Dlatego
czyli odpowiedzi na nurtujące młodzież pytania


Niniejszym ostrzega się, że Autor tego tekstu to człowiek chory na umyśle, kompletnie pozbawiony jakichkolwiek hamulców moralnych i poszanowania dla bliźnich, z iście sadystycznymi skłonnościami do obrażania ich, psucia im humoru, doprowadzania do głębokich depresji i samobójstw.



Przebicie się przez główną pulę tekstów Action Maga to doświadczenie co najmniej równie frustrujące, co przejechanie samochodem przez zatłoczone miasto. Każdemu się wydaje, że to właśnie on jest najlepszym kierowcą, a inni to wsiowe przybłędy, które przypadkiem dorwały w niedomyte łapska kierownicę. Każdy zasuwa wyłącznie lewym pasem, nie żałuje klaksonu "ciamajdom", które nie przekraczają przepisowej sześćdziesiątki, olewa znaki drogowe. Wymuszanie pierwszeństwa jest na porządku dziennym. Kierunkowskazy? To dobre dla frajerów - prawdziwi rajdowcy nie zawracają sobie głowy bzdetami.

Niewesoło przedstawia się sytuacja na AM-owych uliczkach. Ale to wszystko, o czym wspomniałem przed chwilą, to drobiazg - wszak takich "idealnych kierowców" można po prostu dla własnego spokoju ignorować; jeśli mają ochotę zostać honorowymi dawcami organów, to ich sprawa. To, co wszystkich najbardziej wkurza, to zjawisko w potocznej mowie nazywane krótko, acz treściwie: "baba za kierownicą".

Wszelkie panie czytające ten tekst nie mają powodów, żeby się obrażać - nie uogólniam. Ja wiem, że zazwyczaj jesteście wspaniałe i nawet na prowadzeniu samochodów czasami się znacie. Mówię o tych 30-40%, które trudy egzaminu pokonały metodą "na piękne oczy", zaś w praktyce jeżdżą tak, jakby dosiadły dzikiego a nieposkromionego ogiera, ściganego w dodatku przez stado wygłodniałych wilków. Z tą może różnicą, że koń ścigany przez wilki nie porusza się z prędkością 40 km/h. Krótko mówiąc, takie panie do końca życia powielają styl pierwszej godziny nauki jazdy.

Jakie ma to odniesienie do autorów tekstów w Action Magu? Ano, istnieje wśród nich całkiem spora ilość ludzików, których ambicje ograniczają się do tworzenia żałosnych tworków o stylu żywcem (a ja znowu o piciu...) wyjętym ze szkolnych wypracowań. Jak panie, które przypadkowo zdały egzamin na prawo jazdy i nigdy nie wychodzą poza trzeci bieg, tak oni produkują w AM niepotrzebne korki na drogach i zazwyczaj nie znają innych środków artystycznego wyrazu oprócz pytania retorycznego - "dlaczego?". Właśnie o tym "dlaczego" będzie mój tekst.

I le takich pytań bez odpowiedzi przewinęło się przez wszystkie numery... Te pełne wyrzutów i goryczy dziełka wątpliwej wartości, pisane przez młodych "butowników" w przerwie między partyjką "Fify 2002" a kolejnym odcinkiem "Świata według Kiepskich". Dlaczego nie lubimy Murzynów, Żydów i Rumunów? Dlaczegóż, ach dlaczegóż kibice Legii zwalczają kibiców Wisły czy innej tam Cracovii? Dlaczego nie chcemy biednych homoseksualistów? Dlaczego dręczymy zwierzątka, dlaczego depczemy trawniki? Dlaczego rzucamy śmieci na ulicę? Dlaczego, no dlaczego?

Zasmuciłem się wielce tym niedoinformowaniem młodszych kolegów. A wszak nieładnie wiedzieć coś i nie powiedzieć. Nie mogę wystawiać mej ciężko zdobytej dobrej sławy (mizerna jest ona, ale zawsze lepsza taka niż żadna) na szwank, a swojej skromnej osoby na naznaczenie straszliwym piętnem egoizmu. Jako prawy chrześcijanin, z radością podzielę się z wami tymi żałosnymi strzępami wiedzy, jakich nie pożarł jeszcze wszechobecny komercjalizm i epidemia głupoty. Już odpowiadam na to wielkie pytanie...

Ale najpierw bajka - wiem, że to lubicie. Dawno temu, zarówno za siedmioma górami jak i być może parę kroków od miejsca, w którym właśnie siedzicie, drodzy czytelnicy, żyły sobie kiedyś rozmaitych maści małpiszony człekokształtne, w jeszcze rozmaitsze bóstwa wierzący. Skąd się wiara w bóstwa wzięła, to sobie jeszcze kiedyś dokładnie wytłumaczymy, zresztą przypuszczam, że sami doskonale wiecie. Dawne bóstwa były jakoś tak dziwnie ludzkie w swoich humorach. Bywało, że taki bożek zdrowo się wnerwił, pioruny jął ciskać w lud swój nieszczęsny albo insze krwawe widowiska urządzać. W takich srogich terminach nie pozostawało nic lepszego do zrobienia, jak tylko głównego kapłana zawezwać, coby czary-mary uczynił i bożkowi delikatnie odchrzanienie się zasugerował.

Jak sami widzicie, urząd kapłana wcale nieodzowny był w tamtych czasach, a co za tym idzie - sporym szacunkiem się cieszył. Do dziś zresztą jak ksiądz coś powie, to tak ma być i basta; ale nie mieszajmy bajek. W tym przypadku wystarczy nam wiedzieć, że naszego kapłana słuchano w sytuacjach kryzysowych z rozwartymi szeroko paszczękami i co zrobić kazał, robiono. Jeżeli kapłan zadecydował, że ofiara całopalna musi zostać złożona, nie było dyskusji. W końcu taki kapłan doskonale wiedział, że bożkowi zwykłe "sorry" nie wystarczy. Ma się rozumieć, że dalekim przodkom pingwinów zupełnie nie odpowiadało wystąpienie w roli ofiary całopalnej osobiście, choć w taki sposób zapewne najszybciej zadowoliliby mściwych bogów. Ofiarami zostawali więc zwykle jeńcy wojenni, względnie chłopi i przedstawiciele innych nieuprzywilejowanych warstw społecznych. Rozchodziło się o to, żeby gniew bóstwa oddalić jak najmniejszym kosztem.

Czy może ktoś już załapał bluesa? Dziś w bogów już nie wierzymy, nawet ci, którzy do kościółka uczęszczają pilnie co niedzielę*. Bogowie sobie zniknęli, aczkolwiek pioruny i inne nieszczęścia owszem, zdarzają się nadal. Ludzie musieli więc poszukać sobie nowych hipotetycznych przyczyn dla tych niemiłych zjawisk oraz nowych zwierzątek ofiarnych. Dla dociekliwych: kapłanów już nie potrzebujemy, gdyż każdy myśli (podobno) za siebie. Szukaliśmy przyczyn i zwierzątek ofiarnych długo a wnikliwie, szukaliśmy dosłownie wszędzie, no a jak się długo szuka, to się w końcu znajduje. Choćby po to, żeby sumienie uspokoić. Ponieważ nikt nie szukał przyczyn w samym sobie, to i tam ich nie znalazł. Ponieważ zaś różni ludzie mają różne sumienia, w różnych miejscach przyczyn piorunów się dopatrzyli. Jedni odkryli, że pioruny ciskają wredni Murzyni, inni posądzili o to masonów, jeszcze inni - homoseksualistów. Bardziej fantastyczne (choć wcale nie mniej przez to popularne) teorie mówią, że winnymi piorunobicia są czarne koty. Albo miejskie mury**.

Zjawisko "kozła ofiarnego" istniało zawsze. Mało kto posiada w sobie aż tyle odwagi, by przyjąć na siebie odpowiedzialność za niepowodzenie. Za to wszyscy ochoczo wskazują całe legiony winnych spośród swojego otoczenia. Spójrzcie na naszą scenę polityczną - z lupą, ba, z teleskopem trzeba by szukać takich, którzy faktycznie robiliby cokolwiek dla swojego kraju, zamiast wciąż obrzucać błotem aktualnych oponentów. To samo jest z nami, maluczkimi. Chcielibyśmy cały świat mieć u swoich stóp, ale jednak boimy się ryzykować porażkę. Chcielibyśmy wszystkimi manipulować, ale przy najmniejszym potknięciu skarżymy się, że wszyscy manipulują nami i to dlatego nic nam nie wychodzi. Wypadałoby się zdecydować, historie z jaskiniowcami składającymi ofiary zostawić archeologom, a drzazg szukać najpierw we własnym oku. Bo dostrzeżenie drzazgi w czyimś oku nie sprawi, że nasza drzazga będzie mniej kłuła.

W chwilach takich jak ta czuję się podłym nikczemnikiem. Przeczucia zwykle mnie nie mylą, więc zapewne jestem nim w istocie... Nieważne. Jedna rzecz jest pewna: pozbawiłem nagle połowę tekściarzy żelaznego tematu na arty. Teraz, moi wy najmilejsi, romantyzujący poeci - musicie poszukać sobie innych czar goryczy, coby je potem czytelnikom przed nos stawiać. A moja skromna propozycja brzmi, ażeby w ogóle z goryczą dać sobie spokój, zwłaszcza jeśli mamy po raz tysięczny Amerykę odkrywać, mówiąc, że Polacy nie lubią Murzynów albo inne takie mądrości.

Mam nadzieję, że wyraziłem się wystarczająco klarownie. I że nikt już więcej nie będzie zadawał niepotrzebnych pytań, zwalniając tym samym cenne kilobajty na bardziej ambitną twórczość. Dziękuję.


Pewien Gość
zlosliwiec@pf.pl



* Mam jakieś dziwne przeczucie, że nie zostanę zrozumiany, więc z góry tłumaczę: nie zamierzałem tu kwestionować siły czyjejkolwiek wiary, śmiem jedynie twierdzić, iż w dzisiejszych czasach nie uzależnia się już wszelkich życiowych niepowodzeń od woli niebios
(link nazad) ;-)

** Rysuje się na nich różne bazgroły (w ramach ochrony przed piorunami of course), jakby ktoś się nie domyślał, o czym mowa
(link nazad)

PS: A czegóż to słuchałem tym razem? Budka Suflera i "Najdłuższa droga", w kółko.