Katharsis

Ciemno się zaczyna robić. Trzeba wracać do domu.Wiatr pozrywał z drzew ostatnie liśćie. Bawi sie z nimi, tańczy, przewraca do góry nogami, kładzie na ziemi, to znów podrywa i unosi w siną dal. Nie mają od niego ucieczki. Swoisty danse macabre.

Jak to ktoś juz kiedyś górnolotnie określił "niebo płacze".
Ludzie lubią owijać w bawełnę. Nie mówią śmierć, tylko przemijanie.
Tak jest ładniej, delikatniej.
My nie umieramy, my tylko przemijamy.

Chyba tylko ja tutaj zostałam. Jeszcze tylko jakiś dziadek z laseczką ostatnim rzutem oka ogarnia cały cmentarz i wychodzi przez bramę. Mocno pada, część zniczy zgasła.

Umysł człowieka może się zablokować. Odgonić od siebie tą jedną, najgorszą, najstraszniejszą myśl w najgłębszy zakamarek świadomości. Nie dopuszczać jej do siebie przez bardzo długi okres. Ignorować. Tak jakby to nigdy nie miało miejsca. Przeciez to nie prawda. Tak nie mogło być.
W kółko, od początku i znowu - to nieprawda.
Tak do końca chyba jednak nie da się tego wbić do głowy.
Nie można siebie do końca oszukać.
Chyba.

W końcu przychodzi taki dzień, moment, że wszystko się wali.
Wystarczy cokolwiek - zapach perfum, wspomnienie, pocztówka z wakacji.

Ziemia usuwa ci się spod nóg.
Nie płaczesz.
Ty dosłownie ryczysz.
Trzęsiesz się w spazmach nie wydobywając z siebie dźwięku.
Gardło zaciska się tak, że aż boli, piecze.
Jakby ktoś wciskał ci w przełyk ostry nóż.
Czekałeś na ten dzień.
Bardzo długo.
I nikt ani nic nie może ci pomóc.
To musi samo przejść.

Dzisiaj rozpaliłam znicz w sobie. Odrodziłam się.
Chociażby nie wiem, jak to banalnie brzmiało.

Jeszcze jedno spojrzenie ma cmentarz. I na ten jeden szczególny grób.
I nagle wszystko znowu jest pomarańczowo- szare, zamazane.

Jak to dobrze, ze ktos wymyślił wodoodporny tusz do rzęs.

zimnokrwista