A właśnie że jest
diabeł, straszny, w istocie
Jakiś czas temu popełniłem polemikę z Pewnym Gościem na temat straszności diabła. Jakże się ucieszyłem kiedy okazało się, że mój tekst doczekał się odpowiedzi! Niestety, zawartością repolemiki szczerze się zawiodłem. Dlaczego? Ano przede wszystkim dlatego, że w odpowiedzi Pewnego Gościa znalazłem niewiele poza słownym atakowaniem kleru (którym to już z kolei?), roztaczaniem dramatycznych wizji społeczeństwa polskiego, które jest całkowicie posłuszne Kościołowi, powątpiewaniem w inteligencję mojej skromnej osoby i różnymi strasznie zawiłymi odpowiedziami. Jednak mimo wszystko niektóre fragmenty arta autorstwa Pewnego Gościa są godne skomentowania, co niniejszym chciałbym uczynić.
Na samym początku Pewien Gość informuje mnie, że w szatańskich zasadach nie chodzi wcale o to, by spędzić życie na hulankach i swawolach. No ale przecież to Biblia szatana wspomina o nieskrępowanym zaspokajaniu żądz. A jeżeli nie potrafimy zapanować nad naszymi żądzami to ich zaspokajanie, moim zdaniem, często sprowadza się do hulanek i swawoli.
Ciekawe, że Pewien Gość, człowiek, który ostatni raz w kościele był zapewne na chrzcie (dodajmy, na swoim chrzcie) z pełnym przekonaniem twierdzi, że treści poruszane przez kapłanów na kazaniach to bzdury mówiące o tym, że nasze życie ziemskie jest niewiele warte, że jesteśmy tylko prochem itd. Wiesz, jeżeli choć przez chwilę zastanowisz się nad tym jak kruche jest życie ludzkie, to zrozumiesz, że te bzdury są szczerą prawdą. Aha, jeszcze jedno: większość kazań wcale nie traktuje o kruchości ludzkiego życia. Jest wiele innych, ważnych dla chrześcijan tematów.
Dalej nasz Wieloksywkowy Znajomy (A właśnie: gdzie zniknęły Twoje przeróżne ksywki? Dlaczego ostatnimi czasy podpisujesz się tylko jako Pewien Gość? Grzecznie proszę o powrót wariantu z ksywkami.) twierdzi, że wie lepiej niż ja sam czy jestem szczęśliwy czy też nie. Ha, gratulacje doktorze! Freud to przy Tobie pikuś. Jeżeli ktoś z moich znajomych będzie szukał psychologa to polecę im Ciebie. No bo jeżeli ktoś potrafi postawić diagnozę nawet bez jednego spotkania z pacjentem. Pochylam głowę na znak należnego szacunku. Dobra, szacuneczek oddany, a teraz omówmy zagadnienie szczęśliwości mojej skromnej osoby. Otóż Pewien Gość twierdzi, że odczuwane przeze mnie szczęście (wynikające z bycia praktykującym katolikiem) jest szczęściem pozornym, a dzieje się tak z dwóch zasadniczych powodów: po pierwsze - z odwalenia cotygodniowego obowiązku, po drugie - z okazania swej rzekomej pobożności swemu otoczeniu (temu 95% społeczeństwa) bo przez to nie czuję się ponoć czarną owcą w naszym zdominowanym przez "czarnych" społeczeństwie. Hmmm, Gościu, powoli. Po pierwsze: nie ma w moim przypadku mowy o odwaleniu cotygodniowego obowiązku ponieważ, co już zresztą pisałem, staram się do kościoła wpadać również w dni powszednie, a to już zdecydowanie nie jest obowiązek. Po drugie: skąd Ty wiesz (aha, zapomniałem, że jesteś nieomylny), że moja pobożność jest udawana? Po trzecie: uważam siebie za osobę oryginalną i nie podążającą bezmyślnie za większością. Świadczy o tym kilka faktów wyjętych z mojego życiorysu. Oto one. Słucham muzyki country podczas gdy większość słucha albo jakiegoś hip-hopowego łupania (a w wolnych chwilach pisze to obrzydliwe ChWDP na murach) albo metalu. Jestem zwolennikiem partii, która ma poparcie społeczne na poziomie około dwóch %. Na kierunku, który studiuję, jestem jedynym przedstawicielem płci brzydkiej na roku (Tylko proszę nie wprowadzać żadnych parytetów. Rola rodzynka bardzo mi się podoba.).
Jedziemy dalej. Pewien Gość co chwila wspomina o 95% narodu polskiego, która to jest ponoć ciemnym katolickim ludem, co tydzień chodzącym do kościoła. Ja bym ze swojej strony prosił o ostrożniejsze dobieranie tych procentów. Prawda jest bowiem taka, że większość społeczeństwa ma gdzieś (a szkoda) Kościół, niedzielne msze, "zmutowanych pingwinów", jak również (wielka, naprawdę wielka szkoda) życie zgodne z tym co nauczał Chrystus.
W dalszych akapitach Pewien Gość pyta mnie skąd "wytrzasnąłem" informację jakoby satanizm nie uwzględniał czegoś takiego jak cierpienie. Obrońca satanizmu dodaje również, że "dla wyznawcy zasad, zwartych w Biblii Szatana cierpienie służy co najwyżej uczeniu się na błędach". No tak, niby wszystko pięknie ale... Mam jedno małe pytanko: co z cierpieniem niezawinionym, spowodowanym na przykład śmiercią najbliższej osoby? W takiej sytuacji nie można mówić o uczeniu się na błędach. Jakie odpowiedzi daje satanizm na pytanie: dlaczego dobry i prawy człowiek cierpi? Śmiem twierdzić, że żadnych. Chrześcijaństwo za to w tym temacie potrafi udzielić odpowiedzi wyczerpującej.
W kolejnym akapicie nasz Wieloksywkowy Znajomy (który ze swoich ksywek zrezygnował) zajął się Kościołem rzymskokatolickim. Na samym wstępie Pewien Gość stwierdził, że nienawiści do Kościoła nie żywi, a co najwyżej głęboką pogardę (a w jakimś Twoim wcześniejszym arcie pisałeś zdaje się, że Kościoła nienawidzisz szczerze). Następnie Obrońca Satanistów zaczął w swoim stylu wypisywać coś o zmutowanych pingwinach, które rządzą ciemnym ludem. Nie wiem gdzie przyszło żyć Pewnemu Gościowi, ale w moim miejscu zamieszkania nie obserwuję bynajmniej wszechwładnej potęgi Kościoła. Jako młody, praktykujący katolik jestem w mniejszości, w kościołach, do których miałem przyjemność uczęszczać frekwencja na niedzielnych mszach absolutnie nie wynosiła 95 % ogółu mieszkańców parafii, a wielu ludzi, nawet tych regularnie chodzących do kościoła, często bardzo krytycznie wypowiada się o niektórych księżach. Tak więc, mimo usilnych starań, za nic w świecie nie mogę zaobserwować zarówno ogromnej władzy kleru jak i otumanienia 95 % społeczeństwa przez Kościół.
Pewien Gość napisał o maleńkiej ilości misjonarzy w Afryce jako jedynym pozytywnym, lecz bardzo, bardzo niewielkim, akcencie w Kościele. Uważam, że takie postawienie sprawy jest krzywdzące bowiem naprawdę wielu księży i zakonników, nie tylko na misjach, ale również w swoich ojczystych krajach, rozkręca bardzo dobre i potrzebne akcje. Wystarczy tylko się rozejrzeć.
W dalszej części swej repolemiki Pewien Gość zabrał się za kwestię zemsty na przykładzie dobrze zbudowanego pana o tępym spojrzeniu, który, jak mniemam, z wielką dumą nosi na ramionach trzy paski. Pewien Gość zgadza się z moją uwagą, że ewentualne zaatakowanie koksika może dla atakującego w najlepszym przypadku oznaczać wielomiesięczny pobyt w szpitalu. Mimo to Mój Adwersarz dalej opowiada się za rozwiązaniem siłowym w konfrontacji z panem o tępym spojrzeniu. Na potwierdzenie słuszności swych poglądów Pewien Gość przytacza przesłanie, jakie wyniósł z lektury "Dżumy" Alberta Camusa (mam nadzieję, że dobrze napisałem nazwisko). Otóż główny bohater książki, doktor Rieux (choć głowy nie dam, że tak właśnie się to pisze), walczył dzielnie z tytułową chorobą aby na końcu, gdy epidemia została opanowana, stwierdzić, że dżumy tak naprawdę nie da się pokonać i że może ona wrócić sobie w każdej chwili. To właśnie jest zdaniem Pewnego Gościa wyraźnym sygnałem, żeby również w potyczce z napakowanym dresem walczyć i nie dać się złamać, mimo, że ów dres i tak nieźle obije nam twarzyczkę. Tyle Mój Adwersarz, a teraz kolej na mały komentarz mojej skromnej osoby. Pewny Gościu: przede wszystkim dziękuję Ci za przypomnienie nam wszystkim "Dżumy". Według mnie ta książka świetnie pokazuje przewagę zasad chrześcijańskich nad satanistycznymi. Doktor (chyba) Rieux bowiem jako jeden z pierwszych zorientował się, że w miasteczku panuje "Dżuma". Mimo to nie zachował się jak egoista (a egoizm jest, jak mi się zdaje, podstawą filozofii satanistycznej) i nie uciekł. Doktor został w zadżumionym mieście, aby swoją fachową wiedzą przyczynić się do pokonania zarazy. Tak postąpił doktor Rieux i w dużej mierze dzięki tej decyzji epidemię udało się pokonać (oczywiście cała historia mogła skończyć się trochę mniej szczęśliwie (pan doktor pomagając chorym sam się zaraża dżumą)). Ale proponuję rozważyć inną ewentualność: lekarzyna ucieka, mało, wszyscy lekarze uciekają z zadżumionego miasteczka, przez co ratują swoje tyłki, natomiast owa mieścina pogrąża się w epidemii. Nikt i nic (bo wszyscy lekarze w trosce o samych siebie wzięli nogi za pas) nie jest w stanie opanować rozrastającej się epidemii. Mówiąc krótko sytuacja nie do pozazdroszczenia. Ten przykład zatem wyraźnie pokazuje, że nie byłby za pięknym świat, w którym każdy dbałby tylko o swój tyłek.
Powróćmy jednak do pana o tępym spojrzeniu. Otóż dalej twierdzę, że próba siłowego poradzenia sobie z owym panem nie jest najlepszym pomysłem. Dzieje się tak z kilku powodów:
1. W 99.9 procentach wspomniane przedsięwzięcie nie powiedzie się (Agresor nie po to sześć godzin dziennie siedzi na siłowni i bierze sterydy, żeby pokonał go jakiś studencik czy licealista. No a poza tym w razie kłopotów agresor zawsze ma pod ręką bejsbola.)
2. Pan o tępym spojrzeniu ma wszelkie możliwości, aby naprawdę krwawo się zemścić.
3. Gościu z bejsbolem w ręku może mścić się na innych za ewentualne niepowodzenia w starciu ze studentem, który okazał się ukrytym King Kongiem. Słyszałem o jednym takim skinie, który pojechał do Paryża (a tam, jak wiadomo, mieszka spora grupa "kolorowych") gdzie został zaatakowany przez grupę murzynów. Skin oczywiście uciekł w popłochu (ponieważ w przeciwnym razie niechybnie znalazłby się w szpitalu), ale odgrażał się potem, że jak tylko wróci do Polski i spotka jakiegoś murzyna to natychmiast zemści się za "wypadki francuskie".
4. Bohaterskie "postawienie" się bejsboliście co najwyżej rozśmieszy tego ostatniego albo zachęci do jeszcze mocniejszych ciosów.
5. Siłowa nauczka zaaplikowana koksowi często nie jest dobrym rozwiązaniem. Obecnie mam na studiach przedmiot o niezwykle miłej nazwie: psychologia kliniczna z psychopatologią. Omawialiśmy na owym przedmiocie również zaburzenia, których efektem są nakoksowane "byki", chodzące po naszych ulicach. Otóż wspomniane "byki" charakteryzują się: odpornością na ból, słabym wyciąganiem wniosków, chęcią zemsty, nieobliczalnością.
Powyższe punkty wskazują, że rozwiązanie niesiłowe w pojedynku z panem o tępym spojrzeniu jest najlepsze i najpraktyczniejsze. A próby zastosowania tajnego ciosu karate trzeba między bajki włożyć. O wiele lepszym rozwiązaniem byłoby użycie siły przeciwnika przeciwko niemu samemu (Tajczi, czy jak to tam się nazywa).
Uff, tyle o odpłacaniu ciosem za cios. Jedziemy dalej. Pewien Gość wyraża przekonanie, że twierdzenie naukowe jakoby kara nie była dobrą metodą wychowawczą, zaczerpnąłem z "Pani Domu" lub "Claudii". Cóż, jeżeli już czytam gazety tego pokroju to tylko u mojej cioci (która te szmatławce kupuje) i tylko po to, żeby się pośmiać (A naprawdę jest z czego. Przykład: okładka "Życia na Gorąco", a na niej bardzo smutna pierwsza dama RP. Wielki tytuł głosił: "Smutek w Pałacu Prezydenckim." Okazało się, że powodem tego smutku był... pies prezydenckiej pary, który ostatnio nie domaga.). Choć przyznam się bez bicia, ostatnio kupiłem "Naj", bo do gazety dołączona była płyta Leszczy (I tu mała dygresja. Nie wiem jakim cudem, ale podoba mi się muzyka Leszczy. Ostatnio nawet, wierzcie mi że zupełnie przypadkowo, trafiłem wraz z moimi koleżankami na koncert tego zespołu. I zabawa była naprawdę przednia!). Ale o czym to ja chciałem... Aha. Kara to nie zawsze jest najlepsze rozwiązanie (zwłaszcza kara fizyczna) ponieważ często nie eliminuje ona niepożądanych zachowań i ich przyczyn, lecz kształtuje negatywne postawy wobec źródła karania. Kara musi być czymś przemyślanym, a nie prostym rąbnięciem dresa o okolicę wrażliwą.
Pewien Gość pozwolił sobie również na małą dygresję, w której to napisał, że gardzi fachową literaturą ponieważ woli myśleć sam za siebie. Cóż, teoria ciekawa. Mam w związku z nią radę dla Ciebie: przestań chodzić na uczelnię (i myśl sam za siebie), przestań chodzić do lekarza (przecież Ty sam najlepiej wiesz co Ci dolega). Aha, i koniecznie spal wszystkie książki, jakie tylko posiadasz.
Dalej mamy kwestię pomocy bliźniemu. Pewien Gość z przekonaniem stwierdził, że dla mnie nie istnieje granica pomiędzy bezinteresowną pomocą a bezczelnym pomaganiem. I tu się, bracie, pomyliłeś ponieważ między tymi dwoma określeniami moje piękne oczy widzą bardzo znaczną różnicę. I w związku z tym problemem mam następujące zasady: gdy ktoś mnie o coś poprosi to będę się starał mu pomóc raz czy drugi lecz jeżeli zauważę, że ten ktoś mnie wykorzystuje to nie będzie mógł liczyć na moją pomoc (a w zasadzie będzie mógł liczyć, ale dopiero w momencie, gdy się poprawi). Dlaczego? Ponieważ gdybym postąpił inaczej to ten wspomniany ktoś będzie pogłębiał się w lenistwie, nieróbstwie i wykorzystywaniu innych, czyli w rzeczach niekoniecznie najlepszych, a mówiąc krótko w grzechach. A jeżeli chodzi o bezinteresowną pomoc to nie polega ona wcale na dawaniu pijakowi pieniędzy na wino czy koledze pracy domowej. Ustąpienie miejsca staruszce w autobusie, zgłoszenie się od czasu do czasu "na ochotnika" do zmywania naczyń (zamiast mamy, która robi to codziennie) - to jest bezinteresowna pomoc. Warto również, Drogi Czytelniku, zgłosić się do instytucji zajmującej się wolontariatem. Dowiesz się tam, jak możesz pomóc innym i komu Twoja pomoc jest naprawdę potrzebna. Możesz na przykład raz w tygodniu zaglądać do jakiejś starszej, niedołężnej osoby i porozmawiać z nią, zrobić jej zakupy, posprzątać jej mieszkanie. Całego świata, Drogi Czytelniku, nie naprawisz, ale może chociaż rozweselisz życie komuś innemu, a przy okazji sobie. Bo trzeba Ci wiedzieć, że największą siłą wolontariatu jest uszczęśliwianie siebie poprzez uszczęśliwianie innych, niekoniecznie znanych Ci osób. Twierdzę bowiem, że należy pomagać nie tylko rodzinie i znajomym, ale również, w miarę możliwości, ludziom obcym. Zapytasz: dlaczego? Ano dlatego, Mój Drogi, że sam kiedyś możesz (czego Ci oczywiście nie życzę) znaleźć się w bardzo trudnej sytuacji życiowej (bez rodziny, znajomych, pieniędzy). I na pewno chciałbyś wtedy, aby ktoś wyciągnął do Ciebie pomocną dłoń.
Pewien Gość w swoim arcie wziął się również za obronę gniewu, twierdząc, że jego wyładowanie polega na przykład na słownym "zjechaniu" przechodnia, który wtargnął pod koła samochodu. Ach, jeżeli chodzi o kłótnie drogowe to mam bardzo bogate doświadczenie w tej dziedzinie. W przeszłości bowiem nie raz ostro potraktowałem innego użytkownikiem drogi. I wiecie co Wam powiem: absolutnie nic mi to nie pomogło. Wręcz przeciwnie: byłem jeszcze bardziej zdenerwowany (a najczęściej, po przemyśleniu sytuacji stwierdzałem, że ja też nie byłem bez winy z zaistniałej sytuacji, a co za tym idzie moja kłótnia była nie tylko niepotrzebna, ale również nie na miejscu). Dlatego też już dawno porzuciłem ten gniewny sposób postępowania (choć jeżeli ktoś źle zachowuje się na drodze to trzeba mu zwrócić uwagę (w grzecznych słowach bądź poprzez klakson, prawda jest bowiem taka, że "darcie ryja" najczęściej przynosi odwrotny skutek od zamierzonego)). Pewien Gość twierdzi natomiast, że po ostrej wymianie zdań, zarówno kierowca jak i niedoszły dawca organów, będą zadowoleni. Ja jednak uparcie twierdzę, że będzie inaczej. Kierowca i tak przez dalszą swoją drogę będzie klął jak szewc, a okrzyczany pieszy zdenerwuje się i okrzyczy kogoś innego, aby się wyładować, ktoś inny okrzyczy kogoś jeszcze innego, żeby się wyładować, ktoś jeszcze inny okrzyczy kogoś jeszcze jeszcze innego, żeby się wyładować itd, itp. Przecież to do niczego nie prowadzi. Wiecie jaki jest według mnie najlepszy sposób na gniew? Zamiast drzeć się i czerwienieć ze złości (która przecież piękności szkodzi) lepiej policzyć do dziesięciu (lub do dwudziestu). Wtedy gniew sam się wyładuje. Zauważcie bowiem , że gniew jest najczęściej stanem chwilowym.
Jak wiadomo kolejnym z listy grzechów głównych jest lenistwo. Pewien Gość wyraził wielkie zdziwienie, że nie zareagowałem w żaden sposób na jego wypowiedź na temat tej ludzkiej przywary. No cóż, uznałem po prostu, że wypowiedź Pewnego Gościa na temat lenistwa była żartem, bo jak inaczej potraktować następujący argument: przecież to w Piśmie Świętym jest napisane, żeby odpoczywać przez jeden dzionek w tygodniu siedmiodniowym. Nad tematem więc rozwodzić się nie mam zamiaru, niech każdy sam odpowie sobie na pytanie jak wyglądałby świat gdyby wszyscy się obijali.
W dalszej części swej repolemiki Pewien Gość pyta mnie cóż takiego złego widzę w zazdrości? Odpowiadam: wiele złego. W podstawówce i w liceum sam przerabiałem zazdrość (na przykład o osiągnięcia szkolne kolegów) i poza niespokojnością ducha niczego nie wniosła ona do mego żywota. Widzę również ile kontaktów przyjacielskich i rodzinnych rozpadło się przez zazdrość. Najczęściej bowiem zazdrośnicy nie mogą patrzeć na osobę, której zazdroszczą i swoim zachowaniem doprowadzają do kłótni. Zazdrości całkowicie nie pozbędziemy, więc chyba lepiej ją polubić? Złodziei też nigdy się nie pozbędziemy więc może też warto ich polubić, co?
Na koniec Pewien Gość stwierdził, że świat, w którym żyłyby same Matki Teresy, byłby beznadziejny bo wszyscy wchodziliby sobie w tyłek. No cóż, gdyby Pewien Gość zapoznał się z metodami pracy osób, które poświęciły życie pracy społecznej to wiedziałby doskonale, że polegały one (te metody pracy) przede wszystkim na przywracaniu ludzi do społeczeństwa, na usamodzielnianiu ich (jeżeli na przykład popadli w nałóg lub stracili płynność finansową), a nie na prowadzeniu ich "za rączkę" przez całe życie.
Podsumowując: w dalszym ciągu twierdzę, że chrześcijańskie zasady są nie tylko piękne ale również praktyczne i dlatego właśnie warto stosować je w życiu.
Jacek Stojanowski
Samozwańczy Sołtys Ciemnogrodu Polskiego (SSCP)
PS: Zapraszam do mailowania: ciemnogrod@hotmail.com