Popiel
Nie wszyscy wiedzą, a historycy skrzętnie ukrywają ten fakt, że prawdziwą pasją gnieźnieńskiego księcia Popiela, była kultura i obyczaje ludności fińskiej. Wszystko zaczęło się jedno pokolenie temu. Ojciec słowiańskiego władcy (o dziwnym imieniu Bogaty Więcej Czerni) miał dość oryginalną ideologię czasoprzestrzenną i był święcie przekonany, że za Morzem Bałtyckim znajduje się dwudziestokilometrowa przepaść owiana boską mocą. Aby poprzeć swoją tezę (i popisać się przed kumplami) postanowił zobaczyć ów przepaść, przepływając obok niej (kronikarze uważają, że najprawdopodobniej chodziło o zakład, niestety nie znamy szczegółów - dop. Znany Historyk). Wyruszył więc dnia pewnego w samotny rejs, nieco zdezelowanym statkiem i płynął tak czas jakiś, uważnie wypatrując złowieszczej otchłani. Nagle jego oczom ukazało się coś zgoła innego - ziemia. Zaskoczył go nieco ten widok. Myślał przez chwilę, że to zwid pijacki, albo, że przez pomyłkę zawrócił z powrotem do słowiańskiej ziemi, lub, co gorsza, dotarł na Wyspy Owcze. Wyszedł nieśmiało na ląd i po chwili wydobył z siebie jęk zawodu. Dotarło do niego, że obca ziemia równa się z przegraniem zakładu, a co za tym idzie utratą trzydziestu wołów. Bogaty Więcej Czerni nie mógł dopuścić do tego aby jego duma podarła się w strzępy i postanowił zamieszkać na obcym terenie (czyli dzisiejszej Finlandii) wraz z przebywającą tam ludnością lapońską. Niestety po pięciu latach wygnali go z powrotem za Bałtyk (prawdopodobnie dlatego, że wyśmiał ich Świętą Choinkę i boga Santa Klosa).
Bogaty Więcej Czerni zafascynował się jednak ziemiami Lapończyków. Wspomnienia o licznych, pięknych jeziorach przekazał swojemu synowi Popielowi, tym samym zaszczepiając w nim miłość do tej dziwnej krainy. Popiel postanowił w końcu popłynąć w rejony ojcowskich opowieści, a że znał język lapoński, trudności w komunikacji oceniał na zero. Niestety nie wiedział, że teraz na terenach na północ od Bałtyku mieszkają plemiona fińskie, i że zdanie w języku lapońskim: "Witam, jestem Słowianinem, przybyłem z południa" znaczy po fińsku mniej więcej tyle co: "Spadajcie na drzewo, mam gdzieś waszych bogów".
Ciężko poturbowany i przeklęty przez miejscową ludność, Popiel wrócił na rodzinne terytoria, gdzie okrzyknięto go miejscowym bohaterem (!?!). Szybko objął władzę nad znaczną częścią ziem słowiańskich i stopniowo zagłębiał się w kulturę fińską (najprawdopodobniej wysyłał na ziemie fińskie swoich braci, którzy regularnie zdawali mu relację o tamtejszej cywilizacji i dzięki temu, po pięciu latach, gnieźnieński władca nauczył się dość dobrze obcego języka - dop. Znany Historyk).
Żył tak Popiel w Państwie Słowian czas jakiś w całkowitym spokoju, aż do dnia, w którym, poznając chronologię bogów Fińskich, zatrzymał się na chwilę przy jednym imieniu.
- Na Swarorzyca! - krzyknął potężnym basem i czym prędzej, prosto z zamku, udał się do miejscowego czarownika. Mag Lestekowski (najprawdopodobniej pierwotnie nazywał się po prostu Lestek, jednak zdecydował się na dodanie do swojego imienia końcówki "owski", gdyż, jak uważał, podnosiło to jego prestiż, hm... ciekawe, prawda? - dop. Znany Historyk przy współpracy ze Znanym Polonistą) przebywał właśnie w swojej skromnej siedzibie i zajadał się świeżo zebranymi jagodami. Nagle usłyszał skrzypnięcie drzwi.
- Czego tam, do jasnej... ach, toż to mości Książe Popiel, co księcia sprowadza w moje skromne progi?
- To on!!! - krzyknął przeraźliwie Popiel, wybałuszając jednocześnie oczy na szamana.
- Wybacz śmiałość ale, mimo moich zdolności telepatycznych, nie potrafię rozszyfrować o jakiego "ona" księciu chodzi.
- Zostałem przeklęty!!! Wtedy!!! Pięć lat temu!!! Na fińskiej ziemi, rozumiesz?!?
- Nie?
- Zostałem przeklęty przez boga Alexiego znad jeziora Bodom. To bóg nieszczęścia i załamania nerwowego, spójrz! - to mówiąc Popiel wręczył czarodziejowi pieczołowicie wykonany spis bogów fińskich. Mina maga udawała wielkie zainteresowanie.
- Wybacz panie ale, jeżeli dobrze pamiętam, zaraz po twoim powrocie, twój ojciec oddał ci swój zamek w Kruszwicy...
- Tak wiem, ten, z tą fajna wieżą - nerwowo przerwał Popiel.
- No właśnie. Poza tym dwadzieścia lat temu został wasz mość księciem Gnieźnieńskim, więc...
- Więc co!?!
- Więc chyba trudno tu mówić o nieszczęściu, prawda?
- Ale mówię ci, że coś tu jest nie tak! Naprawdę, mam złe przeczucia!
- No dobra, ale co ja mogę!?!
- No przecież masz te wszystkie szczęśliwe amulety i te płyny i tak dalej, umiesz stosować różne zaklęcia i obrzędy! Przecież ty dobrze znasz tych wszystkich bogów, mówiłeś, że kontaktujesz się z nimi w zaświatach! Musi być coś, co zniszczy przekleństwo Alexiego!!! - to mówiąc Popiel złapał szamana za ubranie i zaczął nim potrząsać.
- Niestety - powiedział poważnym tonem Lestekowski - jeżeli chodzi o tego boga to nic się nie da zrobić.
- Jak to? - twarz księcia znacznie pobladła.
- No dobra, żartowałem. Pewnie, że da się coś zrobić. Zawsze da się coś zrobić. - Oddalił się na chwilę i po chwili przyszedł z powrotem z czymś w lewej dłoni.
- Co to jest? - zapytał Popiel.
- To talizman przedstawiający trzynogą wiewiórkę. Jest to jedyna istota, która może odwrócić przekleństwo Alexiego i zamienić je w niezwykłe szczęście. Musisz go nosić zawsze przy sobie.
- Niechaj Swarorzyc obdarzy cię stadem wołów, mości szamanie.
- Ależ ja tylko spełniam swój obowiązek - odparł skromnie.
Popiel już miał opuścić dom czarownika, gdy ten nagle zapytał:
- A wiesz książę, co by było największym nieszczęściem?
- No co?
- Jakby któregoś dnia, do zamku księcia wdarło się tysiąc myszy, a książę, nie mając gdzie uciec, skoczyłby z wieży do wyschniętego jeziora.
- Ech, żarty się ciebie trzymają czarodzieju, oj, trzymają - powiedział również wesołym tonem Popiel i wyszedł z drewnianej chaty.
Książę Gnieźnieński rządził sobie spokojnie swoją częścią państwa słowiańskiego przez niespełna rok. Niedługo potem jego ojciec Bogaty Więcej Czerni ciężko zachorował. Na łożu śmierci powiedział do swojego syna aby ten stworzył na ziemiach słowiańskich drugą Finlandię. Drugi raj na ziemi. Popiel myślał przez chwilę, że ojciec znowu ma pijackie zwidy. Mówił coś o jeziorach itp. Chciał aby jego syn dokładnie odtworzył krainę plemion fińskich. Aby wykopał sto jezior, a następnie zalał je wodą. Taka była jego ostatnia wola.
Bogaty Więcej Czerni dostał piękny grobowiec obłożony wielkimi kamieniami. Trwające w tym dniu pogrzebowe obrzędy pogańskie oraz wielka, smutna uroczystość sprawiły, że Popiel poważnie zastanawiał się nad ostatnią wolą ojca.
W końcu, już następnego dnia, udał się z tym do starosty rodu i powiedział mu o całej sprawie. Starosta przekazał nowinę ostatniej woli zmarłego do innych naczelników, tamci do następnych itd. Po dwóch tygodniach połowa państwa słowiańskiego wiedziała o dziwnej zachciance Bogatego Więcej Czerni. Można by powiedzieć, że zarówno on, jak i Popiel stali się całkiem popularni (co nie znaczy, że lubiani). A oto jak wyglądało przemówienie starosty do ludności w jednej w miejscowości, położonej nieco dalej od ziemi gnieźnieńskiej:
- Jak dobrze wiecie, książę ziemi gnieźnieńskiej, otrzymawszy od ojca, na łożu śmierci, polecenie wykopania stu jezior, postanowił zrealizować jego wolę. - Naczelnik stał na podwyższeniu w miejscu kultu boga Gostyna (bóg drewnianych, słabo ociosanych belek leżących na słońcu - dop. Znany Historyk).
- A co nas obchodzi jakiś Popiel?!? - krzykną ktoś z tłumu i natychmiast zebrał gromkie oklaski.
- Niech sobie kopie jeziora u siebie!!! - krzyknął drugi głos i tu brawa były jeszcze donośniejsze.
- Właśnie! I całe to Gniezno! Ta Kruszwica! Gdzie to w ogóle jest!?! - krzyknął trzeci głos, lecz tu obyło się już bez oklasków.
- Popiel nie ma miejsca na sto jezior. Musi je przenieść na nasze tereny. Zresztą nie tylko na nasze. Na tereny połowy państwa! - powiedział naczelnik, dumny z tego, że zdołał błysnąć inteligencją.
- To niech zrobi sobie sto małych jeziorek! - wrzasnął ktoś z tłumu.
- Nie! One muszą być takie jak w Finlandii!
- Takie jak w czym?
- Oj nieważne.
- Co nieważnie?!? Co nieważne?!? Nie mam zamiaru kopać dla kogoś jeziora z tak głupiego powodu jak zachcianka pijanego denata!!! - zdanie to, choć zupełnie nielogiczne, spotkało się z największą owacją.
- Dobrze. - powiedział podejrzanie spokojnym tonem naczelnik - W takim razie chciałbym wam tylko przypomnieć o Saktorenożycu. - w śród tłumu rozległ się głos przerażenia. W końcu ktoś krzyknął:
- Saktorenożyc!!! Toż to bóg ostatniej woli zmarłego!!!
- Właśnie - kontynuował naczelnik - jeżeli nie spełnicie woli ojca Popiela, jeżeli całe Państwo Słowiańskie nie spełni woli ojca Popiela...
- Połowa państwa!
- A no tak, jeżeli połowa państwa...
- Nasza połowa!
- Tak, nasza połowa. Jeżeli nasza połowa państwa nie spełni woli ojca Popiela to Saktorenożyc się rozgniewa! A chyba wiecie do czego on jest zdolny?
- O nie! On zrzuci na naszą słowiańską ziemię olbrzymie kowadło!!! - krzyknął ktoś przerażonym głosem, co wywołało ogólne przerażenie wszystkich słuchaczy.
- Dokładnie - powiedział naczelnik nie kryjąc złowieszczego uśmieszku i nie mogąc wyjść z podziwu jaką genialną inteligencją i dedukcją został obdarzony. Ludzie błyskawicznie rozeszli się do domów w poszukiwaniu wszelkiej maści łopat i innych narzędzi przydatnych do kopania jeziora. Na placu boga Gostyna został tylko jeden młody mężczyzna.
- A ty na co czekasz? Do roboty!
- Ale ja jestem ateistą. - odparł mężczyzna.
- Nawet się do tego nie przyznawaj! - odparł, głośniej już, naczelnik - Ciesz się, że mam dziś dobry humor, bo inaczej wbiłbym cię na pal za takie gadanie! Do roboty powiedziałem!
- Tak, tak wiem, wielki Saktorenożyc rzuci we mnie kowadłem, jasne... - powiedział do siebie i odszedł w głąb wioski.
Ciężki był los ludności w tamtym okresie. Wszyscy pracowali w pocie czoła kopiąc olbrzymie doły i bojąc się, czy to bogów, czy to surowych starostów. Całą tą społeczność łączyła (oprócz łopaty) jedna rzecz: nienawiść do Popiela.
Jak się wkrótce okazało, dotąd miły i spokojny, władca gnieźnieński również zmieniał się na gorsze. Coraz bardziej ogarnięty myślą o państwie idealnym stawał się bezlitosny dla swoich podwładnych. Z dumą patrzył na pojawiające się na horyzoncie, jeszcze puste jeziora, i stojąc tak w oknie swojego zamku, czuł to podniecenie, że uda mu się stworzyć drugą Finlandię. Wiedział, że spełni wolę ojca. Nawet kosztem życia połowy ludności słowiańskiej.
Od śmierci Bogatego Więcej Czerni minęło dziesięć lat. Ziemia słowiańska pokryta była licznymi, mało estetycznymi, dziurami. Przy jeziorze 37, na południe od Gniezna, pracował wspomniany wcześniej ateista. Obecnie ex - ateista. Nosił on imię Mieszkowit i był magiem amatorem. Dwa lata temu przyłączył się do mało znanej, tajnej sekty boga ośmiokąta. Sekta miała tyko kilkunastu członków ale jej założyciel mówił, że szybko zdobywa na popularności. Czciciele ośmiokąta darzyli szczególnym szacunkiem cyfrę osiem. Uważali też, że świat ma kształt ośmioboku foremnego, i że za morzem bałtyckim, ów świat kończy się dwudziestokilometrową otchłanią (gdzieś to już było). Do uszu Mieszkowita zaczęła dopływać wiązanka przekleństw. Spojrzał się w prawo i zobaczył, jak jeden rosły mężczyzna rzuca łopatę w głąb dołu i krzyczy w niebogłosy:
- Dość! Nie będę kopał tego pier...
- Spokojnie, co się tak denerwujesz - przerwał mu Mieszkowit.
- A jak mam się nie denerwować, jestem wojownikiem, powinienem teraz siekać oponentów a nie kopać jakiś cholerny dół - mina Mieszkowita wskazywała na to, że chce on powiedzieć nowemu znajomemu cos bardzo ważnego. Coś co mogło by go uszczęśliwić.
- Wiesz co? - zaczął spokojnie - Na pewno nie darzysz Popiela wielkim szacunkiem, prawda?
- No jasne, że nie! Jak mam go darzyć szacunkiem! On mi skopał całe życie! Nie mam już co jeść, bo moje pole miejscowa ludność zamieniła w wielką czeluść! Poza tym, nawet jego imię nie kończy się na "owski", więc co tu mówić o szacunku (no właśnie - dop. Znany Historyk).
- Wiesz dobrze, jak całe państwo go nienawidzi i wiesz również, że wielu życzy mu śmierci. - Mieszkowit okrężną drogą zbliżał się do punktu kulminacyjnego swojej wypowiedzi, gdy nagle rosły mężczyzna go uprzedził.
- Oczywiście, że wiem! Dlatego za trzy dni go zabiję!
- Co? - zdziwił się wyznawca ośmiokąta.
- Normalnie. Szamani z mojego rodu już pracują nad sprowadzeniem z zaświatów Wielkiego Trzymetrowego Legwana, który wedrze się swoją boską mocą, do zamku Popiela i zagryzie go na śmierć.
- Co!?! Ale... to ja miałem... Ty głupi bucu!!! To ja go zabiję! Moja sekta jest jedyną prawdziwą i wielką religią. Moja moc jest przepotężna!!!
- Tak? Więc jak nazywa się ta twoja sekta, co?
- To kult boga ośmiokąta - powiedział dumnym głosem Mieszkowit, a jego rozmówca momentalnie zaśmiał mu się w twarz.
- No nie, to ta kiczowata wiara w ośmiokątny dysk i temu podobne rzeczy!
- Nie ma w tym ani szczypty kiczu! W przeciwieństwie do twojego Legwana!
- Jak śmiesz drwić z Wielkiego Legwana! On rozniesie w pył ciebie i Księcia Popiela jednocześnie! Już za trzy dni, w czasie pełni księżyca przywołam go z zaświatów, a wtedy cała ziemia słowiańska będzie podziwiać jego świętą moc!
- Ha! - tu Mieszkowit przypomniał sobie o czymś szczególnym - Być może nie wiesz, ba, nawet na pewno nie wiesz, bo jesteś głupi, ale Popiel jest błogosławiony przez święty amulet trzynogiej wiewiórki, który przynosi mu wielkie szczęście. Już wielu próbowało go zabić i każdy kończył marnie. Tylko wielki ośmiokąt zdoła...
- Zaraz, zaraz, jaki amulet? - przerwał mu rosły mężczyzna.
- Amulet trzynogiej wiewiórki. Ma potężną moc. Jest unikatowy i niezwykły. Jest...
- Czy to ten? - powiedział wyznawca Świętego Legwana, wyjmując spod płaszcza wisiorek.
- Na ośmiogłową langustę!!! Skąd go masz?
- W mojej wiosce mają tego pełno. Tutaj to najmodniejsza ozdoba.
- Ale...
- Często przyjeżdża do nas taki jakiś dziwny jegomość z okolic Gniezna. Nazywa się...
- Lestekowski!!! - krzyknął przeraźliwie - Mieszka w Kruszwicy!!! To drań jeden, no! Tutaj kupuje za grosze wasze ozdoby o później sprzedaje u nas jako święte amulety! (cholera, wydało się - dop. Lestekowski)
- Mniejsza o to. Za trzy dni oboje spróbujemy zgładzić Popiela naszą magiczną mocą i na pewno któremuś z nas się uda!
- A zatem zgoda! Niech będzie kompromis! - to powiedziawszy, Mieszkowit oddalił się od miejsca pracy i zaczął przygotowania do obrzędu.
Barczysty mężczyzna, z którym przed trzema dniami rozmawiał Mieszkowit, był zaprawionym w bojach wojownikiem. Miał na imię Skartoszyc. Słabo znał się na magii ale często brał udział w obrzędach (tzn. często się im przyglądał). Nigdy nie widział Świętego Legwana (zresztą wątpił aby ktokolwiek z jego rodu go widział) ale ogarnięty nagła ambicją, że to właśnie on może doprowadzić do unicestwienia Popiela, udał się czym prędzej do lasu w celu odprawienia tam stosownych modłów.
Świątynia Wielkiego Trzymetrowego Legwana znajdowała się na sporej polanie. Skartoszyc doskonale pamiętał co trzeba po kolei robić. Najpierw położył wewnątrz tajemniczego kręgu dwanaście kamieni, a następnie... powiedział zaklęcie... ale chyba złe, bo nic się nie stało. Spojrzał na obwód kręgu. Widniały tam liczne napisy. Wiedział, ze szaman czytał je w jakiejś określonej kolejności ale jeszcze przedtem...
- Ofiara!!! - krzyknął nagle - Nie mam ofiary!!! - Gwałtownym ruchem wyjął zza pazuchy podręczną dzidę i ruszył do lasu. Wrócił po godzinie z martwym królikiem i trochę się martwił, czy to wystarczy. Położył zwierzę na kamieniach, pokropił je wodą z jeziora i... no właśnie i co teraz. Przez kolejna godzinę zastanawiał się co ma dalej robić, aż w końcu znalazł rozwiązanie.
Wieczorną porą stał przy Świątyni Wielkiego Trzymetrowego Legwana z rękami uniesionymi do góry i przeczytał jednym ciągiem wszystkie napisy znajdujące się na tajemniczym kole. Następnie wypowiedział na głos 12 znanych mu zaklęć (choć zupełnie nie wiedział do czego się one odnoszą) a następnie dźgnął jeszcze raz martwego królika (niewiadomo po co). Rzucił dzidę i uniósł z powrotem ręce do góry.
- Przybądź o Wielki Święty Legwanie!!! Przybądź i zniszcz okrutnego Popiela!!! Powietrze zrobiło się chłodniejsze. Skartoszyc czuł narastające podniecenie i ciekawość, że oto zaraz ujrzy, jako pierwszy, swojego boga. Ołtarz rozbłysnął błękitnym światłem, które momentalnie oślepiło naszego szamana. Jakaś nieznana siła cisnęła nim do tyłu. Nagle wszystko się uspokoiło. Skartoszyc wstał, otrzepał się z liści i spojrzał na ołtarz. Jego oczom ukazała się piękna rudowłosa wojowniczka z mieczem w ręku.
- To tak wygląda Legwan??? - zdziwił się mężczyzna.
Dziewczyna podeszła do Skartoszyca i jednym cięciem miecza pozbawiła go głowy. Cóż, stało się jasne, że wojownik powiedział nie to zaklęcie co trzeba.
Tymczasem w nieco innej części państwa słowiańskiego, na dnie świeżo wykopanego jeziora, osiemnastu kapłanów z sekty boga ośmiokąta kończyło właśnie rysować 888 - kąt foremny. Następnie wszyscy stanęli wokół niego i powtarzali cyfrę osiem przez osiem godzin, po czym złożono ofiarę z ośmiu wołów i ośmiu szamanów powiedziało jednocześnie osiem razy:
- O wielki ośmiokątny boże!!! Spraw swą wielka mocą, aby za osiem minut Popiel dostał osiem ataków serca, z czego 3 śmiertelne.
Nagle z nocnej ciemności, w samo centrum 888 - kąta, uderzyła błyskawica pogłębiając przy okazji jezioro o osiem metrów. Kapłani otrzepali się z ziemi i spojrzeli na dno olbrzymiego dołu.
- Co to jest do cholery?!? Jak ty żeś czytał to zaklęcie?!?
- To... to mała myszka - odpowiedział jeden z czarowników a następnie kolejny dodał:
- Z kim ja pracuję?!? Jak coś takiego ma zabić Popiela!
- Może mu się wgryźć w czaszkę, albo coś...
- Oj zamknij się idioto!!!
- Spójrzcie!!! - krzyknął nagle jeden z szamanów wskazując na gryzonia.
Na oczach wszystkich mała myszka pomnożyła się razy osiem.
- Ona się powiela osiem razy co osiem sekund! - krzyknął drugi.
- I nie skończy się powielać dopóki nie dopadnie Popiela! - dodał trzeci.
Gryzoń znów się pomnożył (czyli było już 64 myszy - dop. Znany Matematyk) i całe stado ruszyło w kierunku Kruszwicy.
Była jakaś piąta nad ranem, gdy pijany wieśniak, zmęczony nieco kopaniem całą noc jeziora pod zamkiem Popiela, spał sobie smacznie pod murem. Naglę zbudził go wrzask niemiłosierny. Wstał spojrzał w górę i zobaczył spadającego z wieży księcia gnieźnieńskiego z za nim lecące stado tysiąca myszy, które razem z księciem rozbiło się o dno jeziora.
- To się nazywa kac. - pomyślał i ułożył się z powrotem do snu.
Przez następne lata Państwo Słowiańskie nie miało już tak okropnego władcy jak Popiel. Większość jezior z powrotem zasypano, co pozwoliło na lepsze zagospodarowanie gruntów i tym samym podwyższenie standardów życia. Niektóre religie zostały zakazane (jak np. Kult Legwana i Religia ośmiokątna, które zostały uznane za wyjątkowo niebezpieczne) a Finlandia stała się krajem znienawidzonym przez większość Słowian.
Lord Tomo
lordtomo_58@poczta.fm
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||