AUTOBUS WROGIEM TWYM, TOWARZYSZKO! (i szu też, nie będę świnia...)
 Pomimo tego, iż mam wszelkie podstawy do uważania się za jednostkę normalną w miarę i w pewnym stopniu zdolną do użytku, postanowiłam przyznać się do czegoś. Otóż boję się autobusów. Można to chyba nazwać busofobią? Wywołały ją w mym umyśle najróżniesze sytuacje, do których w autobusach właśnie doszło, a sama choroba polega na tym, iż obawiam się możliwości dojścia do kolejnych. Sytuacji. No.
 Od dnia pierwszego września roku pańskiego 2003 rozpoczęłam naukę w liceum ogólnokształącym nr. 1, więcej szczegółów nie potrzeba ujawniać. Odległość dzielącą miejsce mojego zamieszkania od budynku szkoły postanowiłam pokonywać za pomocą środków komunikacji miejskiej, tj. autobusu oznaczonego numerem 175. No dobra, wydało się, mieszkam w Dąbrowie Górniczej, o której nikt nie wie [bo to małe miasto, tylko 130 tysięcy mieszkańców...), - ja i tak tego miasta nie lubię, mieszkam tu od niedawna (4 lata...), zresztą nie o tym, do jasnej malari tudzież ospy na przykład czarnej, co się trochę kłóci z tą jasną, miałam pisać! Już wracam, już!]
 Tak więc dokonałam zakupu pierwszego w życiu mym biletu miesięcznego, jednomiastowego, autobusowo-tramwajowego, za 48 złotych. I się zaczeło. Miły tłok w autobusie o 400 %-owym zapełnieniu...
 To jest podstawa. Do tego miliard bonusików, do wybory do koloru. Czasem komuś wpadnie do łba pustego, niczym wyschnięta studnia, pomysł zapalenia papierosa, co przy zerowej szansie na dotarcie do jakiegokolwiek otworu w autobusie (no, chyba, że w podłodze...) spowoduje zaduszenie się na śmierć co najmniej kilkunastu osób, które razem z pustogłowym pacanem zajmują powierzchnię 1 metra kwadratowego.... Śmierdzące oddechy i nie tylko one. Zdarza się, że śmierdzi co innego. Wlezie jakiś pijaczek i koniec. A w ogóle to osobna historia. Jak oni to robią, pijaczkowie rzecz jasna? Normalny człowiek się nie wepchnie, nawet jeżeli cudem się drzwi otworzą, to nie ma szans. A taki pijaczyna to zawsze jakoś da radę. Podejrzana sprawa...
 Czasem stosuję podstęp, wsiadam w autobus wcześniejszy (6:15, wariatka ze mnie, nie? A mam na 8:00... ), jadący w przeciwnym kierunku. Wykonuję trasę "poznaj wieś", po czym dojeżdżam do pętli, mała powtórka z rozrywki i ta-da!!! Ja siedzę, a reszta niech sobie stoi!!! Hłe, hłe, hłe...
 Ma to jednak swoje wady. Ostatnio jadąc przez te różne wsie, na jakimś przystanku dosiadła się do mnie babcia siakaś-takaś-staraś. Pomyślałam sobie "lepsza stara babcia, niż śmierdzący dziadek" i spałam dalej. (Tak, wiem, świnia ze mnie, ale ja NIE CIERPIĘ LUDZI PO 40 ROKU ŻYCIA!!! Taka już jestem, trudno...) Nagle babcia przemówiła! (nawet całkiem wyraźnie, jak na takie stare grzybki...) Zaczęła się pytać czy do szkoły jadę, że pewnie jestem zmęczona, skoro chcę spać (łał, jakie to odkrywcze...) itp. Już miałam przestać jej słuchać, gdy zmieniła kierunek myślenia, zahaczyła o ludzi ciężko pracujących na rodzinę swą, którym spać również chce się (jak Joda piszę ja mniej więcej już...), ale do pracy chodzić trzeba. "O co chodzi jakby?" myślę sobie więc, a w głowie czarna dziura. No i wyszło szydło z worka! (kto takie hasła wymyśla...?) Babcia wyciągnęła ze swojej mamo-muminkowej-torebki jakąś broszurkę, jednocześnie rzecząc do mnie "ale na świecie jest taka osoba, Jezus Chrystus". Matko boska częstochowska, jehowi żyć mi nie dają, pomocy!!! Ja wiedziałam, że tak będzie! Nic to, powstrzymałam się od śmiechu, nic nie powiedziałam. Babcia dalej swoje. Pyta się mnie, czy jestem wierząca. Powiedziałam, że nie, zresztą zgodnie z prawdą, bowiem jestem deistką, a kościół ostatnio widziałam 10 maja na bierzmowaniu, do którego zostałam zmuszna... (nie wiem po co, przecież i tak bym kościelnego ślubu nie dostała...) Babcia się zamyśliła, schowała broszurkę i zamilkła. Cud. Do końca trasy się nie odezwała! Jak Boga kocham (!) uwielbiam takie sytuacje! Tfu! Miałam się bać, koncepcję sobie psuję, a niech to!
 Pewnego razu wracając z integracyjnego wieczoru piątkowego (klasą się integrowaliśmy) postanowiłąm zażartować sobię z pana kanara (na którego dziwni ludzie mówią "kontrol", co przeraża mnie bardzo...) zakupiłam 10 biletów uzupełniających, po 10 lub 15 groszy, za łączną kwotę 1 zł 30 groszy. Wsiadłam do autobusu, skasowałam całość (ludzie się dziwnie patrzyli, dlaczego...?!) i zaczęłam się modlić. (JA!! Ha, ha!) Modliłam się, żeby do autobusu wszedł kanar, żeby musiał ten cały chłam sprawdzać, a potem ja, ja i jeszcze raz ja powiedziałabym "to pomyłka, tu mam miesięczny..."!!! Niestety kanar nie wsiadł. Takie moje szczeście właśnie jest...
 Mamy w naszej dzielnicy D.G. "mały" remoncik, awarię wiaduktu (przestał istnieś, połowicznie, ale jednak...), więc oczywiście jest objazd. Już kilka razy kierowca się zapomniał i pojechał nie tak jak trzeba, ale objaśnienie tego dokładnie to zbyt skomplikowane dla obcych ludzi, więc szczegóły precz! Różni też ludzie jeżdżą autobusami, różne rzeczy robią. Dopiero wrzesień, więc gdy coś się wydarzy, dopiszę. Na razie to koniec. Ale nikt wolny nie jest. Zostajecie!
Siblejka
P.S. Tekst nietypowy, ale to nie moja wina, przepraszam!!! To się więcej nie powtórzy!!!
P.P.S. Towarzyszył mi zespół A Perfect Circle, napawając duszę moją dźwiękami z ich nowej płyty "Thirteen Step". Polecam każdemu, któ kiedykowiek w życiu słyszał słowo "tool", ale nie tylko...