jak śmieszą mnie filmy, w których padają tak banalne sformułowania, więc sama rozumiesz, że nie mogłem się powstrzymać przed użyciem ich tutaj).
Popełniłem to samobójstwo (gdy to piszę, ciągle "popełnię", zadziwiający relatywizm czasowy) nie pod wpływem chwili, nie w nagłym akcie rozpaczy, lecz w wyniku wielomiesięcznych rozmyślań. Wiesz, że zawsze potrafiłem myśleć trzeźwo, z zimną krwią. Jest ona jeszcze zimniejsza teraz, kiedy moje ciało leży w trumnie jakiś metr pod ziemią. Słyszałem kiedyś, że pierwszą rzeczą, jakiej uczą harcerzy po przybyciu na biwak, jest umiejętne posługiwanie się saperką jako przyrządem toaletowym - każdy musi umieć wykopać sobie dziurę w ziemi i do niej defekować (uwielbiam to słowo), a potem zakopać tę brązową masę, która budzi takie zakłopotanie u estetów. To, co po mnie zostało, w końcu też jest organicznym odpadkiem, więc zrozumiałe są te harcerskie praktyki, jakie zapewne dokonały się na cmentarzu.
Przepraszam Cię za ten brak powagi, pewnie trochę za mną tęsknisz, kto wie, może nawet płakałaś i jakoś nie na miejscu wydaje Ci się, gdy mój trup pozwala sobie na skatologiczne żarty. Ale kilka tygodni temu znalazłem u Bursy takie pasujące do mnie słowa: "Nauczyłem się śmiać z własnego trupa / (znasz dobrze ten mój ostatni chwyt)". Cała pogarda dla śmierci, a zarazem całe moje nią zafascynowanie (słusznie zauważyłaś, że niemal tylko o niej ostatnio piszę), cała moja "filozofia", wszystko to, a przede wszystkim to samobójstwo wynika ze strachu przed nią. Przez to ciągłe pisanie o niej, jakbym chciał ją oswoić, jakbym próbował się przyzwyczaić, jakbym starał się pokonać przerażenie. Ale już się nie boję. Najtrudniej było podjąć decyzję, teraz wszystko jest proste.
Napisałem, że zabiłem się ze strachu przed śmiercią, co brzmi jak oczywisty paradoks, ale taka właśnie jest prawda (i tu nastąpi ta część listu pożegnalnego, w którym samobójca - w tej roli ja - wyjaśnia, dlaczego podjął ten desperacki krok, odbierając sobie życie w kwiecie wieku, o czym zawiadamia pogrążona w żalu rodzina... Ach, jak ja uwielbiam język nekrologów! Ciekaw jestem, co o mnie napiszą. Swoją drogą, to też interesujące, że w takim momencie ciągle dbam o stylistykę, a nawet stosuję akapity. Widać próżność nie opuszcza mnie aż do śmierci).
Wiesz, że lubię rozrywki masochistyczne: uświadamianie sobie nieuchronności i ostateczności śmierci, kontemplowanie nicości, która mnie po niej ogarnie czy rozkoszowanie się myślą o moim gnijącym trupie. Teraz już rozumiesz (jeśli wcześniej tego infantylizmu nie rozumiałaś), że to przejaw mojego tchórzostwa. Kiedyś wpadłem na pomysł nowej zabawy: postanowiłem sprawdzić, ile uda mi się w ciągu trzech minut wymyślić różnorodnych sposobów nagłego zgonu. Nigdy nie byłem zbyt kreatywny (nie mogłem sobie przypomnieć tego słowa, szukałem go w pamięci chyba z minutę; zabawne w porównaniu z tym, co chcę za chwilę zrobić i z tą garstką czasu, która mi została), napisanie jakiegoś tekstu zajmowało mi co najmniej tydzień, czasem dużo więcej, więc mój wynik na pewno nie jest dobry. Ale prawie dwadzieścia różnych i - co gorsze - prawdopodobnych wizji pożegnania się z tym światem uświadomiło mi, że to przecież nie ma sensu, że życie w ciągłym zagrożeniu, w bezustannym poczuciu strachu jest poniżające. Nie wiem, czy mnie zrozumiesz, ale świadomość, że niemal w każdej chwili może mnie potrącić samochód, trafić piorun, zagryźć pies, zabić wybuch gazu w budynku lub zakatować na śmierć jakiś dres dla pięćdziesięciu złotych, sprawia, że wszystko, co przeżyłem i co mógłbym jeszcze przeżyć, traci sens.
Chyba chodzi o to, że zawsze chciałem być wolny. Nienawidziłem, gdy mi cokolwiek moją możliwość decydowania o samym sobie ograniczało lub gdy ktokolwiek próbował mi rozkazywać. Czułem się zazwyczaj w takich sytuacjach pozbawiony godności (zabawny jest ten czas przeszły; że już nawet ja piszę o sobie jako o człowieku martwym!). Również świadomość bezustannego zagrożenia śmiercią, świadomość kruchości i "lekkości" - jak by to określił Kundera - życia upokarzała mnie każdego dnia. Nie mogłem znieść świadomości, że ślepy los decyduje o tym jak i kiedy mam umrzeć, że nie mam żadnej władzy nad tą najważniejszą dla mnie rzeczą. Gdy myślałem o swoich ostatnich chwilach, bardziej niż zrozumiałe przecież poczucie przerażenia przeszkadzało mi to nieznośne, poniżające uczucie bezsilności. Ja wiem, że to wynik mojej megalomanii, mojego pragnienia nieśmiertelności, ale "każdy człowiek śni, że jest bogiem", jak napisał Malraux. Dlatego uznałem, że istnieje tylko jedna rzecz, którą mogę zrobić, aby jakoś pogodzić swoje "boskie aspiracje" z ziemską śmiertelnością: postanowiłem wziąć śmierć w swoje ręce i jak starożytni Rzymianie sam sobie zadać honorowe cięcie. "I bierne jest umieranie, lecz samobójstwo jest czynem!" Znowu Malraux. I znowu patos.
Literackie odniesienia mnie dziś nie opuszczają. Wspomnę Ci więc jeszcze o "Idiocie" Dostojewskiego. Jedną z drugoplanowych postaci tej powieści był Hipolit Tierentiew, gruźlik, któremu lekarze prognozowali rychłą śmierć. Postanowił on więc nie czekać bezczynnie na swój koniec, nie trzymać się kurczowo życia, nie odliczać godzin, wiedząc, że każda następna może okazać się ostatnią, lecz popełnić samobójstwo i udowodnić tym sobie i innym, że się nie boi, że to życie nie jest jego warte. W swoim pożegnalnym liście napisał takie słowa: "Gdyby w mojej władzy było nie rodzić się, na pewno nie przyjąłbym istnienia na takich obraźliwych warunkach. Ale w mojej władzy jest jeszcze umrzeć, chociaż właściwie zwracam to, co już zostało policzone. Niewielka to władza i niewielki bunt." Postaci u Dostojewskiego są często przerysowane, nienaturalne, ale są momenty, w których stają się one prawdziwe aż do bólu. Choć oczywiście Fiodor, niereformowalny moralizator, zrobił z Hipolita nieudacznika (pistolet się zacina i samobójstwo nie dochodzi do skutku), szaleńca, ośmiesza go. Już myślałem, że istnieje jakaś nić porozumienia... Nie myśl sobie, że ten mój czyn jest jedynie plagiatem Tierentiewa, tyle że skutecznym. Pomysł tego samobójstwa przyszedł mi do głowy dobre kilka miesięcy przed moją lekturą "Idioty"... Właściwie nie wiem, dlaczego obawiam się posądzenia o plagiat, pewnie znowu próżność...
Napisałem o Hipolicie również dlatego, że jego decyzji nikt nie zrozumiał, że każdy z niej kpił, uważał ją za dziecinną i niepoważną. Obawiam się, że podobnie może być i w moim przypadku. Już widzę moje sąsiadki, które kiwając głową lamentują, że przecież miałem wszystko: kochającą rodzinę, Ciebie, że właśnie rozpocząłem studia, że wszystko mi się w życiu udawało, że biedni też nie byliśmy i tak dalej. Poza tym pewnie będą myślały, że pojawił się w moim życiu jakiś problem, z którym nie mogłem sobie poradzić i wybrałem ucieczkę. One nie zrozumiałyby mojego buntu, tej kontestacji czystej i bezinteresownej, bo przecież nie wymierzonej w nic ani w nikogo. Ten brak możliwości porozumienia polega na tym, że one są mądre tą głupotą ludu i dla nich śmierć to zwykła kolej rzeczy. One potrafią się z nią pogodzić, możliwie rzadko myśleć o niej, ja tak nie umiem. Pieprzony egzystencjalizm...
Mówi się o samobójcach, że myślą tylko o sobie, że nie przejmują się uczuciami tych, których zostawiają. To nie do końca prawda. Ja zdaję sobie sprawę, że Ty możesz teraz cierpieć, że mogą cierpieć moi rodzice, ale utrzymywać się przy życiu wbrew sobie po to, aby nie sprawiać wam bólu? Jesteście dla mnie ważni, ale zawsze ja sam byłem dla siebie najważniejszy. Wiem, że to egoizm, ale to również kwestia wolności, godności i innych abstrakcji. Rozumiesz? Ja musiałem to zrobić.
Phnom Penh