W CIEPŁĄ, LIPCOWĄ NOC... HOGWART.
Tam, za miastem, co się
Wrocław zowie, i coby dumnie tytuł stolicy Śląska Dolnego
nosi, i co ulic kilka jeszcze, i domów też niemało, mieszka
sobie Sly. W Polkowicach mieszka, dokładniej mówiąc. Wśród
porażek, jakie ponosił i wśród zwycięstw, jakie odnosił,
miał marzenie. Marzenie - trzeba Ci wiedzieć - będące
największym, najrozpaczliwszym utęsknieniem jego serca,
skrajnością, do której niestrudzenie dążył. Marzenie,
które widział, patrząc w gwiazdy, gdy leżał na bujnej,
pachnącej trawie pośród spokojnej, nieco wietrznej nocy...
W ciepłą, lipcową noc trafiam do Hogwartu.
Wśród wyniosłych murów zamku stoję pośrodku rozległego
dziedzińca - w miejscu, w którym zawsze pragnąłem być. A
wraz ze mną stoi kilkudziesięciu innych, odzianych jakby w
togi, równie roześmianych ludzi. Jednemu z rąk wypadają
całkiem nowe książki, inny przeraża stojące zań dziewczyny
własnym tubalnym śmiechem, a przy promiennej fontannie trzeci
demonstruje dopiero co kupioną miotłę. Miotłę lśniącą
niczym Persefona w białej szacie na dnie ognistego Tartaru...
W ręku trzymam długą na pięć cali różdżkę, pod pachą
klatka z sową nieomal wypada na brukową drogę, a z promiennym
uśmiechem na ustach chwiejnym krokiem przemierzam niezliczone
korytarze w poszukiwaniu Wielkiej Sali. Daje wiarę temu, że
marzenia to nie wymysł egocentrycznego wariata, lecz pustka,
która sycona przez nadzieję całkowicie się zapełnia. Nie
chciałem handlować jak Robinson Cruzoe, walczyć jak
najprawdziwszy gladiator, umierać pod wagą Hurinowego toporu.
Toporu, który orków kroił, i który wśród goblinów wielkim
był postrachem. Chciałem zostać Czarownikiem. Bo choć miałem
wiele innych marzeń, to uczenie się o czarnej magii, mieszanie
eliksirów i zmora z bewzględnym Snape'em bezwględnie
najmocniej cieszyła moją duszę. Dlatego tutaj jestem, w
Wielkiej Sali, a wraz ze mną są setki innych.
Chcę być silny - zaciekle walczyć o każdy skrawek mojej godności, mego z jednej strony prostactwa, z drugiej zaś niezwykłości; chcę być sławny - stać się na moment kapitanem drużyny, by jako szukający złapać złoty znicz, i by wznieść oburącz puchar, który mi tę sławę zapewni; chcę marzyć - bo marzenia, choćby nawet nierealne, stają się wtedy bliższe niż kiedykolwiek indziej; chcę być dorosłym - i tę życiową lekcję odczuwać w każdym momencie mojego tam pobytu, przez pół niedzieli, trzy czwarte poniedziałku i cały wtorek; chcę wreszcie sprawić, by to wszystko - zamknięte w malutkim pojemniku - zostało ze mną na zawsze. Bym, będąc niekiedy smutny, mógł zajrzeć weń i uwolnić tą radość, która niegdyś ze mną mieszkała, by - będąc chwilami samotny - tą straszną pustkę od siebie odrzucić, a przywołać wspomnienie, karmiące mnie nieustannie, tak jak suchym chlebem karmi się wygłodzone ptaki...
W większości bowiem chcę wspominać, w mniejszości te wspomnienie zachować.
Marzy mi się, by krążąc pośród korytarzy zamku znaleźć drzwi do niezwykłego zwierciadła. Abym usiadł przed nim, a w odbiciu jego lustra pokazało się moje największe marzenie. Aby, gdy zawieje wiatr, nie będzie mi on przeszkadzał; głośny szmer nie zachwieje mej koncentracji; Dumbledore nie każe pójść do łóżka. Bo chciałbym bardzo siedzieć i przez całą noć patrzeć. I na widok obrazu, który mi się ukaże, powiedzieć, że w to wierzę, i że chcę, aby się spełniło. Nie przeszkodzi mi wtedy najstraszliwszy mróz, nie przeszkodzi przepełniające mnie przeczucie, że fascynacje radująće moje serce, tak naprawdę nikogo nie obchodzą. Ot, zwykłość niezwykłego zwierciadła, zdolnego nasycić każdego, kto nie grzeszy naiwnością. Ot, zwykła kłamliwa iluzja, która zasłania oczy niczym kłamstwo zasłania prawdę. Zabawne, doprawdy zabawne...
Ale kiedyś dobre czasy się skończą. Skończy się władanie różdżką, mieszanie eliksirów i łapanie złotego znicza. A ja - stojąc przy wielkiej, czerwonej lokomotywie - oznajmię, że idąc przez trud czegoś się nauczyłem. Przyrzec sobie, że przyjeżdżał będę tutaj, tak po prostu, corocznie. By wrócić do rzeczywistości i, tak po prostu, podać rękę tym, którzy, z własnej woli, chcą marzyć wraz ze mną. By zabrać wszystkich tych ludzi po wielką wycieczkę po życiu w celu znalezienia własnego pragnienia; by pokazać im świat inny niż ten, na który patrzą; by spoglądając w niezwykłe zwierciadło uświadomili sobie, że wśród masy rzeczy stojących dla nich otworem, jest i coś niemożliwego.
I gdy taki jeden głośno krzyknie, że chce jechać ze mną, to mu pozwolę.
I na końcu położę się na bujnej trawie, i z radością będę patrzył w niebo, leżąc wśród ciepłej, lipcowej nocy. Wtedy zaś popatrzywszy się w gwiazdy zacznę opowiadać o marzeniu, które się spełniło. A gdy zobaczę, że z wnikliwą uwagą słucha mnie, leżący tuż obok, UnionJack, szeroko się uśmiechnę... Tak po prostu się uśmiechnę.
I, cicho rozmawiając, poczekamy na kolejną osobę, która opowie nam, co widzi patrząc w gwiazdy... A wtedy ja ją, tak po prostu, zaczaruję...
SLY
I nauczę się, że choć mam mnóstwo wad, to mam też zalety, by te wady zwalczać.