Krótka opowieść o moim życiu


      Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, czy jest coś, co chcielibyście zmienić w swoim życiu. Coś, co moglibyście zmienić. Coś, czego wam się po prostu nie chce zmienić, ponieważ byłoby to zbyt pracochłonne, długotrwałe. Nie rozumiem was. Nie rozumiem ludzi, którzy tak postępują. Tym samym nie rozumiem siebie.

      Są rzeczy, na które mam wpływ. Są rzeczy, które koniecznie powinnam zmienić. Dlaczego więc tego nie robię? Codziennie coś sobie postanawiam. I codziennie łamię to postanowienie. Mogą to być banały. Przeczytam to, posprzątam, itp. Ale często są to też rzeczy bardzo ważne. Rzeczy, które naprawdę mogłyby zmienić moją żałosną egzystencję. Owszem, jestem pesymistką, narzekam na wszystko i wyolbrzymiam większość problemów. Jednak w tym przypadku nie przesadzam. W tym przypadku wiem, że mam absolutną rację. Niestety tylko w tym.

      Życie nie jest warte zmieniania samej siebie? Uważam, że jest. Życie jest tylko jedno, drugiego nie będzie. Nie wierzę w te brednie o dalszym ciągu, bajeczki o niebie i inne kity wciskane nam do łbów od maleńkości. To tylko wymysły ludzi, którym brakuje nadziei, którzy chcą, którzy muszą w coś wierzyć. To nie dla mnie. Reinkarnacja jest takim samym banałem. Skoro więc mamy tylko jedno życie, może powinniśmy o nie zadbać? Sprawić, by było wykorzystane w stu procentach. Żebym w momencie śmierci mogła pomyśleć: Zrobiłam tyle wartościowych rzeczy, nie zmarnowałam tej jedynej szansy, z naciskiem na JEDYNEJ! Bo więcej szans nie będzie. Bo jak olejesz szkołę, to już tego nie naprawisz, jak kogoś zabijesz, nie cofniesz się w czasie, nie naprawisz tego!

      Wszystko to rozumiem. Wszystko to do mnie dociera. I nadal nie idę zrobić tego, co powinnam już dawno. Nadal boję się coś zmieniać. Boję się wziąć życie we własne ręce. Bo tak naprawdę ja teraz w ogóle nie żyję. Nie robię nic, co na całym świecie mogłabym zrobić tylko ja. Nie staram się, aby odkryć swoje zdolności. Nikt też mi w tym nie chce pomóc. Rodzina, przyjaciele, cały świat. I nie tylko mnie. Przecież nasze życie nie ma sensu! Wszystko robimy według jakiegoś chorego szablonu, jak maszyny. Skoro jestem wolna, dlaczego nie mogę robić tego, co chcę? Rozumiem, nie można myśleć tylko o sobie. Ale jeżeli czuję ochotę nauczyć się czegoś innego, niż to, co od lat wciska mi się do głowy w tych żałosnych szkółkach?! Gdzie się mam tego dowiedzieć? Albo jeśli nagle poczuję, że chciałabym nauczyć się grać na wiolonczeli? Kto wie, może mam jakiś genialny talent, może gdzieś tam, w moim DNA zakodowało się, że gra na wiolonczeli to coś, co potrafię robić genialnie? Kto mi da kasę na taki sprzęt? Rodzice? Ha, ha! Nawet jakby mieli forsy jak lodu, nie zgodziliby się, żebym, przerwała naukę i nagle poszła do szkoły muzycznej. W końcu: "Po tej szkole możesz być tylko muzykiem, a to zawód bez przyszłości". I co z tego? Kto powiedział, że chcę zarabiać masę forsy ?!(trochę przesadzam, tak się składa, że chcę, ale tu opisuję tylko pewien przykład...) Życie jest okrutne, los złośliwy, a szczęście to mit. Tym bardziej zniechęcam się do niego i może chcę mu zrobić na złość, nie próbując go zmieniać! Teraz to brzmi jakbym była chora umysłowo, ale taka jest prawda! (nie, nie jestem chora, po prostu życie jest wstrętne i mam go dość!) I tu kolejny dowód na to, że z ta nasza wolność to wielka bujda. Skoro nie podoba mi się życie, dlaczego nie mogę się z nim legalnie rozstać? Skoro to MOJE życie, dlaczego nie mogę o nim decydować w stu procentach? Albo chociaż w pięćdziesięciu jeden?!

      Ja już naprawdę nic z tego nie rozumiem...

      W chwili większego napływu krwi do mózgu, co wywołało jakże rzadko u mnie występującą czynność - a mianowicie zaczęłam myśleć trochę więcej, niż na co dzień, napisałam ten oto tekst. Zabawne, chciałam napisać text, ale pomyślałam, że to będzie głupie. Czasem więcej zastanawiam się nad jednym słowem, niż nad sprawami o wiele poważniejszymi. Mam wymienić? Jest ich zbyt wiele. Sami zastanówcie się nad swoim życiem. Czasem tak bardzo chciałabym przeinstalować swój system operacyjny, jakiś ŁinDoors 1987 albo 1986, bo urodziłam się 4 stycznia, to chyba w cztery dni nie zdążyli. Ale tak na serio. Czasem chciałabym wyrzucić z mojej głowy jakieś głupie, niepotrzebne, zbędne myśli. Chciałabym tam posprzątać. Chciałabym pomyśleć jak żyć, by moje życie miało sens. Jak na razie w żaden sposób nie przyczyniam się do uratowania umierającej Ziemi. Nie mam zamiaru rzucać się pod koła samochodu wywożącego konie na rzeź, spychacza próbującego zwalić drzewo, śmieciarki jadącej wyrzucić śmieci do jakiegoś lasu. Coś jednak bym robić mogła. Muszę, chcę mieć powód do życia. Ważniejszy niż to, że niedługo wyjdzie nowa płyta ZWAN-u, że może nakręcą Leona Zawodowca ciąg dalszy, że będzie premiera nowego filmu Aronofsky'ego, że ja tego muszę doczekać. Chcę, żeby moje życie miało większy sens.

      Na tym na razie zakończę wywody. Następny wykład za czas jakiś, a jeśli się nie spodobało, idę po skrzynkę i lecę do Anglii. Tam przynajmniej jacyś bezdomni sobie mnie posłuchają. Będzie albo po polsku albo niegramatycznie troszeczkę, ale w końcu liczą się dobre chęci. Chociaż z drugiej strony dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło. Szkoda tylko, że piekła nie ma. Bo gdyby było, już dawno bym się w nim znalazła, prawda?

Do zobaczenia razem następnym! Widzenia do!!!


    wykład (a właściwie jęki połączone z płaczem i zgrzytaniem zębami, czyli szał ciał i uprzęży) poprowadziła:

Siblejka