Każdy początek jest trudny
      Jeszcze kilka miesięcy temu bez namysłu powiedziałabym, że to nieprawda, że początki wcale nie są takie straszne. Stwierdziłabym tak głównie dlatego, że już od dłuższego czasu nie miałam potrzeby w moim życiu zaczynać czegoś właśnie od początku, od zera. Dlatego wydawało mi się, że to wcale nie jest trudne, po prostu zapomniałam już jak to jest naprawdę.
      Przyszedł lipiec i sierpień. Wakacje. Beztrosko patrzyłam na kalendarz i wpatrywałam się w okienko oznaczone cyfrą "1". Wrzesień.
      Tak, to z pewnością będzie proste - myślałam sobie, naiwna! Nie zdawałam sobie sprawy, że to nie kolejna klasa gimnazjum, że to nie jest znowu to samo. Otóż pierwszego września miałam zacząć naukę w liceum ogólnokształcącym, miałam zacząć nowe życie. Miał to być początek czegoś całkowicie innego, nowego, niecodziennego. A ja nie czułam nic. Strach, ciekawość, przerażenie. Nic. Byłam pusta, w tym jednym wypadku byłam całkowicie pusta.
      Nadszedł ostatni tydzień wakacji. Każda osoba, którą spotkałam, życzyła mi powodzenia w nowej szkole, itd. Każdy był przerażony tym, co go czeka. Każdy, oprócz mnie. Nie ruszało mnie nawet to, że nie mam nikogo znajomego w mojej klasie. Tak się idiotycznie złożyło, że powstały dwie klasy historyczno-prawne. W jednej było jedenaście osób, które znałam lepiej lub gorzej. W drugiej byłam ja. Sama. Ale nic sobie z tego nie robiłam. Aż do poniedziałku...
      Nie nawidzę stroju galowego. Nie nawidzę białych bluzeczek. I już. Założyłam jeansy, glany, koszulę i krawat ze snoopim na szczególne okazje. Miało być zabawnie i inaczej. Było.
      Do szkoły dotarłam luksusowo, podwiozła mnie koleżanka, a raczej jej mama. Weszłyśmy do budynku i zobaczyłam tłum osób. Każdy, powtarzam każdy był ubrany na galowo. Z tłumu wyróżniałam się tylko ja i mój kolega, który założył błękitną koszulę. Oboje mieliśmy niebieskie górne częsci ubrania,. Jako jedyni. I oczywiśie nauczyciele od razu się do nas przyczepili. "Nie wiesz, że trzeba się ubierać na biało?", "Czy ty, synku, nie masz w domu nic białego?" itp. Myśleliśmy, że skichamy się ze śmiechu, bo szczerze mówić w ogóle się tym nie przejęliśmy.
      Rozpoczęcie było nudne jak flaki z olejem, myślałam, że zasnę. Później wszyscy rozeszli się do klas. I się zaczęło.
      Pozostałe trzydzieści jeden osób z mojej klasy okazało się debilami. Nie, przepraszam bardzo. Nie trzydzieści jeden, tylko około dwadzieści. A ja byłam sama. I przerażona. Nareszcie dotarło do mnie o co chodzi jakby. Z paniką w oczach rzuciłam się do wychowawcy. Musiałam się przenieść i to jak najszybciej. Zrezygnowałam z planów zmieniania się, tworzenia nowego wizerunku samej siebie w oczach kolegów z klasy. Wolałam być z osobami które znałam, na które mogłam liczyć. Z osobami, do których miałam zaufanie.
      Udało się. Załatwiłam przeniesienie. Z trudem, ale jednak. Trafiłam do wspaniałej, zgranej klasy, klasy, którą pokochałam od pierwszego wspólnego dnia. Mam świetnego wychowawcę, tylko niektórzy nauczyciele są troszkę... dziwni. Poza tym wszystko jest wspaniałe.
      W ten oto sposób całkowicie zniszczyłam ten tekst. Miało być o tym, jak ciężkie są początki. Jak trudno jest zacząć coś nowego, lecz nie należy się poddawać, bo zawsze może się coś zmienić. Dramatyzm gdzieś uleciał, cała historia się popaprała... No nic, takie jest właśnie całe moje życie, totalnie pokopane.
      Puenta? Puenty nie będzie. Sami ją sobie dopiszcie. Mnie nie wyszło, ale w końcu nie zawsze wszystko jest tak, jakbyśmy tego chcieli...
Siblejka